Wakacje z duchami

Polska wersja sezonu ogórkowego coraz bardziej przypomina wakacje z duchami (historii). Lato przebiega w rytm obchodów kolejnych krwawych rocznic – rzeź wołyńska, powstanie warszawskie, bitwa warszawska, początek II wojny światowej obchodzony dwukrotnie ( 1 i 17 września, przy czym znaczenie tej drugiej daty rośnie a pierwszej maleje), a debata publiczna obraca się wokół kwestii takich jak definicja ludobójstwa. Łatwo wskazywać, że współczesność skrzeczy i domaga się uwagi. Dlaczego zatem nie oddać przeszłości prawicowym miłośnikom rekonstrukcji historycznych?
Błąd taki, popełniony przez postkomunistów skazał tę formację na wieczne tłumaczenie się i uwiarygadnianie przed prawicą.
Oddanie historii prawicy ma ogromne konsekwencje. Wyciska piętno na całej scenie publicznej w Polsce, wpływa na obowiązujące standardy i na nowo kreśli granice. Historia oglądana przez prawicowe okulary okazuje się bowiem dziedziną dostarczającą certyfikatu poprawności tendencjom autorytarnym, antydemokratycznym, szowinistycznym i rasistowskim, a jednocześnie wykluczającą tradycje samorządności, ludowładztwa, postępu, internacjonalizmu.
Wynik debaty na gruncie narzuconym przez konserwatywną wizję historii można z dużym prawdopodobieństwem z góry przewidzieć.
Niezależnie od różnic między prawicą a centrum i centrolewicą podmiotem historii stają się dziś narody. Wypełniają ją całkowicie obskuranckie wspólnoty zdefiniowane w kategoriach etno-kulturowych. Co z tego wynika? A choćby to, że powstanie warszawskie tłumili Niemcy, a nie hitlerowcy (a już na pewno nie faszyści), masakry na Wołyniu organizowali Ukraińcy, a nie nacjonaliści z OUN-UPA, zaborcą była Rosja a nie carat, pogromy Żydów organizowali Polacy, a nie narodowcy, ich zwolennicy czy wojsko.
W skreowanym tak świecie nie sposób dostrzec pęknięć biegnących w poprzek podziałów narodowych. Dobrym przykładem konsekwencji jakie to za sobą pociąga jest jedyna forma historycznego krytycyzmu na jaki zdobywają się dziś środowiska liberalne, która polega na próbie napisania historii zagłady polskich Żydów. Zadanie oczywiście jest ze wszech miar słuszne i potrzebne, gorzej, że usiłuje się mu sprostać w ramach „historii unarodowionej”. To zaś oznacza, że eksponowanie martyrologii Żydów odczytywane będzie jako odbieranie wartości polskim ofiarom wojny. Potwierdza to niedawna awantura wokół lokalizacji pomnika Sprawiedliwych. Rywalizacja na lepsze i gorsze ofiary, na ofiary bardziej polskie i te polskie mniej już się toczy. Niezależnie od tego, kto wygra jej wynik będzie katastrofą. Katastrofą jest zresztą już sam fakt, że do niej doszło.
Katastrofą była także reakcja na zakłócenie wykładu Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim. Faszyści zarzucający słynnemu socjologowi zbrodnie komunizmu dostali czego chcieli. Najpierw media uczyniły z nich gwiazdorów swych serwisów, a potem sam zaatakowany uznał za stosowne tłumaczyć się przed brunatnymi bojówkarzami.
Właśnie dlatego w debacie o przeszłości trzeba zmienić teren i perspektywę. Można to zrobić jedynie odzyskując doświadczenie historyczne i głos klas podporządkowanych, które z historii unarodowionej zostały po prostu wykluczone.
Dzięki temu nie tylko możemy ocalić prawdę historyczną, ale też zdemaskować fałsze dominujących dziś ideologicznych konstrukcji na temat przeszłości.
Liderzy PiS, bojówkarze ONR, historyczne dodatki Sieci i Do Rzeczy czy profesorowie z IPN przedstawiają się jako obrońcy dobrego imienia Polaków, ich rzekomo wyjątkowych cierpień i poświęceń. Nie ma żadnego sensu wyciąganie przeciw nim armaty z cierpieniami innych narodów – Żydów czy Romów. Warto natomiast zauważyć, że owi hołubieni przez prawicę Polacy to grupka dość nieliczna i ekskluzywna – przedrozbiorowa szlachta i ofiary komunizmu – z wyjątkiem kresów brak w niej nawet nieżydowskich ofiar II wojny światowej na terenach Polski. Nie dostanie się do niej półtora miliona chłopów strajkujących w 1937 r. przeciw rządom sanacyjnym, ani jeszcze większa rzesza tych, którzy przez dziesięciolecia walczyli o reformę rolną i cieszyli się z jej wywalczenia w 1944. Nie ma w niej miejsca na milionowe masy uczestników rewolucji 1905 r., ponad 100 tys. Polaków w szeregach Rewolucji Październikowej i więźniów politycznych II RP (których było wielokrotnie więcej niż w PRL). Nie załapią się ochotnicy walczący z faszyzmem w Hiszpanii, twórcy Republiki Tarnobrzeskiej z 1918 r., powstańcy śląscy ani żołnierze Ludowego Wojska Polskiego. O kobietach, buntujących się chłopach pańszczyźnianych czy innych grupach wyzutych z podstawowych ludzkich praw przez całe stulecia Polskiej historii w ogóle nie ma mowy. Aby to jednak stwierdzić, aby zauważyć ofiary prawicowej wybiórczości trzeba zdobyć się na odwagę przyznania, że antagonizmy, które napędzają historię mają genezę klasową. A przecież to nic innego, jak właśnie te podziały dochodzą do głosu w sposobie w jaki rozumie polskość współczesna polska prawica. Pisze ona historię uprzywilejowanych i elit, która ma zapewnić ideologiczną hegemonię współczesnym klasom uprzywilejowanym – drobnej i średniej burżuazji, kamienicznikom, spadkobiercom wielkiej własności, kapitalistom, klasie politycznej, kościołowi.
Aby tę hegemonię przełamać potrzebujemy historii wyzysku, zniewolenia i dyskryminacji, z których żyją wszelkie klasy uprzywilejowane. Nade wszystko zaś potrzebujemy historii ludowego oporu, walki i oddolnego samostanowienia. Odzyskanie dziejów dążeń uciskanych ma zasadnicze i uniwersalne znaczenie bo historia ich walki jest tożsama z historią demokratyzacji.
Historia pańszczyźnianych chłopów, robotników przemysłowych, proletariatu miejskiego i wiejskiego, migrantów, kobiet, biedoty, wywłaszczonych – słowem historia ludowa Polski musi zostać dopiero napisana.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry