Zwyczajny kapitalizm

Kiedy w sierpniu światowe media robiły wstępny bilans trwającego od roku kryzysu finansowego, słychać było głosy, że najgorsze już za nami. Musimy tylko przetrwać kilka miesięcy giełdowej stagnacji, ale dno notowań osiągnięte w połowie lipca nie powinno już zostać przebite. Spadek cen ropy naftowej i niezłe wyniki amerykańskiej gospodarki zdawały się to potwierdzać i nikt nie zawracał sobie głowy, że to pierwsze może mieć związek z wyhamowaniem gospodarki, a drugie bierze się z chwilowego polepszenia amerykańskiego bilansu wymiany międzynarodowej wskutek spadku kursu dolara i aprecjacji euro. Wakacyjne nastroje sprzyjały marzeniom…

Od drugiej połowy września żyjemy już w innym świecie. Wprawdzie dyżurne trupy neoliberalnej ortodoksji wciąż wstają z grobów by bredzić o „normalnym dostosowaniu” i „twórczej destrukcji”, która „wzmocni kapitalizm” [1], ale nawet ich najwierniejsi wyznawcy zabrali się do dywersyfikowania lokat bankowych i przerzucania zainwestowanych w papiery wartościowe środków na złoto. Prawdziwy kołek osikowy w serce Leszka Balcerowicza wbiła sama Gazeta Wyborcza publikując serię porad co robić z pieniędzmi w obliczu nadciągającego krachu. Po upadku Freddie Mac i Fannie Mae, Lehman Brothers i Merrill Lynch, B&B i AIG, Fortis i Dexia można już stracić orientację i rachubę. Czego tu nie było! Ratunkowe przejęcia i nacjonalizacje, transfuzje z budżetów centralnych i rekordowe cięcia stóp procentowych, największy dzienny wzrost ceny ropy naftowej i największy dzienny spadek Dow Jones. Księdze Guinnesa przybywają całe nowe rozdziały. A kryzys ogarnia nowe dziedziny i całe kontynenty. Straty sektora finansowego przekroczyły już wedle różnych rachunków 1,2 biliona dolarów. Drugie tyle straciły budżety państw pompując strumienie (właściwie należałoby powiedzieć rzeki) publicznych pieniędzy w upadające instytucje zaangażowane w rynek kredytów subprime. Kiedy rok temu Paul Krugman twierdził, że kryzys będzie kosztował jakieś 12 bilionów dolarów wydawało się, że przesadza. Dziś jego słowa brzmią proroczo.

Od października zeszłego roku Dow Jones stracił 26%, londyński FTSE-100 spadł o 24%, a warszawski WIG aż o 39,5% (03.10.08). Według analityków Superfund Financial Singapore akcje na giełdach w USA i Wielkiej Brytanii mogą w ciągu następnego roku lub dwóch lat spaść o dalsze 25% [2].

Co gorsza, banki nie chcą pożyczać pieniędzy. Amerykański rynek kredytów krótkoterminowych udzielanych na czas od jednego dnia do trzech miesięcy (finansujący bieżące potrzeby firm) skurczył się z 2,2 biliona dolarów latem zeszłego roku do 1,6 biliona obecnie. [3]

A przecież mylą się ci, którzy redukują kryzys do sfery finansowej. Już ponad rok temu uciekające z giełd kapitały spowodowały gwałtowny wzrost ceny ropy naftowej i podstawowych zbóż, co przełożyło się na wybuch kryzysu energetycznego i nową globalną falę głodu. Bardzo wymowne były reakcje Dow Jones na wyczekiwaną przez tydzień decyzję Kongresu o przyjęciu planu ratunkowego kierującego 700 mld budżetowych dolarów na rynki finansowe. Otóż indeksy spadły. Dlaczego? Tego samego dnia opublikowano dane o wrześniowym bezrobociu w USA, które wzrosło o 160 tys., prawie dwa razy więcej niż zakładały najbardziej pesymistyczne prognozy. Wraz z tym kolejny miesiąc z rzędu spadły ceny nieruchomości, zanotowano największy od 15 lat spadek sprzedaży samochodów, a złudzenia, że recesja ominie USA (a także Wielką Brytanię, Irlandię, Francję czy Hiszpanię) ostatecznie prysły. Tak oto realna gospodarka bierze brutalny odwet za lata poniewierania przez cwaniaków z Wall Street przekonanych, że odnaleźli alchemiczną formułę robienia pieniędzy z niczego oraz ich ideologicznych totumfackich piszących całe biblioteczki kretyńskich bestsellerów o zbawiennej globalizacji, nowej gospodarce, kapitalizmie kulturowym, społeczeństwie sieci, zdecentrowanym imperium i, dlaczegóż by nie, o… postkapitalizmie.

Obserwatorzy fascynują się lub oburzają paradoksami obecnej sytuacji. Pomińmy już fakt, że jak zauważył Joseph E. Stiglitz, ci sami ludzie, którzy stworzyli problem, prezentują się teraz w roli dobrych lekarzy oferujących terapię [4], czego najlepszym przykładem jest sekretarz skarbu Henry Paulson, który zbił swój ogromny majątek na przewodzeniu Goldman Sachs w złotonośnym okresie kreowania bańki hipotecznej, a obecnie będzie pompował pieniądze publiczne m.in. w… podupadający Goldman Sachs.

Najbardziej jaskrawym paradoksem jest oczywiście nagły wybuch socjalizmu w samym sercu wolnorynkowego fundamentalizmu. Nie należy jednak przesadzać zarówno z ową „nagłością” jak i skutecznością działań banków centralnych. W rzeczywistości pakiet ratunkowy to nie początek końca, ale zaledwie koniec początku kryzysu. Żeby powstrzymać spadki po bankructwie Lehman Brothers w połowie września, trzeba było 400 mld budżetowych dolarów. Zamiast oczekiwanego uspokojenia giełdy dostały jednak drgawek: kilka dni zwyżkowały, aby potem runąć na łeb na szyję. Dlatego nawet 700 mld Paulsona nie da rady kryzysowi. Po pierwsze, to zaledwie dziesiąta część kredytowej dziury ziejącej w systemie finansowym. [5] Po drugie, praktycznie plan nie interesuje się losem kilku milionów zbankrutowanych rodzin w USA, mimo że to także z płaconych przez nie podatków Paulson sklecił swoją „opcję nuklearną”. Dla tej kategorii ofiar bańki internetowej i hipotecznej waszyngtoński establishment ma tę samą radę co zawsze: „zaciśnijcie pasa!”.

Adwokaci finansjery wznoszą się na szczyty obłudy, gdy wyciągając rękę po pieniądze publiczne odwołują się do odpowiedzialności za stabilność systemu i troski o los szarego obywatela. Bo przecież to ów obywatel zapłaci za niedawne ekscesy dzisiejszych moralistów z Wall Street. Tak jak płacił za nie od lat ciągłymi wyrzeczeniami, dłuższą pracą za takie same lub mniejsze pieniądze, gorszymi warunkami pracy i gorszymi umowami o pracę, coraz droższą komunikacją, coraz trudniejszym dostępem do coraz droższych edukacji i służby zdrowia. Dziś finansowi hochsztaplerzy nie tylko nie muszą bać się odpowiedzialności, ale jeszcze dostaną sowite nagrody. Oni nigdy nie zaciskają pasa. Tak działa socjalizm a la Wall Street. Jego koniecznym dopełnieniem jest ultrakapitalizm dla biednych. Tylko jednego dnia Fed wydał na pomoc dla AIG 85 mld dolarów, więcej niż w ciągu całego roku wszystkie państwa zachodu przeznaczają na pomoc dla Trzeciego Świata. Tymczasem w lutym zeszłego roku administracja Busha odrzuciła pakiet pobudzający gospodarkę – obejmujący podwyżkę zasiłków dla bezrobotnych oraz pomoc finansową dla stanów i władz lokalnych. Był zbyt kosztowny… [6]

Wbrew pozorom sytuacja ta jest niczym nowym ani wyjątkowym. Neoliberalny pomysł na gospodarkę to przecież nic innego jak wyciąganie pieniędzy z kieszeni pracowników, aby je oddać kapitalistom. Politykę obniżek podatków dla najbogatszych, prywatyzacji emerytur i usług publicznych, ulg dla koncernów i zwiększania wydatków na zbrojenia oraz imperialistyczne wojny ktoś musiał finansować. Zrobili to ci, którzy nie mogą wyekspediować swych dochodów na Kajmany, ani nawet wrzucić w koszty. Społeczne konsekwencje takiej polityki są znane: rosnące nierówności i pauperyzacja ogromnych rzesz społeczeństwa. Proces ten trwa od trzech dekad.

Udział 1% najbogatszych Amerykanów w dochodzie narodowym wzrósł z niemałych 8% w latach 70 minionego wieku do imponujących 16% obecnie. Podobnie ma się rzecz z drugim liderem neoliberalnej kontrreformacji – Wielką Brytanią. Tam od roku 1982 udział najbogatszego 1% obywateli w dochodzie narodowym podwoił się z 6,5% do 13%. [7] Jeszcze wymowniej wypada porównanie zmian zachodzących w udziale w dochodzie narodowym 10% najbogatszych Amerykanów i pozostałych 90% społeczeństwa USA. Od lat 70 udział górnych 10% wzrósł z 33% do 47%. W tym samym czasie udział biedniejszych 90% populacji zmalał z 67% do 52%. [8]

Mimo że w latach 1973-2003 w amerykańskiej gospodarce odnotowano 70% wzrostu wydajności pracy, płace urosły zaledwie o 3,4%, a i ten wzrost został zjedzony przez inflację w ciągu jednego tylko roku 2005. [9]

Odwrócenie strumieni redystrybucji wytwarzanego przez gospodarki bogactwa to jądro neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału, zarówno w USA jak i w Europie, zarówno na bogatej Północy planety jak i na biednym Południu.

Takie są społeczne podstawy finansjeryzacji globalnej gospodarki. Permanentna nierównowaga finansowa opiera się na nierównowadze między sferą finansów a realną gospodarką oraz na nierównowadze w dochodach, ta ostatnia zaś na korzystnej dla kapitału nierównowadze sił społecznych.

Jak przyznał główny ekonomista MFW Kenneth Rogoff, „w 2006 r. sektor finansowy USA zagarnął jedną trzecią wszystkich zysków przedsiębiorstw. Tymczasem udział tego sektora w PKB wynosi 3-4%.” [10]

Neoliberalni ekonomiści widzieli w tym rodzaj kapitalistycznego perpetuum mobile. Rosnąca nadpłynność finansowa na górze drabiny społecznej i chroniczny brak płynności na dole miały się uzupełniać. Sfera finansowa za pośrednictwem kredytu daje rentowne zatrudnienie nadpłynności środków pozostających do dyspozycji najbogatszych a zarazem pozwala złagodzić skutki braku środków na dole społeczeństwa poprzez pobudzenie efektywnego popytu konsumpcyjnego. To zaś daje pozytywny impuls całej gospodarce. Taka była w największym skrócie wizja napędzania wzrostu bez podnoszenia płac i zmniejszania nierówności. Okazała się iluzją, bo usiłowała ukryć fakt, że zwiększanie zysków na drodze obniżania „kosztów pracy” prowadzi do sytuacji, w której gospodarka leci na jednym silniku. Jeżeli stagnacyjną tendencję realnej gospodarki mają skompensować kapitałowi kolejne bańki finansowe, to jest jasne, że system osuwa się w stan permanentnej niestabilności. Nic dziwnego, że w minionych 20 latach było takich baniek już kilka (1987, 1993, 1997-8, 2000-2, 2007-?). Pękają coraz częściej, z coraz większym hukiem i kosztują coraz więcej.

Klucz do rozwiązania kryzysu nie leży zatem w sferze finansowej, ale w sferze społecznej. Żaden plan ratunkowy nie uleczy systemu finansowego, bo będzie jedynie łataniem dziur na ubraniu, które już dawno trzeba wyrzucić. Jeżeli obecny potrójny kryzys gospodarczy, surowcowy i żywnościowy nie ma skończyć się kolejnym „przystosowaniem” za cenę milionów ofiar, koncentracji i monopolizacji kapitału oraz budowy kolejnej bańki z mechanizmem zegarowym, to konieczna będzie zmiana zasad redystrybucji wytwarzanego bogactwa i porzucenie neoliberalnego reżimu akumulacji. Niestety nie ma się co łudzić, że światowe elity zdecydują się na to bez społecznej presji.

Przemysław Wielgosz


[1] Leszek Balcerowicz, „Tak poprawia się kapitalizm”, Gazeta Wyborcza, 1.10. 2008.
[2] Marcin Tarczyński „Izba reprezentantów przyjęła plan ratunkowy dla gospodarki”, The Wall Street Journal Polska, 4-5.10. 2008.
[3] Liz Rappaport, Serena Ng, Peter Lattman, „Banki przestały ufać klientom i sobie nawzajem”, The Wall Street Journal Polska 4-5.10. 2008.
[4] Joseph E. Stiglitz, „Good day for democracy”, The Guardian, 1.10. 2008.
[5] „Czy zaakceptowanie przez Kongres planu Paulsona zakończy kryzys?”, wypowiedź Philipa I. Levy’ego, Dziennik 4-5.10. 2008.
[6] Joseph E. Stiglitz, „Wątpliwe lekarstwo na kryzys”, Dziennik-Europa, 4-5.10 2008.
[7] David Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 27-28.
[8] Sławomir G. Kozłowski, Ameryka współczesna, pejzaż polityczny i społeczno-gospodarczy, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2008, s. 338.
[9] tamże.
[10] Kenneth Rogoff, „Dać upust złej krwi”, Forum 22-28.09 2008.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top