Strach

W dyskusji wywołanej wydaniem w Polsce książki Jana Tomasza Grossa Strach Marek Edelman powiedział m.in.: „Książka Grossa minie bez echa. Jestem pewien, że za trzy miesiące już nikt nie będzie o niej mówił. Znak zarobi na niej duże pieniądze, a potem wszyscy usną. By coś się zmieniło, musi wymrzeć to pokolenie, które widziało Zagładę.” [1]

Legendarny przywódca powstania w warszawskim getcie myli się.

Albowiem wszystkie wypowiedzi w burzy wywołanej książką Grossa świadczą, że jest dokładnie na odwrót – jedyne mądre zdania na temat Strachu i Zagłady padają niemal wyłącznie ze strony ludzi, którzy Holocaust przeżyli. Natomiast młodzi, owszem, mówią chętnie, ale niemal wyłącznie w katoendeckim języku przedwojennych antysemitów. Chyba to nie jest ta zmiana, o której marzy Edelman.

„Im bardziej pragniemy zagłuszyć wyrzuty sumienia, tym głośniej ubliżamy pamięci ofiar. Jednak im głośniej to czynimy, tym mniejszą mamy szansę na pełne wyleczenie”, pisał w eseju poświęconym amerykańskiemu wydaniu Strachu Zygmunt Bauman [2].

Krzysztof Teodor Toeplitz słusznie z kolei dziwi się zdziwieniu Grossa, że coś takiego jak antysemickie pogromy były możliwe w Polsce po Holocauście. Jego zdaniem Holocaust nie tylko nie wyostrzył wrażliwości Polaków na tragiczny los Żydów, lecz przeciwnie – wpoił części (większości?) z nich przekonanie o bezwartościowości żydowskiego życia. [3]

Zaś Jerzy Jedlicki w odpowiedzi księdzu kardynałowi Dziwiszowi, biadającemu nad tym, że książka Grossa budzi demony i dzieli zamiast łączyć, nie bez racji przypomina, że demonów antysemityzmu nie trzeba w Europie Środkowej budzić, bo one wcale nie śpią. [4]

Wypowiedzi krytykujących Strach, ba!, oskarżających Grossa o znieważenie „dobrego imienia Polski i Polaków” jest nieskończenie więcej. I wcale nie chodzi mi o dyżurnych i starych – stażem bądź wiekiem – antysemitów pokroju Bubla czy J.R. Nowaka. Mam na myśli właśnie tych młodych, z którymi takie nadzieje wiąże Edelman.

Przeczytawszy książkę Grossa – która naprawdę nie mówi nic nowego tym, którzy interesują się historią polskich Żydów i antysemityzmem – i czytając enuncjacje kolejnych jej krytyków zrozumiałem, jak wiele osób w Polsce, pamiętających Holocaust i czasy tuż powojenne, może nadal odczuwać strach. Po 60 latach w Polsce zmieniło się bowiem wszystko – ustrój polityczny i gospodarczy, sytuacja ludnościowa (nie ma Żydów!), sojusze, kierunki polityki, etc.

Jedno, co pozostało nienaruszone i trwa niczym opoka polskości od z górą stu lat, to język narodowego resentymentu i antysemityzmu. Język, wyrażający ducha „katolickiego narodu polskiego”. Język dyskryminacji i pogardy. Język, dzięki któremu to, co nie mieści się w głowie Grossowi – czyli powojenny polski antysemityzm – ma się doskonale w sześć dekad po ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej na ziemiach polskich.

Wypowiedzi kardynała Dziwisza, arcybiskupa Nycza, prezesa IPN Janusza Kurtyki i innych pracowników tej instytucji, redaktora naczelnego Rzeczpospolitej Pawła Lisickiego i jej publicystów Tomasza Terlikowskiego i Piotra Semki oraz całej masy innych, gorliwych obrońców „dobrego imienia”, wreszcie wszczęcie przez krakowską prokuraturę postępowania w sprawie Strachu z artykułu 132 A, grożącego obrażającemu naród polski karą więzienia do lat trzech – ta atmosfera przedpogromowa, to ona właśnie budzi strach większy niż historyczny esej Grossa.

I nic lepiej niż owe wypowiedzi i działania nie dowodzi słuszności tez i ocen autora Strachu.

Bo jeśli chodzi o materiał faktograficzny – to jest on nie do ruszenia. Stąd zarzuty wobec książki są albo kłamliwe – np. że Gross oskarża wszystkich Polaków o antysemityzm, albo niemerytoryczne – że to dzieło „propagandzisty i radykała” (Lisicki), „polakożercy i katolikożercy” (Nowak), które „ma niewiele wspólnego z rzetelnymi badaniami historycznymi czy nawet publicystyką historyczną” (Terlikowski).

Polskie reakcje – i ich proporcja – na ważną i potrzebną książkę Grossa niepokojąco przypomina reakcję opinii publicznej w kraju po pogromie kieleckim – zdumienie, przerażenie i solidarność z ocalonymi grupki polskich pisarzy i naukowców oraz głuchą, nienawistną i aprobującą ciszę ze strony Kościoła katolickiego i mas robotniczo-chłopskich. I ta refleksja dopiero naprawdę budzi strach.

Stefan Zgliczyński


[1] Gazeta Wyborcza, 26-27 stycznia, 2008.
[2] Z. Bauman, „Wytłumaczyć niewytłumaczalne”, Le Monde diplomatique edycja polska nr 7/2006.
[3] KTT, „Kto się boi Strachu?”, Przegląd, 27 stycznia, 2008.
[4] J. Jedlicki, „Tylko tyle i aż tyle”, Tygodnik Powszechny, 27 stycznia 2008

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top