Po Tobinie

W 1997 r. nasze pismo spopularyzowało ideę wprowadzenia podatku od transakcji finansowych [1]. Ich wartość w skali rocznej była wówczas piętnastokrotnie wyższa niż wartość produkcji światowej. Dziś jest prawie siedemdziesięciokrotnie wyższa. Przed 15 laty nie mówiło się o kredytach subprime i nikt nie wyobrażał sobie kryzysu długu publicznego w Europie. Większość socjalistów europejskich, urzeczonych Anthonym Blairem, padała na kolana przed „innowacją finansową”. W Stanach Zjednoczonych prezydent William Clinton właśnie zamierzał zachęcić banki komercyjne do spekulowania pieniędzmi swoich klientów. Jeśli chodzi o Nicolasa Sarkozy’ego, to zachwycał się on modelem amerykańskim, wychwalał (brzemienną w katastrofy) politykę Systemu Rezerwy Federalnej [2] i marzył o kredytach subprime na modłę francuską…

Nic więc dziwnego, że w 1997 r. podatek Tobina nie miał dobrej prasy – przecież wszystko tak dobrze szło! Francuski minister gospodarki i finansów, socjalista Dominique Strauss-Kahn, od razu uznał, że jest to pomysł niewykonalny. Sarkozy uciął sprawę krótko: „Podatek Tobina to absurd (…). Ilekroć karzemy kreowanie bogactw na naszym terytorium, tylekroć sprzyjamy kreowaniu bogactw u innych.” [3] Gdy tylko został prezydentem Francji, nakazał swojej minister gospodarki i finansów, Christine Lagarde, znieść podatek giełdowy. Obecna dyrektor generalna Międzynarodowego Funduszu Walutowego uzasadniła to wówczas następująco: „Jest to posunięcie, które przyczyni się do zwiększenia atrakcyjności Paryża jako światowego centrum finansowego.” Zapewniała, że w przeciwnym razie „pewne polecenia wydawałyby centra zagraniczne, które dawno zniosły takie podatki” [4].

Od tego czasu wiele się wydarzyło i obnażyło nieodpowiedzialność polityków liczących na korzyści, które przy dumpingu fiskalnym miały płynąć z „innowacji finansowej”. Państwa ocaliły banki nic w zamian od nich nie oczekując – poza tym, że będą zbijały jeszcze większe zyski. Wszechwładza finansjery nie poniosła żadnego uszczerbku. Tymczasem teraz w Stanach Zjednoczonych nawet ultrakonserwatywni republikanie piętnują „sępy” z Wall Street, które „wykradają z waszego przedsiębiorstwa wszystkie pieniądze, powodują wasze bankructwo i ulatniają się z milionami dolarów”.

Nie dziw więc, że cztery miesiące przed końcem swojego mandatu Sarkozy proponuje, „aby finansjera uczestniczyła w podziale szkód, które spowodowała”. „Absurdalność” podatku od transakcji finansowych poszła w niepamięć i nagle rozwiały się obawy o to, że zamiast u nas, kura spekulacji będzie znosić złote jajka za granicą.

Moglibyśmy zadowolić się „wrzucaniem piasku w tryby finansjery”, czego domagał się ekonomista amerykański James Tobin – temu miał służyć postulowany przez niego podatek. Ponieważ jednak wiadomo, że finanse to żywotne dobro publiczne, a akcjonariusze mogą uczynić ze społeczeństwa swojego zakładnika, my też musimy pójść dalej. Teraz należy więc żądać, aby banki przestały być prywatne.

tłum. Zbigniew M. Kowalewski


[1] Zob. I. Warde, „Le projet de taxe Tobin, bête noire des spéculateurs”, oraz I. Ramonet, „Désarmer les marchés”, Le Monde diplomatique, luty i grudzień 1997 r.

[2] „Gdybym na kimś miał się wzorować, to na Alanie Greenspanie”, wyjaśnił on 23 czerwca 2004 r. dziennikowi Les Echos. „Zawsze postępował on pragmatycznie i z pokorą.”

[3] Kanał France 2, 7 czerwca 1999 r.

[4] Debata w Senacie francuskim, 23 listopada 2007 r.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top