Zwyczajny rasizm

Po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich przez Polskę przeszedł jęk zawodu, niezadowolenia i najróżniejszych lęków. Jedni uważają klęskę prezydenta Komorowskiego za wstęp do odsunięcia od władzy jego formacji w jesiennych wyborach parlamentarnych. Inni przeżywają wstrząs skalą „irracjonalnego” niezadowolenia społecznego objawiającego się poparciem dla Pawła Kukiza. Jeszcze inni na poważnie wyrażają obawy rychłym „nadejściem faszyzmu” po przejęciu pełni władzy przez PiS.

Oczywiście wszystko to ma jakieś racjonalne przesłanki. Wystarczy wsłuchać się w niektóre wypowiedzi prezydenta elekta, choćby te dotyczące jego wizji polityki kulturalnej i historycznej, by dostrzec ciemne chmury na horyzoncie. Wydaje się jednak, że ulegając zbytnio lękom przed potencjalnymi zagrożeniami prezydentury Dudy mamy skłonność do utraty kontaktu z otaczającą nas rzeczywistością i wypierania jej brunatnych odcieni, które już dziś są jak najbardziej realne. No bo jeżeli „faszyzmem” mają być rządy PiS, to jak nazwać postępowanie rządu premier Ewy Kopacz, a także sporej części mediów w ostatnich tygodniach?

Słuchając jednego i drugich można było odnieść wrażenie, że naszemu krajowi grozi prawdziwy potop, utrata kulturowej tożsamości, a na dodatek bankructwo finansów. A wszystko przez falę uchodźców, która forsując Morze Śródziemne szturmuje granice Unii Europejskiej. Taka mniej więcej retoryka towarzyszyła polskim relacjom i reakcjom na kolejną serię zatonięć łodzi z uchodźcami i śmierci setek ludzi na wodach terytorialnych Włoch. Przerażenie wzbudziła nie tyle sama tragedia imigrantów, ile wizja co by się stało, gdyby udało im się dotrzeć do Europy. Na jednym z dużych portali informacyjnych można było przeczytać „analizę” lidera organizacji od lat szerzącej islamofobię, której autor straszył milionową rzeszą migrantów rzekomo ukrywających się w Libii i czekających tylko na okazję do przedostania się na brzegi Europy i zdemolowania jej cywilizacji [1]. Rząd III Rzeczypospolitej najwyraźniej podziela tę wizję. Dlatego zapewnie protestował gdy Komisja Europejska nałożyła na Polskę obowiązek przyjęcia mikroskopijnej liczby 1 tys. uchodźców w 2016 r. Tak jakby sam pomysł kwotowania z góry ilości przyjmowanych uchodźców wymyślony przez urzędników KE nie był skandaliczną kpiną z wartości, na które Unia powołuje się przy każdej okazji, szczególnie kiedy chce pouczać innych o tym czym powinny być prawa człowieka i jak je urzeczywistniać.

Kilka miesięcy wcześniej, wobec wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców Polska zobowiązała się do przyjęcia… 100 osób z 4 milionowej rzeszy uchodźców syryjskich w latach 2016-2020. To nie czarny żart, ale ponura rzeczywistość. Taka byłaby zapewne górna granica otwartości i solidarności naszej klasy politycznej, gdyby nie przymus narzucony przez KE. Na szczęście dla polskiego rządu, a także zgadzającej się z nim w tej kwestii opozycji, równolegle pojawiła się oddolna inicjatywa przyjęcia w Polsce kilkuset rodzin chrześcijańskich uciekinierów z Syrii. Urzędnicy premier Kopacz uznali, że to świetna okazja wywiązania się z części unijnych zobowiązań, bez narażania kraju na ryzyko zainfekowania wirusami kulturowej czy religijnej inności. Wedle słów premier liberalnego rządu: „Polska przyjmie 60 rodzin z objętej konfliktem Syrii. Dzisiaj chrześcijanie, którzy są prześladowani tam w sposób barbarzyński, zasługują, żeby kraj chrześcijański, jakim jest Polska, podążył z pomocą” [2].

I znowu ponury wydźwięk tego przesłania nie wzbudził specjalnych protestów. Tak jakby w religijnym apartheidzie segregującym kandydatów do ocalenia ze względu na „słuszne wyznanie” czy „bliskość kulturową” nie było nic kontrowersyjnego. Tak, jakby prawo azylu nie było bezwzględnie uniwersalne i zostało zarezerwowane tylko dla arbitralnie zdefiniowanych „swoich”, tym samym tracąc walor prawa i zmieniając się w ekskluzywny przywilej. Taki jak te, którymi cieszyli się biali w RPA.

Polska jest jednym z najbardziej wrogich uchodźcom krajów Europy. Niechęć do wpuszczania „innych” łączy byłego i nowego prezydenta, a język kulturowego rasizmu ma się znakomicie w głównym nurcie debaty publicznej. W efekcie liczba uchodźców mogących liczyć na azyl w naszym kraju jest czysto symboliczna (w zeszłym roku były to 732 osoby). Potępiany i analizowany przez intelektualistów antysemityzm bez Żydów zastępuje dziś w Polsce antyimigrancki rasizm bez imigrantów, który wciąż nie budzi specjalnego zainteresowania. O ile nawet polska prawica nauczyła się już, że nie wypada używać figur jawnie antysemickich w debacie publicznej, to o imigrantach z Afryki Subsaharyjskiej czy Bliskiego Wschodu można mówić tak jakby II wojna światowa nigdy się nie wydarzyła. Język na który natykamy się nawet w gazetach uchodzących za światłe często przypomina ten z lat 30. XX w.

A wszystko to w kraju, który dramatycznie potrzebuje imigrantów, który co roku eksportuje setki tysięcy swych obywateli do innych krajów UE, poprawiając dzięki temu statystyki bezrobocia, i który bez żenady wyciąga rękę po miliardowe dotacje unijne, nabijając sobie w ten sposób wskaźniki inwestycji i wzrostu gospodarczego.

 


[1] http://wiadomosci.wp.pl.

[2] Ewa Siedlecka, „Rząd Ewy Kopacz: Polska przyjmie 60 rodzin chrześcijan z Syrii”, Gazeta Wyborcza, 27.05. 2015.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry