Uchodźcy: kryzys którego nie było

Po długich miesiącach negocjacji przedstawiciele Unii Europejskiej porozumieli się z Turcją w sprawie zarządzania strumieniem uchodźców. Jak przekonują unijni urzędnicy właśnie udało się oddalić widmo kryzysu uchodźczego i tym samym ocalić strefę Schengen. W rzeczywistości gra idzie o wiele wyższą stawkę, ale nie ma ona nic wspólnego z uchodźcami, a pakt z Ankarą nic tu nie pomoże.

W 2015 r. do UE przybyło zaledwie jakieś 500 tys. więcej uchodźców niż rok wcześniej (czyli ponad 1 mln). Tymczasem co roku w UE rejestruje się 70 mln migrantów, czyli ludzi żyjących w krajach, w których się nie urodzili. Niemal 30 mln z nich pochodzi spoza UE. Dlaczego zatem przybycie relatywnie niewielkiej grupy uciekinierów wojennych doprowadziło do kryzysu? Wszystko wskazuje na to, że problem nie leży w uchodźcach, a w sytuacji wewnętrznej w Unii i poszczególnych jej krajach. Kryzys uchodźczy w rzeczywistości nigdy nie miał miejsca. Mamy natomiast kryzys dotychczasowej polityki granicznej oraz polityk ekonomicznych i społecznych w UE.

Kwestia uchodźców ma swój wymiar geopolityczny – ukazuje on współodpowiedzialność Europy za konflikty w Afganistanie, Iraku, Libii i częściowo Syrii, w wyniku których miliony ludzi zmuszone są szukać ratunku poza granicami swoich krajów. Ma ona też wymiar humanitarny, obnażający hipokryzję i zwykłą ksenofobię wielu środkowoeuropejskich rządów, które odmawiając przyjęcia ludzi potrzebujących pomocy w praktyce sprzeniewierzyły się głoszonym oficjalnie wartościom demokratycznym. Wszelako żaden z tych wymiarów nie odsyła nas do źródeł kryzysu i strukturalnych uwarunkowań, które sprawiły, że przybrał postać jaką znamy z mediów.

Dlatego musimy poszerzyć i częściowo zmienić pole dyskusji o uchodźcach. Nie po to by odrzucać narrację geopolityczną, humanitarną czy dotyczącą praw człowieka, ale po to, by umieścić je wszystkie w szerszym kontekście. Tym samym zaś poszukać strukturalnych, systemowych i długofalowych przesłanek dramatu, który wciąż trwa na Bałkanach i Morzu Śródziemnym.

W tym sensie wydarzeniem kluczowym do zrozumienia głębszych warstw i podstaw tego, co zaczęło się w sierpniu zeszłego roku wydaje się być kryzys ekonomiczny dławiący Europę i w szczególności strefę Euro od roku 2008, a także powiązany z nim kryzys legitymizacji projektu europejskiego (tego ukształtowanego przez traktaty z Maastricht, Dublina i Lizbony).

Obydwa te kryzysy przejawiają się przede wszystkim w niezdolności Unii do stawienia czoła przyczynom krachu finansowego, wzrostu zadłużenia oraz turbulencji wspólnej waluty. Elity Unii i poszczególnych jej krajów zredukowały swoją odpowiedź na kryzys do zarządzania nim. Przy czym owo zarządzanie ujawniło fundamentalny deficyt demokracji w UE – odbywa się bowiem rękami niedemokratycznego triumwiratu (Trojki) narzucającego poszczególnym krajom politykę cięć i zaciskania pasa, a przy okazji ustanawiającego w Europie polityczną supremację finansjery (jedynego beneficjanta cięć) oraz Berlina.

Kilka miesięcy przed wybuchem kryzysu uchodźczego doszło do kulminacji tej polityki: Trojka rzuciła na kolana Grecję, która odważyła się sformułować alternatywę dla zaciskania pasa, od 5 lat demolującego społeczeństwa i gospodarki peryferii strefy euro. Wraz z odrzuceniem lewicowej i demokratycznej odpowiedzi na porażkę neoliberalizmu, którą zaproponowała grecka Syriza otwarto drzwi przed odpowiedzią niedemokratyczną i ksenofobiczną. Dla Trojki polityka socjaldemokratyczna, uderzająca w interesy finansjery i wielkich korporacji, okazała się nie do zaakceptowania, w przeciwieństwie do polityki skrajnej prawicy, która co prawda zagraża samym podstawom demokracji europejskiej, a mimo to częściowo znalazła się w dyskursie i praktyce rządów takich jak węgierski, słowacki, polski, brytyjski, a nawet francuski. Szukanie kozła ofiarnego i kreowanie zagrożenia w postaci „obcych” czy „niezintegrowanych” maskuje niezdolność rządów europejskich do przeciwstawienia się prawdziwemu zagrożeniu, jakie stanowi partykularyzm kapitału korporacyjnego.

Być może zatem warto spojrzeć na obecną sytuację jako na kulminację wieloletnich procesów. A zatem jako na konsekwencję polityki neoliberalnej, koncentrującej się na zwiększaniu wyzysku pracowników i odwracaniu strumieni redystrybucji. Zarządzanie migracją zawsze było jej istotnym elementem. Nigdy nie chodziło w nim przecież o zamknięcie granic, bo tego zrobić się nie da nawet przy pomocy murów. Celem walki z migracją było i jest wywieranie nieustannej presji na ludzi wpuszczanych do Unii, tak by zdusić ich aspiracje ekonomiczne i skutecznie wywłaszczyć z praw społecznych oraz politycznych. Dopiero spacyfikowani w ten sposób stają się poręcznym narzędziem dla kapitału. Jako grupa pracowników bez praw socjalnych i obywatelskich służą do zaniżania standardów zatrudnienia i obniżania płac, a także do skutecznego dzielenia i rządzenia całą siłą roboczą.

Dlatego właśnie prawdziwym zagrożeniem dla Europejczyków nie są dziś nieliczni uchodźcy, ale ci którzy pospołu z Turcją chcą ich ścigać, tropić, selekcjonować i pacyfikować. Stawką w grze nie jest Schengen, ale projekt europejski z tym co w nim jeszcze zostało dobrego. Godząc się na prześladowanie uchodźców przyczyniamy się do podkopywania demokracji i zdobyczy socjalnych. Jeżeli chcemy je ocalić, musimy się zdobyć na solidarność z tymi, którzy uciekają przed wojną i biedą.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry