Skandal płacowy

W obecnych dyskusjach o sensie i tzw. zagrożeniach podnoszenia płac w naszym kraju jest coś kuriozalnego. Tylko tak można nazwać sytuację, w której poważni publicyści w poczuciu odpowiedzialności za los kraju zastanawiają się, czy owoce wzrostu gospodarczego, a także dynamicznego wzrostu wydajności pracy należy dzielić między tych, którzy je wypracowują. Wrażenie kuriozalności potęguje fakt, że zatroskaniu niekontrolowanym wzrostem wynagrodzeń pracowników towarzyszy zupełny niemal brak wątpliwości wobec planów obniżania podatków dla najbogatszych i pracodawców (podatek liniowy), czy podwyżek dla kadry zarządzającej. Od lat neoliberałowie każą polskiemu społeczeństwu zaciskać pasa w imię koniecznych reform. Pozytywnych skutków tej praktyki ciągle nie widać. Przynajmniej z punktu widzenia najbardziej zaciskających. Przeciwnie, niczym w formule pewnego klasyka minionego sytemu, zapotrzebowanie na wyrzeczenia rośnie w miarę postępów budownictwa kapitalistycznego. Jak mawiał „lewicowy” premier Belka, polscy pracownicy mają się odznaczać gotowością do pracy dłuższej, cięższej i za mniejsze pieniądze. Egzekwowaniu takich wymogów sprzyja faktyczna pacyfikacja ruchu związkowego, lęk przed utratą pracy, jeden z najwyższych w Europie odsetek zatrudnionych na czas określony (24% w 2004 r., gdy w UE znacznie poniżej 20%) oraz brak politycznych artykulacji sprzeczności klasowych, które dają o sobie znać jedynie podczas rozpaczliwych strajków, protestów ulicznych i kolejnych fal resentymentów sprytnie wykorzystywanych przez skrajną prawicę. Sytuacja ta zagraża demokracji zdecydowanie bardziej niż działania braci Kaczyńskich, które połączyły byłych prezydentów.

Historia realnego kapitalizmu zaprzecza neoliberalnym formułkom o niewidzialnej ręce rynku dokonującej sprawiedliwej alokacji zasobów. W 17-letnich dziejach III RP jest dość przykładów, że mają się one nijak do rzeczywistości. Najwyższe wskaźniki wzrostu i najmniejsze bezrobocie Polska notowała wtedy, gdy dławiły nas najwyższe podatki (1994-96). Dziś mamy jedne z najniższych stawek podatkowych w Europie (ich udział w PKB w 2004 r. wynosił 32,9%, gdy średnia w UE to 40%), dłuższy od przeciętnej czas pracy (41,5 godz. tygodniowo gdy np. we Francji i Holandii jest to 38,8 godz., a w Norwegii 38,6 godz.), niskie płace a zarazem dwucyfrowe bezrobocie, oraz ogromną liczbę żyjących poniżej minimum socjalnego. Ta ostatnia grupa gwałtownie wzrosła w latach schładzania gospodarki przez ekipę AWS-UW. Jeszcze w 1996 r. obejmowała 47% populacji. W 2003 r. było to już 59%. W dzisiejszej Polsce praca nie gwarantuje udziału w owocach wzrostu gospodarczego. Jej posiadanie nie chroni przed biedą, niepewnością i przemocą. Mamy coraz więcej pracujących biedaków. Poddawani są oni bezwzględnemu wyzyskowi. Oznacza to, że za wzrostem wydajności i zysków przedsiębiorstw nie nadąża wzrost płac. W latach 2000-2005 wydajność pracy w Polsce wzrosła o 43%, tymczasem płace jedynie o 7%. To jest miara wyzysku.

Co gorsza ok. 50% ogółu konsumpcji społecznej przypada na górne 5% populacji. Nierówność ta źle wpływa na gospodarkę. Konsumpcja najbogatszych może się przyczynić do stworzenia lokalnego rynku dla importowanych awionetek lub uwolnienia nadwyżek na rynkach finansowych, ale nie zwiększy sprzedaży lodówek, komputerów czy dóbr kultury, czyli wytwarzanych na miejscu towarów dla masowego odbiorcy.

Ponad sześć dekad temu świadomość tej zależności, wzmocniona presją ze strony ruchu robotniczego, doświadczeniami Wielkiego Kryzysu, faszyzmu i „czerwonym zagrożeniem ze Wschodu” legła u podstaw keynesowskiej strategii pobudzania popytu, realizacji części postulatów związków zawodowych i sprawiedliwszej redystrybucji dochodów. Jej zastosowanie dało USA i Europie trzy dekady prosperity po II wojnie światowej. W pewnej mierze strategia ta działa do dziś. Jednym z jej filarów są odpowiednio wysokie płace minimalne. Podnosi je nawet postthatcherowska Wielka Brytania. W ciągu minionych 8 lat (od kiedy po raz pierwszy ją wprowadzono) minimalna stawka godzinowa na Wyspach wzrosła o ok. 30%. Mimo to nic nie wiadomo o katastrofie gospodarczej w tym kraju. Nie ma też doniesień o galopującej inflacji w tych stanach USA, gdzie stawki płacy minimalnej są najwyższe. Jak zauważyła Barbara Ehrenreich stany te (jak Waszyngton, gdzie płaca minimalna jest o prawie 50% większa niż gdzie indziej) cieszą się dynamicznym wzrostem.

Zupełnie inaczej jest w Polsce, gdzie płaca ta relatywnie spada i w ostatnich latach oscyluje wokół 35-38% średniego wynagrodzenia (wytyczne Międzynarodowej Organizacji Pracy mówią, że powinna ona wynosić co najmniej 50% średniej).

Neoliberalna logika afirmuje zysk na krótką metę, w którym płace, świadczenia socjalne, prawa pracownicze są jedynie zbędnym kosztem. Logika ta nie uwzględnia perspektywy długoterminowej, w której owe „koszty” stają się podstawą znacznie większych korzyści – takich jak wykształcone, egalitarne, zasobne i zintegrowane społeczeństwo. Dlatego wymaga ona korekty politycznej – interwencji państwa, którą wymusić może jedynie presja ze strony samych pracowników. Historia kapitalizmu pokazuje, że bez silnych i bojowych organizacji pracowniczych nie ma co liczyć na siłę argumentów.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry