Strategia rekonkwisty

Kryzys nie podkopał władzy kapitalizmu, a nawet ją wzmacnia. Co więcej, system korzysta z okazji, by wyzbyć się tych wszystkim zdobyczy społecznych, które czyniły go odrobinę bardziej ludzkim. Jak można odwrócić tę tendencję? Jak społeczeństwa mogłyby przejść do kontrofensywy? Potrzeba nam programu – ogólnego i prostego, ale nie ogólnikowego i prostackiego. Jego podstawowymi punktami winny być postulaty rozszerzania sfery bezpłatności, anulowania zadłużenia publicznego i zwiększenia podatków dla najbogatszych.

Lehman Brothers zbankrutował 15 września 2008 r. Minęło pięć lat. Wiarygodność kapitalizmu jako modelu organizacji społeczeństwa się skończyła. Nikt nie łudzi się już obietnicami dobrobytu, awansu społecznego, demokracji. Wielka zmiana jednak nie nastąpiła. Kolejne kontestacje systemu wcale go nie wzruszyły. Koszty jego fiask pokryto anulując wiele wydartych mu zdobyczy społecznych. „Fundamentaliści rynkowi pomylili się niemal we wszystkim, a mimo to dominują na scenie politycznej bardziej niż kiedykolwiek”, stwierdził już niemal trzy lata temu amerykański ekonomista Paul Krugman [1]. Krótko mówiąc, system się trzyma, nawet pilotowany automatycznie. Nie jest to komplement dla jego przeciwników. Co się stało? I co robić?

Lewica antykapitalistyczna odrzuca fatalizm ekonomiczny, ponieważ rozumie, że organizują go wole polityczne. Z krachu finansowego 2007-2008 r. powinna wyciągnąć wniosek, że krach ten nie toruje przed jej projektami królewskiej drogi. Sugerował to już precedens lat 30.: w zależności od sytuacji krajowych sojuszów społecznych i strategii politycznych, ten sam kryzys gospodarczy może mieć różne skutki polityczne w różnych krajach: w Niemczech doprowadził do władzy Adolfa Hitlera, w Stanach Zjednoczonych skutkował New Dealem, we Francji zaś Frontem Ludowym i… niczym szczególnym w Wielkiej Brytanii. Znacznie później, za każdym razem w kilkumiesięcznym odstępie, w Białym Domu zasiadł Ronald Reagan, natomiast w Pałacu Elizejskim zasiadł François Mitterrand, we Francji Nicolas Sarkozy przegrał wybory, natomiast w Stanach Zjednoczonych ponownie wybrano Baracka Obamę. Jak widać, talent, strategia polityczna to nie są zmienne podrzędne, które może zastąpić socjologia danego społeczeństwa czy analiza stanu jego gospodarki.

Ostatnie zwycięstwo neoliberałów wiele zawdzięcza kawalerii krajów wschodzących, która przyszła im na odsiecz, bo olbrzymie kontyngenty producentów i konsumentów chińskich, indyjskich, brazylijskich, które włączyły się do kapitalistycznego tańca, posłużyły systemowi za armię rezerwową w chwili, gdy wyglądało na to, że znajduje się on w stanie agonii. Tylko w ciągu minionych 10 lat udział wielkich krajów wschodzących w produkcji światowej wzrósł z 38 do 50%. Nowy warsztat światowy stał się również jednym z głównych rynków światowych: od 2009 r. Niemcy więcej eksportują do Chin niż do Stanów Zjednoczonych.

Istnienie „burżuazji narodowych” – i wdrażanie rozwiązań narodowych – zderza się zatem ze ścisłymi powiązaniami wzajemnymi klas panujących całego świata. Jeśli nie zastygliśmy umysłowo w antyimperializmie lat 60., to jakże możemy spodziewać się dziś, że na przykład postępowe rozwiązanie obecnych problemów będzie dziełem chińskich, rosyjskich, indyjskich elit politycznych, które składają się z tak samo skorumpowanych aferzystów jak ich zachodnie odpowiedniki?

Latynoska success story

Odpływ nie był jednak powszechny. „W ciągu pierwszego dziesięciolecia XXI w.”, pisał trzy lata temu socjolog Immanuel Wallerstein, „Ameryka Łacińska stanowiła success story światowej lewicy. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, co szczególnie wyraźnie rzuca się w oczy, dlatego, że partie lewicowe lub centrolewicowe wygrały tam zupełnie niezwykłą liczbę kolejnych wyborów. Po drugie, dlatego, że po raz pierwszy rządy latynoamerykańskie kolektywnie zdystansowały się od Stanów Zjednoczonych. Ameryka Łacińska stała się względnie samodzielną siłą geopolityczną” [2].

A przecież integracja regionalna, która dla najzuchwalszych spośród tych rządów zwiastuje „socjalizm XXI w.”, dla innych to kamień milowy w budowie jednego z największych rynków na świecie [3]. Gra pozostaje jednak bardziej otwarta na tylnym podwórku latynoamerykańskim Stanów Zjednoczonych niż w europejskiej ektoplazmie. Co więcej, jeśli w ciągu niespełna 10 lat Ameryka Łacińska doświadczyła aż pięciu udanych lub nieudanych zamachów stanu (w Wenezueli, Boliwii, Hondurasie, Ekwadorze i Paragwaju), to być może oznacza, że przeprowadzane tam przez siły lewicowe zmiany polityczne naprawdę zagroziły ładowi społecznemu, to znaczy przeobraziły warunki egzystencji tamtejszych społeczeństw. A zatem pokazały, że istnieje alternatywa, że nie wszystko jest niemożliwe, ale że, aby stworzyć sprzyjające dla niej warunki, należy przystąpić do strukturalnych reform gospodarczych i politycznych. Takich reform, które zmobilizują warstwy ludowe, wtrącone przez brak perspektyw w apatię czy mistycyzm lub zmuszone dawać sobie radę w pojedynkę. Może w ten sposób najlepiej walczy się również ze skrajną prawicą.

Reformy strukturalne – owszem, ale jakie? Neoliberałowie tak głęboko zakorzenili w świadomości społecznej myśl, że „nie ma żadnej alternatywy” i tak skutecznie udało im się przekonać do tego swoich przeciwników, że ci często zapominają o własnych propozycjach… Przypomnijmy zatem kilka z nich, pamiętając, że im ambitniejsze dziś się wydają, tym bardziej bezzwłocznie należy je zaaklimatyzować, nigdy przy tym nie zapominając, że ich ewentualną surowość trzeba mierzyć przemocą ładu społecznego, którego obaleniu mają służyć.

Jak ten ład powstrzymać, a następnie odeprzeć? Ten dwojaki cel pozwoliłoby osiągnąć rozszerzenie sektora nietowarowego – takiego, w którym panuje bezpłatność. Ekonomista André Orléan przypomina, że w XVI w. „ziemia nie była dobrem wymiennym, lecz dobrem zbiorowym i nie podlegającym negocjacjom, co wyjaśnia, dlaczego grodzenie pastwisk gminnych napotkało tak zażarty opór”. Orléan dodaje: „To samo dzieje się dziś z utowarowieniem istot żywych. Dziś ręki czy krwi nie uważamy za towary, ale co będzie jutro” [4]?

Aby stawić czoło tej ofensywie, być może wypadałoby demokratycznie określić kilka podstawowych potrzeb (dach nad głową, pożywienie, kulturę, komunikację), finansować je z funduszów publicznych i wszystkim zaoferować ich zaspokojenie. A nawet, jak zaleca socjolog Alain Accardo, „szybko i nieustannie rozszerzać usługi publiczne tak, aby w miarę historycznej ewolucji podstawowych potrzeb zapewniać bezpłatne zaspokajanie ich wszystkich, czego nie można sobie wyobrazić z ekonomicznego punktu widzenia bez przywrócenia społeczeństwu wszystkich zasobów i wszystkich bogactw służących pracy społecznej i wytwarzanych wysiłkiem wszystkich” [5]. Tak więc, zamiast zapewniać efektywność popytu dużymi podwyżkami płac, chodziłoby o uspołecznianie podaży i zapewnianie wszystkim nowych świadczeń w naturze.

Jak jednak, w takim razie, uniknąć zastąpienia tyranii rynków absolutyzmem państwowym? Zacznijmy, mówi socjolog Bernard Friot, od upowszechniania modelu zdobyczy ludowych, które funkcjonują już na naszych oczach – takich np. jak ubezpieczenia społeczne, które chcą obecnie zniszczyć wszystkie rządy, z prawa i lewa głównej sceny politycznej. Od tego „emancypacyjnego coś już”, co dzięki zasadzie składkowania uspołecznia znaczną część bogactwa i w rezultacie finansuje emerytury, zasiłki chorobowe, zasiłki dla bezrobotnych. W przeciwieństwie do ściąganych i wydatkowanych przez państwo podatków, składki nie są przedmiotem akumulacji i początkowo w wielu krajach zarządzali nimi głównie sami pracownicy najemni. Dlaczego nie pójść dalej tą właśnie drogą [6]?

Program ofensywny

Taki rozmyślnie ofensywny program były trojako korzystny. Politycznie: choć może uzyskać poparcie bardzo szerokiej koalicji społecznej, nie może zostać przejęty przez neoliberałów czy skrajną prawicę. Ekologicznie: unika on keynesowskiego ożywienia gospodarczego, które, przedłużając istnienie panującego modelu, sprowadzałoby się do „wstrzyknięcia pewnej sumy pieniędzy na rachunki bankowe i skierowania jej za pośrednictwem kampanii reklamowych na spożycie towarowe” [7]. Program ten uprzywilejowuje również potrzeby, których nie zaspokaja produkcja w krajach o niskich płacach takich towarów, jakie przewozi się kontenerami z jednego końca świata na inny. Jest on korzystny również z demokratycznego punktu widzenia: określanie zbiorowych priorytetów (tego, co ma stać się bezpłatne, i tego, co ma pozostać płatne) nie byłoby już zastrzeżone dla posłów i radnych, dla akcjonariuszy czy dla mandarynów intelektualnych wywodzących się z wymienionych środowisk.

Potrzeba takiego podejścia jest paląca. Przy obecnym układzie sił w skali światowej przyspieszona robotyzacja pracy przemysłowej (ale również usług) grozi bowiem kreowaniem nowej renty dla kapitału (obniżka „kosztu pracy”) i masowego, w coraz mniejszym stopniu korzystającego z zasiłków, bezrobocia. Amazon czy wyszukiwarki internetowe pokazują codziennie, że kolejne setki milionów klientów powierzają robotom wybór godzin wyjazdu czy odlotu, środków transportu i linii komunikacyjnych, lektur, muzyki, którą słuchają i wielu innych rzeczy. Tracą na tym księgarnie, gazety, agencje podróży. „Dziesięć największych firm internetowych, takich jak Google, Facebook czy Amazon”, mówi Dominic Barton, dyrektor generalny McKinesya, jednej z najważniejszych firm konsultingowych na świecie, „stworzyło zaledwie 200 tys. miejsc pracy.” Na kapitalizacji giełdowej zarobiło natomiast setki miliardów dolarów [8].

W rezultacie grozi, że aby uporać się z problemem bezrobocia, klasa panująca zrobi to, czego tak bardzo obawia się filozof André Gorz – będzie wdzierać się nieustannie i na coraz większą skalę tam, gdzie jeszcze panuje bezpłatność i darowizna. „Gdzie zatrzyma się transformacja wszelkiej działalności w działalność opłacaną, której racją istnienia będzie wynagrodzenie za nią, a celem – maksymalny dochód? Jak długo wytrzymają dość kruche zapory, które przeszkadzają jeszcze w profesjonalizacji macierzyństwa i ojcostwa, komercyjnym wytwarzaniu embrionów, sprzedaży dzieci, handlu organami” [9]?

Gdy odsłania się tło polityczne i społeczne kwestii długu, zyskuje ona na tym podobnie jak kwestia bezpłatności. Dzieje ludzkości pełne są przykładów państw, które, chwycone za gardło przez swoich wierzycieli, w ten czy inny sposób wyrywają się z ich uścisków, aby nie skazywać własnego społeczeństwa na wieczne zaciskanie pasa. Republika Rad odmówiła honorowania pożyczek zaciągniętych przez cara. Raymond Poincaré uratował franka, dewaluując go o… 80% i o tyle amputując obciążenie finansowe Francji, które w rezultacie spłacono w zdeprecjonowanej walucie. Powojenne Stany Zjednoczenie i Wielka Brytania zmniejszyły niemal o połowę ciężar swoich długów publicznych (w pierwszym przypadku, w latach 1945-1955, ze 116 do 66% produktu narodowego brutto, a w drugim z 216 do 138%), dając inflacji zielone światło [10].

Od pewnego czasu – panowanie monetaryzmu zobowiązuje – bankructwo stało się świętokradztwem, inflację się ściga (nawet wtedy, gdy jej stopa jest bliska zera), dewaluacja jest zakazana. Choć jednak wierzycieli uwolniono od ryzyka niewypłacalności, nadal żądają „premii za ryzyko kredytowe”. „W sytuacji historycznej nadmiernego zadłużenia”, pisze ekonomista Frédéric Lordon, „wybierać można tylko między dostosowaniem strukturalnym, które służy wierzycielom, a ich zrujnowaniem w taki czy inny sposób” [11]. Anulowanie części długu oznaczałoby złupienie rentierów i finansistów, którym, niezależnie od ich narodowości, najpierw wszystko oddano.

Pętla zaciśnięta na szyi społeczeństwa zacznie tym prędzej się rozluźniać, im prędzej odzyska ono wpływy z podatków, roztrwonionych w ciągu 30 lat panowania neoliberalizmu. Roztrwonionych nie tylko wtedy, gdy zniesiono progresywność podatków i pogodzono się z rozmachem oszustw podatkowych, ale również wtedy, gdy stworzono system, w którym połowa międzynarodowego handlu towarami i usługami przechodzi przez raje podatkowe. Beneficjenci to nie tylko rosyjscy oligarchowie czy były francuski minister budżetu: to przede wszystkim tak chronione przez państwa i wpływowe w mediach przedsiębiorstwa jak Total, Apple, Google, Citigroup czy BNP-Paribas.

Odzyskać dochody

Optymalizacja fiskalna, „cena transferowa” (pozwalająca lokować zyski filii tam, gdzie podatki są najniższe), przenoszenie siedzib firm: tylko w Unii Europejskiej sumy skradzione w majestacie prawa społeczeństwom wynoszą blisko 1 bln euro. W wielu krajach oznacza to utratę przychodów przewyższającą całe ich obciążenie, które wynika z zadłużenia. Wielu ekonomistów podkreśla, że we Francji, „odzyskując tylko połowę tych sum, przywrócono by równowagę budżetową nie poświęcając emerytur, miejsc pracy w sektorze publicznym czy przyszłościowych inwestycji ekologicznych” [12]. Sto razy zapowiadane, sto razy odkładane (i sto razy bardziej lukratywne niż położenie kresu tak bardzo nagłaśnianym „oszustwom socjalnym”) „odzyskanie” tych przychodów byłoby tym bardziej popularne i tym bardziej egalitarne, że zwykli podatnicy nie mogą pomniejszać swoich podlegających opodatkowaniu dochodów przelewając fikcyjne royalties na konta swoich filii na Kajmanach.

Do listy priorytetów można by dodać zamrożenie wysokich pensji, zamknięcie giełd, nacjonalizacje banków, zakwestionowanie wolnego handlu, wyjście ze strefy euro, kontrolę kapitałów… Te wszystkie opcje prezentowano już na tych łamach. Dlaczego zatem mielibyśmy uprzywilejowywać bezpłatność, anulowanie długu publicznego i odzyskanie utraconych przychodów fiskalnych? Po prostu dlatego, że w celu wypracowania strategii, wyobrażenia sobie, na jakich środowiskach społecznych można by oprzeć jej realizację i w jakich warunkach politycznych można by ją zrealizować, lepiej wybrać tylko kilka priorytetów niż sporządzać katalog w celu zgromadzenia na ulicy czy placu pstrej wielości, która rozbiega się przy pierwszych odgłosach burzy.

Wyjście z euro zapewne zasługiwałoby na to, aby figurować w rejestrze spraw najpilniejszych [13]. Każdy rozumie obecnie, że jednolita waluta oraz oprzyrządowanie instytucjonalne i prawne, na którym ona się opiera (niezależny Europejski Bank Centralny, Pakt Stabilności) uniemożliwiają prowadzenie jakiejkolwiek polityki, która jednocześnie przeciwdziałałaby pogłębianiu się nierówności społecznych i konfiskacie suwerenności przez klasę panującą, spełniającą wymogi finansjery. Choćby jednak zakwestionowanie jednolitej waluty było nie wiadomo jak konieczne, nie zapewnia ono żadnej rekonkwisty na tych dwóch polach, o czym świadczą orientacje gospodarcze i społeczne Wielkiej Brytanii i Szwajcarii – państw nie należących do strefy euro. Wyjście z euro, podobnie jak protekcjonizm, opierałoby się zresztą na koalicji politycznej, w której to, co najgorsze, obcowałoby z tym, co lepsze, przy czym to pierwsze brałoby górę nad tym drugim. Bezpłatność, amputacja długu i odzyskanie utraconych przychodów fiskalnych pozwalałyby stworzyć równie szeroką, a nawet jeszcze szerszą koalicję, do której nie dopuszczono by elementów niepożądanych.

Potrzebna zuchwałość

Nie ma co twierdzić, że program ten dysponuje większością w jakimkolwiek parlamencie na świecie. Przewidziane w nim transgresje obejmują pewną liczbę reguł, które przedstawia się jako nienaruszalne. Gdy jednak neoliberałowie ratują swój system, okazuje się, że żadne reguły, które oni sami ustalili i uświęcili, się nie liczą – i postępują zuchwale. Nie cofnęli się przed poważnym wzrostem zadłużenia (choć sami wcześniej zapewniali, że spowodowałoby ono wzlot stóp procentowych), ani przed podwyżką podatków, nacjonalizacją banków, które zbankrutowały, konfiskatą części oszczędności, przywróceniem kontroli kapitałów (Cypr). W sumie, „gdy gradobicie niszczy plony, tylko głupiec postępuje delikatnie” (Louis Aragon). Co im wolno, to i nam, którzy cierpimy na nadmiar skromności… Bo przecież to nie fantazjowanie o powrocie do przeszłości ani oczekiwanie na cud, który ograniczy rozmach katastrofy, przywróci ludziom ufność we własne siły i pozwoli walczyć z rezygnacją szerzącą się nieubłaganie wtedy, gdy nie widać innego wyjścia, jak tylko wymiana rządów lewicowych na prawicowe i prawicowych na lewicowe, realizujące plus minus takie same programy neoliberalne.

Czy chodzi tu o zuchwałość? Gorz, mając na myśli środowisko, postulował w 1974 r., „aby przypuszczony na wszystkich szczeblach atak polityczny wydarł [kapitalizmowi] ster z ręki oraz przeciwstawił mu zupełnie inny projekt społeczeństwa i cywilizacji”. Należało bowiem, jego zdaniem, zapobiec temu, aby reforma na froncie ekologicznym spowodowała pogorszenia sytuacji społecznej. „Walka ekologiczna może stworzyć trudności dla kapitalizmu i zmusić go, aby się zmienił. Kiedy jednak, po długotrwałym oporze przy zastosowaniu siły i fortelu, będzie musiał w końcu ustąpić, bo impas ekologiczny stanie się nieunikniony, przyswoi on sobie wymóg ochrony środowiska tak, jak przyswoił sobie inne. (…) Siła nabywcza ludności zostanie wówczas skompresowana i wszystko będzie wyglądało na to, że koszty usuwania zanieczyszczeń przerzucono na zasoby, którymi ludzie dysponują na zakup towarów” [14]. Od tego czasu z kolei usuwanie zanieczyszczeń stało się rynkiem, np. w chińskim mieście Szenzen, gdzie przedsiębiorstwa, które w niewielkim stopniu zanieczyszczają środowisko, sprzedają innym przedsiębiorstwom swoje kwoty emisji zanieczyszczeń. Tymczasem zatrute powietrze powoduje corocznie śmierć miliona Chińczyków.

Jeśli nie brak pomysłów, to co zrobić, aby nie trafiły one do muzeum pomysłów niezrealizowanych? W ostatnich latach panujący ład społeczny spowodował niezliczone kontestacje, od rewolucji arabskich po ruchy oburzonych. Po tym, jak 10 lat temu niezliczone tłumy zaprotestowały w wielu krajach na całym świecie przeciwko wojnie w Iraku, na ulice wyszły dziesiątki milionów osób, od Egiptu po Hiszpanię i od Stanów Zjednoczonych po Turcję i Brazylię. Ruchy te zwróciły na siebie uwagę, ale niewiele osiągnęły. Ich strategiczne fiasko pozwala nam wytyczyć drogę. Właściwością wielkich koalicji kontestacyjnych jest dążenie do konsolidacji liczby uczestników za cenę unikania kwestii, które dzielą. Każdy domyśla się, o co rozbiłaby się taka koalicja, która często ma oparcie w szlachetnych, lecz niejasnych celach w rodzaju sprawiedliwszego podziału dochodów, mniej okaleczonej demokracji, niezgody na rozmaite formy dyskryminacji czy na autorytaryzm. Im bardziej kurczy się społeczna baza polityki neoliberalnej, im szersze warstwy pośrednie padają ofiarą niepewności zatrudnienia, wolnego handlu, drogich studiów, tym łatwiej jest stworzyć większościową koalicję.

Jak nie przegrać?

Stworzyć, ale po co? Zbyt ogólnikowe lub zbyt liczne postulaty z trudem znajdują przełożenie polityczne i z trudem wpisują się w długofalowe dynamiki polityczne. „Na spotkaniu działaczy wszystkich ruchów społecznych”, wyjaśniał nam niedawno Arthur Henrique da Silva Santos, były przewodniczący Jednolitej Centrali Pracujących (CUT), która jest główną brazylijską konfederacją związkową, „zebrałem rozmaite teksty. Spraw podnoszonych przez centrale związkowe było 230, spraw podnoszonych przez chłopów 77 itd. Zsumowałem je wszystkie i wyszło, że mamy ponad 900 priorytetów. Zapytałem: co konkretnie robimy z tym wszystkim?” W Egipcie odpowiedzi na takie pytanie udzielili… wojskowi. Większość społeczeństwa egipskiego miała dość powodów, aby wystąpić przeciwko prezydentowi Muhammadowi Mursiemu, ale ponieważ jej wystąpieniu nie przyświecało nic innego, jak tylko jego obalenie, władzę pozostawiła ona armii – ryzykując, że dziś stanie się jej zakładnikiem, a jutro ofiarą. Bo ci, którzy nie mają mapy drogowej, często zależą od tych, którzy ją mają.

Żywiołowość i improwizacja mogą sprzyjać rewolucyjnej chwili. Nie gwarantują jednak rewolucji. Sieci społecznościowe sprzyjały pobocznym sposobom organizacji masowych wystąpień, a brak formalnej organizacji pozwolił uniknąć przez pewien czas policyjnego nadzoru. Władzę jednak zdobywa się nadal strukturami piramidalnymi, pieniędzmi, działaczami, machinami wyborczymi i strategiami: jaki blok społeczny i jaki sojusz na rzecz jakiego projektu? Ma tu zastosowanie metafora Accardo: „Obecność na stole wszystkich części zegarka nie pozwala uruchomić go komuś, kto nie ma instrukcji, jak je złożyć. W polityce można urządzić ciąg krzyków albo można zastanowić się, jak złożyć części” [15].

Określić kilka wielkich priorytetów, wzniecić walkę o nie, przestać wszystko komplikować tylko po to, aby popisać się swoją wirtuozerią, to właśnie odegrać rolę zegarmistrza. Bo „rewolucja wikipedyczna, w której każdy dodaje treść” [16], nie pozwoli naprawić zegarka. W ostatnich latach zlokalizowane, rozproszone, gorączkowe działania zrodziły zakochaną w sobie kontestację, galaktykę niecierpliwości i bezsilności, ciąg zniechęceń [17]. W takiej mierze, w jakiej warstwy pośrednie często stanowią kręgosłup tych ruchów, taka niestałość nie dziwi: sprzymierzają się one z warstwami ludowymi tylko w kontekście ekstremalnego zagrożenia – i pod warunkiem, że bardzo szybko uda im się odzyskać kierownictwo operacyjne [18].

Tymczasem na porządku dziennym staje również kwestia władzy – i coraz wyraźniej staje ona na ostrzu noża. Kiedy nikt sobie nie wyobraża, aby główne partie i instytucje choćby co nieco zmodyfikowały ład neoliberalny, narasta pokusa uprzywilejowania zmiany mentalności, a nie struktur i ustawodawstwa, pozostawienia terenu ogólnokrajowego na łasce losu i zajęcia się skalą lokalną lub społecznościową w nadziei, że stworzy się tam laboratoria przyszłych zwycięstw. „Jedna grupa stawia na ruchy, na różnorodności bez centralnej organizacji”, podsumowuje Wallerstein. „Inna argumentuje, że jeśli nie ma się władzy politycznej, to nic nie można zmienić” [19].

Zawsze trudno jest o pierwszy zakład. Z jednej strony solidarna, świadoma swoich interesów, zmobilizowana, kontrolująca teren i aparat represji klasa panująca; z drugiej niezliczone stowarzyszenia, związki zawodowe, partie, tym bardziej skłonne bronić swojego ogródka, swojej osobliwości, niezależności, im bardziej obawiają się, że ulegną pokusom władzy politycznej. Nieraz upajają je złudzenia, które stwarza Internet: wyobrażają sobie, że się liczą, ponieważ mają stronę w sieci. Coś, co nazywają „organizacją sieciową”, staje się wówczas teoretyczną maską braku organizacji, refleksji strategicznej, a sieć to tylko krążenie komunikatów elektronicznych, które wszyscy rozsyłają, a których nikt nie czyta.

Stosunki ruchów społecznych z przekaźnikami instytucjonalnymi, przeciwwagami władzy państwowej i partiami zawsze były problematyczne. Kiedy nie ma głównego celu, „linii generalnej” – a tym bardziej ucieleśniającej jej partii czy kartelu partyjnego – należy „zadać sobie pytanie, jak stworzyć globalne, wychodząc od lokalnego” [20]. Określenie kilku priorytetów, które bezpośrednio godzą we władzę kapitału, pozwoliłoby zaatakować system centralny i zidentyfikować siły polityczne, które są gotowe wziąć w nim udział.

Koniecznie należy jednak zażądać od nich, aby wyborcy mogli, poprzez referendum, odwoływać tych, których wybrali, przed końcem ich mandatu. Od 1999 r. zapis taki figuruje w konstytucji wenezuelskiej. Wielu szefów rządów podjęło bardzo ważne decyzje (wiek emerytalny, zaangażowanie wojskowe, traktat konstytucyjny) nie uzyskując uprzednio mandatu od społeczeństwa. Uzyskałoby ono prawo pozbycia się takich fałszywych mandatariuszy inaczej niż dotychczas – unikając zastępowania ich politycznymi bliźniakami tych, którzy nadużyli jego zaufania.

Czy następnie wystarczy czekać na swoją godzinę? „Na początku 2011 r. w Kongresie na rzecz Republiki [CPR] było nas jeszcze zaledwie sześciu”, wspomina obecny prezydent Tunezji, Munsif Marzuki. „Nie przeszkodziło to w uzyskaniu przez CPR drugiego miejsca w pierwszych wyborach demokratycznych, przeprowadzonych w Tunezji kilka miesięcy później” [21]. W obecnej sytuacji bierne, zbyt poetyckie oczekiwanie (patrz załączony fragment rozmowy Gerassiego z Sartre’em) umożliwiałoby innym – mniej cierpliwym, mniej wahającym się, a niebezpiecznym – wykorzystać chwilę, w której dojdzie do wybuchu desperackiego gniewu, wcale niekoniecznie zwróconego przeciwko temu, co go wywołało, lecz grożącego unicestwieniem tych punktów oparcia czy ognisk oporu, z których powinna wyjść rekonkwista: sfer działalności nietowarowej, usług publicznych, praw demokratycznych. Bardzo utrudniłoby to późniejsze zwycięstwo.

Utopia neoliberalna sama rozwiała stworzone przez siebie złudzenia. Teraz tworzy już tylko przywileje oraz zimne i martwe egzystencje. Odwrót od niej jest zatem nieunikniony. Każdy może go trochę przyspieszyć.

 tłum. Zbigniew M. Kowalewski


[1] P. Krugman, „When Zombies Win”, The New York Times, 19 grudnia 2010 r.

[2] I. Wallerstein, „Latin America’s Leftist Divide”, International Herald Tribune, 18 sierpnia 2010 r.

[3] Zob. R. Lambert, „Ameryka Południowa w cieniu Brazylii”, Le Monde diplomatique – Edycja polska, lipiec 2013 r.

[4] Le Nouvel Observateur, 5 lipca 2012 r.

[5] A. Accardo, „Les eaux tièdes du réformisme”, Le Sarkophage, wrzesień 2010 r.

[6] Zob. B. Friot, „La cotisation, levier d’émancipation”, Le Monde diplomatique, luty 2012 r.

[7] Zob. „Pourquoi le Plan B n’augmentera pas les salaires”, Le Plan B nr 21, 2010.

[8] Les Echos 13 maja 2013 r.

[9] A. Gorz, „Pourquoi la société salariale a besoin de nouveaux valets”, Le Monde diplomatique, czerwiec 1990 r.

[10] Zob. S. Halimi, „Nie wstydź się, że chcemy gwiazdki z nieba”, Le Monde diplomatique – Edycja polska, lipiec 2011 r.

[11] F. London, „En sortir”, La pompe à phynance, 26 września 2012 r., blog.mondediplo.net

[12] Th. Courtot, V. Drezet, P. Khalfa, Ch. Delecourt, „‘Eradiquer les paradis fiscaux’ rendrait la rigueur inutile”, Libération, 30 kwietnia 2013 r.

[13] Zob. F. Lordon, „Sortir de l’euro?”, Le Monde diplomatique, sierpień 2013 r.

[14] A. Gorz, „Leur écologie et la nôtre”, Le Sauvage, kwiecień 1974 r.Przedruk w Le Monde diplomatique, kwiecień 2010 r.

[15] A. Accardo, „L’organisation et le nombre”, La Traverse nr 1, 2010.

[16] Wyrażenie Waila Ghonaima, egipskiego cyberdysydenta i dyrektora marketingu w Google Middle East and North Africa.

[17] Zob. Th. Frank, „Occuper Wall Street, un mouvement tombé amoureux de lui-même”, Le Monde diplomatique, styczeń 2013 r.

[18] Zob. D. Pinsolle, „Ryzyka i perspektywy sojuszu między klasami”, Le Monde diplomatique – Edycja polska, maj 2012 r.

[19] L’Humanité, 31 lipca 2013 r.

[20] Zob. F. Poupeau, Les mésaventures de la critique, Paryż, Raisons d’agir 2012.[21] M. Marzouki, L’invention d’une démocratie: Les leçons de l’expérience tunisienne, Paryż, La Découverte 2013, s. 30.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry