Słowa które wstrząsnęły Polską

Zwykli ludzie, którzy kochali swoje rodziny, zanosili zupę choremu sąsiadowi i chodzili do kościoła, pomagali złym ludziom w mordowaniu Żydów na masową skalę. (…) Ci mordercy i ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i innych miejsc uważali, że nie robią nic złego.”

Te banalnie oczywiste stwierdzenia, które padły z ust dyrektora FBI Jamesa Comey’a 15 kwietnia w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu, wstrząsnęły polską opinią publiczną i doprowadziły do histerii krajowe media i polityków. Oficjalnych przeprosin domagał się ambasador RP w Waszyngtonie, szef MSZ, premier i dosłownie wszyscy polscy politycy od prawa do lewa.

Ta irracjonalna furia udzieliła się też wszystkim bez mała dziennikarzom – i to nie tylko tym znanym z tropienia „antypolonizmu” i bronienia „dobrego imienia” Polski, ale i tym, zdawałoby się, odrobinę rozsądniejszym.

Telewizja polska, telewizje prywatne, radio, a nawet Gazeta Wyborcza, czyli media przez które przetoczyła się szeroka i szczera dyskusja po najważniejszych polskich książkach ostatniego ćwierćwiecza – SąsiadachJana T. Grossa i My z Jedwabnego Anny Bikont teraz jak jeden mąż stanęły w zwartym szeregu razem z tabloidami i prawicowymi szmatławcami, oburzone rzekomym przypisywaniem Polsce i Polakom współwiny za Holocaust.

Nagle okazało się, że dziesiątki świetnie udokumentowanych prac badaczy Holocaustu, lata wydawania rocznika Zagłada Żydów, setki artykułów, programów telewizyjnych i radiowych pokazujących skalę współpracy i zaangażowania „zwykłych” Polaków w mordowaniu swoich współobywateli i sąsiadów-Żydów, zdały się psu na budę. Niczym na komendę kibolskiego zapiewajły polskie elity, ignorując tę oczywistą prawdę, zakrzyknęły jednym głosem.

I ten głos jest przerażający, bo świadczy nie tylko o niedojrzałości intelektualnej naszego społeczeństwa (a przynajmniej jego elit), niepotrafiącej przyjąć do wiadomości jakiejś niewygodnej (nie wiadomo za bardzo dlaczego) prawdy, ale i o jego potwornym zakłamaniu i infantylizmie. Polscy politycy i dziennikarze działają na zasadzie producentów oper mydlanych – stwierdziwszy, że społeczeństwo jest głupie, ogłupiają je coraz bardziej w celach czysto partykularnych – aby nie stracić głosów, dobrze wypaść (czyli nie wypaść z roli), albo więcej sprzedać. Bo wiadomo, że lubimy słuchać tylko te piosenki, które już znamy.

Po zbudowaniu polsko-żydowskiej cepelii, Muzeum Żydów Polskich, które (aby nikogo nie urazić i wszyscy byli zadowoleni) więcej skrywa niż wyjaśnia, a przez to zakłamuje historię i bezcześci jej ofiary, zaprojektowaniu obok lasku Sprawiedliwych ratujących Żydów (na „drugą nóżkę”), zdawało się, że Polacy mają problem żydowski z głowy. Tym bardziej, że rząd Izraela bezprawnie mieniący się spadkobiercą pamięci ofiar Holocaustu, w nagrodę za nieporuszanie przez Polskę tematu okupacji Palestyny, dał polskiemu rządowi swoje imprimatur.

I wszystko na nic. Wystarczy, że ktoś wspomni na świecie o „polskich obozach śmierci” (nazwie będącej zresztą w użyciu w powojennej Polsce) albo napomknie, iż nie wszyscy Polacy pomagali Żydom, a zdarzało się, że niektórzy ich wydawali i mordowali – to mamy hecę i używanie na miesiąc z górą.

Niezwykłe jest to, że o takich rzeczach mówią i piszą polscy autorzy w artykułach i książkach, nie wywołując aż takiej agresji. A więc to, co uchodzi swojemu (no, chyba że jest Żydem), nie można puścić płazem obcemu?

Ta mieszanina kompleksów rodem z Dulskiej (prania brudów we własnym domu) i polskiego mesjanizmu kompromituje Polskę i Polaków równie mocno jak ich współudział w wymordowaniu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy Żydów podczas II wojny światowej.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry