W co się bawić

Jak wiadomo człowiekiem roku magazynu Time został anonimowy protestujący. Wybór ze wszech miar słuszny. Zeszły rok nie był zbyt łaskawy dla tych wszystkich realistów, którzy przekonują, że demokracja to pusty frazes, a ustabilizowanych reżimów tego świata nie da się zmienić demonstracjami i strajkami. Na pewno nie był dobry dla pewnego byłego polskiego wiceministra i ambasadora w Teheranie, który na kilka dni przed upadkiem prezydenta Mubaraka przekonywał, że tamtejsza dyktatura trzyma się mocno, ma zaufanie Zachodu, a ekscesami ulicznymi prowokowanymi przez nieodpowiedzialne masy nie ma się co przejmować. Rewolucje i masowe ruchy społeczne w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie zainspirowały i wciąż inspirują Europejczyków i Północnych Amerykanów. Od okupacji głównego placu w Madison, stolicy amerykańskiego stanu Wisconsin, przez madrycki Puerta del Sol i place innych miast w całej Hiszpanii, ulice Grecji, Wielkiej Brytanii aż po Wall Street uprawiano chodzenie w egipskim stylu. Oburzenie stało się po prostu modne. Ta ostatnia, dość odległa od oryginału, konsekwencja przetaczania się przez świat fal protestów szczególnie mocno zaznaczyła się w Polsce. Moda na oburzenie do pewnego stopnia przypomina samo oburzenie, nosi jego zewnętrzne znamiona, niemniej pozostaje wolna od wszelkich społecznych, ekonomicznych czy politycznych wymiarów ruchów protestu przeciw systemowi, który doprowadził do kryzysu globalnego. Tacy właśnie okazali się polscy oburzeni, gdy kilka miesięcy temu zorganizowali swój pierwszy marsz w Warszawie. Mimo solidnego wsparcia wielkich mediów oraz transmisji na żywo przeprowadzanej przez jedną z telewizji efekt ich starań był gorzej niż słaby. Wydarzenie zasługiwało raczej na miano większego spotkania towarzyskiego niż demonstracji ulicznej. Oburzeni made in Poland okazali się niezdolni do sformułowania choćby kilku sensownych zdań usprawiedliwienia dla swych buntowniczych aspiracji. Mimo młodego wieku daleko im do kilkudziesięciu amerykańskich „dzikich staruszek”, które 5 stycznia br. mając za całe uzbrojenie swoje butle tlenowe i chodziki doprowadziły do zamknięcia oddziału Bank of America w Barnas Heights. Nic dziwnego, że po ulicznej premierze nadmuchanej tak mocno jak bańka spekulacyjna na rynkach hipotecznych 3 lata temu, nasi lokalni Oburzeni rozpłynęli się w niebycie. Po co zatem o nich wspominać? Przecież całkiem możliwe, że przy okazji trwającego karnawału zadają sobie pytanie „w co się bawić”. Wciąż jednak jest nadzieja, że niebawem będą mogli choć trochę zbliżyć się do klasycznego „co robić?”. Nadarza się po temu znakomita okazja.

Pod koniec ubiegłego roku Business Center Club przedstawił pakiet zmian w prawie pracy. W obliczu wygasania ustaw antykryzysowych pracodawcy postanowili przedłużyć i pogłębić ich „pozytywne efekty” w duchu jeszcze radykalniejszej destabilizacji pozycji pracowników. Najwyraźniej dwucyfrowe bezrobocie, połowa populacji żyjąca poniżej minimum socjalnego, destabilizacja jednej trzeciej miejsc pracy i niemal 2 mln pracujących biedaków nie były w stanie zaspokoić apetytów polskich kapitalistów. Wśród propozycji BCC znalazły się m.in. pomysły likwidacji urlopu na żądanie, zniesienia obowiązku wypowiadania umowy na czas określony, dalsze uelastycznienie czasu pracy, zniesienia płacy minimalnej, likwidacji ochrony działaczy związkowych, obowiązek przeprowadzania referendum strajkowego w obecności pracodawcy, a wreszcie kary więzienia za przygotowanie i przewodzenie nielegalnemu strajkowi.

Pomysły przedstawione przez BCC wydają się wyjątkowo bezczelne. Tylko pozornie. W rzeczywistości są logiczne i bardzo racjonalne, oczywiście z punktu widzenia członków BCC. Skoro trzy lata temu wystarczyło trochę postraszyć duże związki zawodowe widmem kryzysu (który, jak się później chwalił rząd, nie nadszedł), a już zgodziły się na łatwiejsze zwolnienia, zamrożenie wzrostu płac i inne ustępstwa, dlaczego nie spróbować po raz drugi? Przecież także wówczas uderzenie w pracowników nie miało żadnego innego celu poza zwiększeniem zysków i przywilejów pracodawców. Wygląda na to, że tym razem może być podobnie. Jeżeli tak jest, to są powody do oburzenia. Zważywszy zaś, że związki zawodowe nie zareagowały na pomysły BCC zapowiedzią strajku generalnego, może należałoby je popchnąć do działania?

Może zamiast marznąć na którymkolwiek z warszawskich placów Oburzeni mogliby na przykład odwiedzić ciepłą siedzibę BCC, zasiąść w wygodnych fotelach zarządu i spędzić trochę czasu z pożytkiem dla siebie i całego społeczeństwa.

Przy okazji można by też wreszcie zaradzić deficytowi programowemu Oburzonych znad Wisły. Sytuacja sama podpowiada rozwiązania. Skoro polscy kapitaliści nie potrafią prowadzić interesów inaczej niż za pośrednictwem przywracania stosunków niewolniczych, czas wyciągnąć praktyczne wnioski: wysłać nieudaczników na nieustające wakacje do jakiegoś raju podatkowego, a ich przedsiębiorstwa znacjonalizować.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top