Podwójne standardy

Podwójne standardy mogłyby być hasłem mijającego roku. W stwierdzeniu tym nie ma zapewne niczego odkrywczego, a co więcej hasło to pewnie można by przypisać do roku 2016, a będzie można tak zrobić i pod koniec następnego. Mając to wszystko na uwadze warto jednak zaryzykować i bronić wyjściowe tezy, już choćby dlatego, że ostatnie miesiące 2017 obfitowały w przykłady stosowania podwójnych standardów.

Najnowszym jest niewątpliwie decyzja prezydenta Trumpa o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela. Jest mnóstwo powodów politycznych podważających zasadność tego ruchu, na co wskazują nawet tradycyjni obrońcy polityki Izraela i jego amerykańskiego protektora. Poza ignorowaniem rezolucji ONZ, łamaniem prawa międzynarodowego, dolewaniem oliwy do ognia w regionie, osłabianiem wiarygodności Waszyngtonu w oczach partnerów arabskich i deptaniem niepodległościowych aspiracji Palestyńczyków jest jeszcze jedno. Otóż Trump wysłał światu czytelny sygnał, że skutki agresji militarnej, kolonizacji i czystki etnicznej mogą zostać uznane za część legalnego porządku, o ile tylko agresor i kolonizator jest wystarczająco silny. Oczywiście musi też stać po właściwej stronie. O ile zatem rosyjska aneksja Krymu wywołała fale świętego oburzenia społeczności międzynarodowej, to Izrael może liczyć na bezkarność i uznanie swoich podbojów. Pokazuje to dobrze w jakim poważaniu Zachód ma zasady, które tak chętnie głosi.

Odczuli to także katalońscy zwolennicy niepodległości. Zderzyli się oni nie tylko z brutalną przemocą postfrankistowskiego rządu gotowego bronić swoich stołków przy pomocy metod stanu wyjątkowego, ale też z poparciem jakiego udzieliła Madrytowi Unia Europejska. Państwo odmawiające uznania swojego wielonarodowego charakteru zyskało zrozumienie w Brukseli (nota bene stolicy Unii afirmującej swoją wielonarodowość), natomiast aspiracje jednego z podporządkowanych mu narodów okazały się niesłuszne. Decydenci z Komisji i Rady Europejskiej, którzy zawsze mają usta pełne frazesów o prawie do samostanowienia, gdy chodzi o obszary położone poza UE – w Sudanie Południowym czy Kosowie – tym razem odkryli czar doktryny nienaruszalności granic dawnych imperiów kolonialnych.

Historia uczy, że w oczach światowych decydentów także cierpienie może być mniej lub bardziej słuszne. Bombardowania Aleppo w Syrii przykuły uwagę prowokując falę oburzenia i współczucia całego świata, ale już dokonujące się równoległe zniszczenie irackiego Mosulu (miasta większego niż Warszawa) nie wywołało specjalnych emocji. Czy trzeba zadawać retoryczne pytania co by było, gdyby to Aleppo bombardowali Amerykanie i reżim w Bagdadzie, a Mosul Rosjanie i reżim w Damaszku? W morzu cierpienia, które dotknęło oba miasta, to mieszkańcy Mosulu trafili gorzej, bo ich tragedia pozostała prawie niezauważona.

Logika podwójnych standardów ma także lokalne polskie wydanie. Choć konkurencja w tej dziedzinie jest w naszym kraju wyjątkowo duża, to chyba nikt nie pobije w hipokryzji ministra Patryka Jakiego, domagającego się tortur i śmierci dla winnych gwałtu na polskiej turystce na plaży we włoskim mieście Rimini, w tym samym czasie gdy ujawniono, że w jednym z łódzkich mieszkań grupa bandytów przez tydzień gwałciła i w końcu doprowadziła do śmierci kobietę. Nie pierwszy raz okazało się, że dla polskiej prawicy zbrodnia gwałtu jest nie do zniesienia tylko wtedy, gdy stoją za nią sprawcy spoza Europy. Kolejne fale histerii wokół rzekomego zagrożenia gwałtami ze strony muzułmańskich uchodźców, przy jednoczesnej obojętności na rzeczywistą przemoc wobec kobiet w Polsce, ujawniają nie tylko rasizm, ale i przyzwolenie na mizoginiczne przestępstwa. Dowodzą że „prawdziwych polskich mężczyzn” nie boli krzywda polskich kobiet, ale sytuacje, gdy ich monopol na przemoc wobec Polek zostaje przełamany przez jakiegoś obcego.

Skądinąd skłonność do szukania okoliczności łagodzących w przypadkach przemocy i molestowania nie jest wyłączną cechą prawicy.

W Polsce są już instytucje, które oparły swe działanie o zasadę podwójnych standardów. Najważniejsza to oczywiście IPN, który uczcił stulecie Rewolucji Październikowej publikacją katalogującą rzekome zbrodnie komunistyczne na świecie, wliczając do nich m.in. milion algierskich ofiar francuskiej przemocy kolonialnej i setki tysięcy zamordowanych przez latynoamerykańskie dyktatury prawicowe, a także ofiary faszystowskiego zamachu i wojny domowej w Hiszpanii. Zupełnie inaczej IPN podchodzi do zbrodni prawicy. Instytut, którego pracownicy opowiadają, że podczas okupacji hitlerowskiej Żydom było lepiej niż Polakom robi całkiem sporo by zdjąć z nacjonalistów odpowiedzialność za terror i liczne zbrodnie sprzed wojny, z czasu jej trwania, a także z okresu powojennego.

Manipulacje historyczne IPN nie dotyczą jedynie historii. Mają jak najbardziej polityczną funkcję. Tworzą „naukową podbudowę” dla rehabilitacji i renesansu polskiego faszyzmu. To m.in. one tworzą atmosferę, w której jawnie antydemokratyczny ONR maszeruje ulicami Warszawy pod osłoną policji, a obywatele próbujący zablokować tę przestępczą imprezę są aresztowani i stawiani przed sądem.

Podwójne standardy urastają dziś do rangi znamienia czasu, znaku firmowego prawicowej hegemonii. To ideologiczny warunek jej trwania, zarówno w Waszyngtonie, Brukseli jak i Warszawie.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry