Po konferencji w Annapolis

Przełomowa konferencja pokojowa w Annapolis, gdzie Palestyńczycy i Izraelczycy mieli dokonać historycznego kroku podpisując pokój, nie przyniosła nic poza deklaracją kontynuacji rozmów i sfinalizowania ich do końca 2008 r. Na szczęście! Mało brakowało i nastąpiłaby powtórka Poro- zumień z Oslo (1993-1995). Wówczas palestyński przywódca Jaser Arafat zgodził się na warunki, których nie przyjąłby żaden Palestyńczyk żyjący pod izraelską okupacją. Pozostaje jednak obawa, że Mahmud Abbas pój- dzie w jego ślady.

W Annapolis, stolicy stanu Maryland, w bazie amerykańskiej marynarki wojskowej miało się narodzić palestyńskie państwo. Na tę okazję zgromadzili się przedstawiciele około czterdziestu państw – w tym Watykanu, a także wielu krajów arabskich. W ostatniej chwili zaproszenie na konferencję przyjęły Arabia Saudyjska oraz Syria, co rzekomo miało dodać Annapolis prawomocności oraz ułatwić akceptację jego postanowień na Bliskim Wschodzie. Pytany o reakcje w regionie palestyński prezydent Mahmud Abbas przemilczał jednak stanowisko Iranu, który z góry uznał Annapolis za „poronione” przedsięwzięcie, jak i gwałtowne protesty Palestyńczyków w Strefie Gazy i w Hebronie na Zachodnim Brzegu Jordanu. Jego izraelski odpowiednik, premier Ehud Olmert, pytany o reakcje w swoim kraju nie wspominał o krytycznych nagłówkach izraelskich gazet. Obaj panowie, Olmert i Abbas, nie cieszą się poparciem swoich narodów i tym samym nie mają legitymacji do podejmowania zdecydowanych kroków oraz wzajemnie wiążących zobowiązań. Przyjechali do Annapolis na życzenie Ameryki by „zawrzeć pokój przed kamerami”.

Izrael to piękny kraj

Oczekiwania wobec konferencji były wysokie, bo przy stole negocjacyjnym Izraelczycy i Palestyńczycy zasiedli po raz pierwszy od siedmiu lat. Do ostatniej chwili Amerykanie – w rozpaczliwych próbach zapewnienia swemu przedsięwzięciu namacalnych osiągnięć –próbowali zmusić obie strony do wydania wspólnej deklaracji. Powstał dokument pełen ogólników i wzniosłych intencji, który wzywa do rozwiązania wszystkich kluczowych kwestii w trakcie zaplanowanych na przyszły rok negocjacji, jednocześnie nie wspominając ani słowem o jakich kwestiach mowa. Teoretycznie Izrael godzi się na powstanie państwa palestyńskiego, w praktyce nie chce jednak dyskutować o jego terytorium, granicach, ani tym bardziej o jego stolicy. Nie mówiąc już o uznaniu prawa do powrotu palestyńskich uchodźców, których domy przed 1948 r. znajdowały się na jego obecnym terytorium.

Zdecydowana większość Izraelczyków nie chce nawet słyszeć o tym, że mieliby cokolwiek Palestyńczykom zwracać, a tym bardziej wpuścić ich na „swoje” ziemie.

– Izrael to piękny kraj. Mamy tutaj wszystko: morze, pustynię, wzgórza i święte miasto Jerozolimę” – brzmią mi jeszcze w uszach słowa wypowiedziane tego lata przez matkę mojej izraelskiej koleżanki Daphny, która do Izraela przyjechała z Niemiec jako kilkunastoletnia dziewczyna. Jej hebrajski do dziś nie jest doskonały. Słowa te padły podczas kolacji w ich domu w Hajfie, która przed 1948 r. była całkowicie arabskim miastem. Rodzice Daphny to dobrzy ludzie, syjoniści, którzy kochają swój kraj. Wydaje się jednak, że z ich świadomości wymazano kto mieszkał na tych ziemiach, nim w latach 40. zjawiły się tu żydowskie bojówki oraz gdzie podziali się owi „nieistniejący” ludzie. W końcu ojcowie-założyciele żydowskiego państwa powtarzali im, a właściwie ich rodzicom, że Palestyna to „ziemia bez ludzi, dla ludzi bez ziemi”, czyli dla Żydów. Daphna, w przeciwieństwie do swoich rodziców, nosi w sobie poczucie winy zamieszkania na cudzej ziemi i jest przekonana, że Palestyńczycy, których stąd wygnano lub zmuszono do ucieczki w 1948 r. oraz ich dzieci, wnuki i prawnuki powinni wrócić do miejsc, z których pochodzą – jakieś 4 miliony osób.

Gdyby tak się stało Izrael straciłby żydowską większość i musiałby stać się państwem swoich obywateli. Większość jego obecnych mieszkańców nie potrafi i nie chce sobie tego wyobrazić. Większość Palestyńczyków nie zrezygnuje nigdy ze swojego świętego prawa do powrotu. Jednocześnie nie oznacza to wcale, że wszyscy oni, rozrzuceni po krajach ościennych i świecie, zechcą się tam osiedlić. Kwestia uchodźców palestyńskich jest jednak kluczowa dla rozwiązania konfliktu palestyńsko-izraelskiego, bo to ich kosztem powstał dzisiejszy Izrael.

Podzieleni jak nigdy dotąd

Jeśli Abbas i Olmert chcą zawrzeć pokój, będą musieli się z nią zmierzyć w przyszłym roku czyli jeszcze przed końcem kadencji amerykańskiego prezydenta George’a W. Busha, który najwidoczniej chce przejść do historii jako twórca pokoju na Bliskim Wschodzie. Następne spotkanie Abbasa i Olmerta wyznaczono na 12 grudnia, potem mają się widywać co dwa tygodnie. Problem polega jednak na tym, że ewentualne porozumienie pokojowe, które podpiszą w wyniku tych spotkań będzie wiążące dla wszystkich Palestyńczyków i Izraelczyków. Tymczasem żaden z tych narodów nie czuje się reprezentowany przez swojego przywódcę. Olmert, mimo, że jego partia wygrała demokratyczne wybory, dysponuje coraz mniejszym poparciem. Abbas przez wielu Palestyńczyków jest uważany za zdrajcę i kolaboranta. Jego bojówki z partii Fatah – uzbrojone przez Izrael i USA – obaliły na Zachodnim Brzegu Jordanu rząd Hamasu, który w styczniu 2006 r. wygrał demokratyczne wybory. Dlatego też Hamas sprawuje teraz władzę – zgodnie z wolą wyborców – w Strefie Gazy, natomiast Fatah – zgodnie z wolą Amerykanów i Izraela – na Zachodnim Brzegu. W efekcie Palestyńczycy są dziś narodem podzielonym jak nigdy dotąd. W Nablusie o tych z Ramallah (podporządkowanych Fatahowi) określają mianem „Izraelczyków, którzy mówią po arabsku”. W Ramallah z góry patrzą na tych z Gazy czy niepokornego Hebronu i Nablusu.

Mahmud Abbas liczył na to, że w Annapolis otrzyma ścisły kalendarz powstania państwa palestyńskiego oraz konkretne rozwiązania w kwestiach granic, osiedli żydowskich na terytoriach palestyńskich, Jerozolimy i uchodźców. Można założyć, że nie chciał powtarzać błędów swojego poprzednika Jasera Arafata poczynionych podczas negocjacji Porozumień z Oslo. Izrael chciał z kolei utrzymać wszystkie te kwestie na poziomie ogólnych i niejasnych deklaracji, by powtórzyć sukces odniesiony przed ponad 10 laty.

Historia lubi się powtarzać

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, pierwsze porozumienie pokojowe z Oslo nie jest traktatem pokojowym, ani żadnego rodzaju ostatecznym rozwiązaniem konfliktu. Jest to jedynie kalendarz dalszych negocjacji, które miały doprowadzić do końcowych ustaleń – deklaracja dobrej woli poprzedzona wymianą listów wzajemnego uznania. 9 września 1993 r. przywódca Palestyńczyków Jaser Arafat w liście do izraelskiego premiera Icchaka Rabina napisał bowiem, że Organizacja Wyzwolenia Palestyny uznaje prawo Państwa Izrael do egzystencji w warunkach pokoju i bezpieczeństwa. W odpowiedzi tego samego dnia Rabin napisał do Arafata, że rząd Izraela uznaje OWP za reprezentanta wszystkich Palestyńczyków i chce z nią podjąć negocjacje. W liście Rabina nie pada jednak ani słowo o państwie palestyńskim. Tak więc Arafat uznał państwo żydowskie w granicach historycznej Palestyny, nie otrzymawszy w zamian potwierdzenia prawa Palestyńczyków do samostanowienia w obrębie tych samych granic. Później jego niewybaczalne błędy już tylko się mnożą.

Podpisana 13 września 1993 r. Deklaracja Zasad zostawia na później dyskusję o wszystkich najważniejszych i będących osią konfliktu kwestiach (tj. Jerozolima, uchodźcy, osiedla, stosunki graniczne, bezpieczeństwo, współpraca z sąsiadami). Izraelczycy i Palestyńczycy mają się nimi zająć po okresie przejściowym – nie dłuższym jednak niż pięć lat. Do tego momentu będzie o nich decydował Izrael. Dwa lata później 24 września 1995 r. Arafat i Rabin podpisali tak zwane Oslo II – kolejne porozumienie, które oddawało pod wyłączną kontrolę Palestyńczyków zaledwie 3% terytorium Zachodniego Brzegu, 23% pod ich częściową kontrolę dzieloną z Izraelem oraz pod wyłączną kontrolę Izraela aż 74% tego terytorium! Takie ustalenia nie tylko utrwaliły izraelskie panowanie na terytoriach palestyńskich, ale co więcej palestyńscy przywódcy sami złożyli pod nimi podpisy.

„Wyprodukowali ohydną mapę złożoną z małych bantustanów, zgodzili się na izraelskie osiedla, nie przygotowali się do negocjacji, zaakceptowali porozumienie pozbawione jakichkolwiek realistycznych terminów i szczegółowych danych, poszli na ustępstwa, tak jakby pracowali w zmowie z Izraelczykami by stworzyć coś, co jest parodią rozwiązania pokojowego, w którym Palestyńczycy nie zyskali niemal nic poza reżimem Arafata” – napisał najwybitniejszy palestyński intelektualista Edward Said w książce podsumowującej osiągnięcia Oslo o znamiennym tytule The End of Peace Proces.

Z kolei palestyński uczony Yezid Sayigh w swojej klasycznej już monografii na temat palestyńskiego ruchu narodowo-wyzwoleńczego określa Oslo jako „palestyński traktat wersalski”, narzędzie żałosnego i ofiarnego poddania się. Jeszcze lepiej ujęła to palestyńska intelektualistka i polityk Hanan Aszrawi: „Ktokolwiek podpisał to porozumienie z pewnością nigdy nie żył pod izraelską okupacją” – napisała. Arafat i jego ludzie byli bowiem „przywództwem na uchodźstwie”, nie żyli pod kontrolą Izraela, swoją walkę prowadzili z terytorium innych państw – Kuwejtu, Jordanii, Syrii, Libanu, Tunezji. By zapewnić sobie powrót, oraz władzę na terytoriach okupowanych, a także pozycję reprezentantów Palestyńczyków poszli na niedorzeczne ustępstwa.

Oslo II stanowi pisemną podstawę izraelskich autostrad, które łączą dziś tzw. Izrael właściwy z jego osiedlami rozdzierając wewnętrzną ciągłość Zachodniego Brzegu i siekając go na oddzielone od siebie fragmenty. Ten stan rzeczy dodatkowo utrwalony został przez setki izraelskich punktów kontrolnych i mur zbudowany przez Izrael wewnątrz Zachodniego Brzegu. Istnieje uzasadniona obawa, że Annapolis okaże się niczym innym jak tylko powtórką Oslo. Pospieszne ustalenia, które mogą zapaść przed końcem kadencji George’a W. Busha, zapewne pognębią jeszcze bardziej Palestyńczyków, nie zmuszając Izraela do żadnych poważnych ustępstw.

Podobnie jak Oslo, Annapolis spotkało się z zaciętym oporem palestyńskich ugrupowań islamistycznych, zwłaszcza Hamasu – o czym donosi każde zachodnie medium oraz z równie zaciętą krytyką palestyńskich intelektualistów – o czym jednak większość mediów milczy. Ci ostatni bili na alarm w tygodniach poprzedzających Annapolis, domagając się by Mahmud Abbas swoich ustaleń z Izraelem nie podejmował w imieniu wszystkich Palestyńczyków, a jedynie swoim własnym. „Nikt z nas nie ma wątpliwości, co do natury tego spotkania. Nikt nie da się ogłupić choćby odrobinę na temat tego, co się tam odbywa. W Annapolis mamy do czynienia z kolejnym ultimatum mającym skłonić Palestyńczyków do rezygancji ze swoich suwerennych praw” – napisała w komentarzu dla brytyjskiej gazety The Guardian Karma Nabulsi, wykładowczyni polityki i stosunków międzynarodowych w St. Edmund Hall na Uniwersytecie w Oxfordzie, kiedyś przedstawicielka OWP. „Nie ma żadnego procesu pokojowego i już od bardzo dawna żadnego nie było. Nie jest tajemnicą, że ta konferencja nie przyniesienie żadnej poprawy w nieznośnym status quo” – twierdziła jeszcze przed rozpoczęciem Annapolis. Nie myliła się.

Dwa państwa czy jedno państwo dla dwóch narodów?

Dziś coraz więcej palestyńskich i izraelskich intelektualistów odchodzi od koncepcji rozwiązania dwupaństwowego. Im więcej czasu upływa (w przyszłym roku minie 60 lat od momentu ustanowienia Izraela w Palestynie, w tym roku minęło 40 lat od kiedy okupuje on Zachodni Brzeg i Strefę Gazy) tym bardziej nieodwracalne wydają się fakty w terenie. Nie ma wątpliwości, że izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu i całej infrastruktury stworzonej wokół nich nie da się wyburzyć w ciągu jednej nocy. Co zrobić z mieszkającym w nich blisko pół milionem Żydów? Co zrobić z Palestyńczykami, którzy stanowią dziś jedną piątą obywateli Izraela? Jak zapewnić prawo do powrotu palestyńskim uchodźcom? Jak jednocześnie skłonić Izrael do wycofania się do swoich granic sprzed 1967 r., do podziału Jerozolimy? Żaden z tych niezbędnych do zawarcia pokoju warunków nie jest możliwy do spełnienia w ramach rozwiązania dwupaństwowego („dwa państwa dla dwóch narodów”).

Choć popiera je opinia międzynarodowa, wielu Palestyńczyków, którzy marzą o swoim własnym kawałku świata, oraz tzw. izraelski ruchu pokojowy, jest coraz więcej argumentów świadczących o braku możliwości realizacji tej koncepcji. „Palestyńczycy w Palestynie, Żydzi w Izraelu – sąsiadujący ze sobą w pokoju” – głoszą proste recepty na pokój na Bliskim Wschodzie. „Nie ma czegoś takiego jak Izrael-Palestyna czy Izrael/Palestyna jest tylko Izrael panujący nad terytorium Palestyny ” – uważa Eyal Sivan izraelski reżyser i zwolennik rozwiązania jednopaństwowego („jedno państwo dla dwóch narodów”). Jego zdaniem jedno państwo na terytorium Palestyny istnieje już teraz, bo Izrael kontroluje przecież całkowicie także terytorium Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy. „To państwo już jest, musimy je tylko przekształcić w państwo demokratyczne, w którym wszyscy jego obywatele będą mieli równe prawa” – mówił na niedawnej londyńskiej konferencji poświęconej tej koncepcji.

Zwolennicy rozwiązania jednopaństwowego są przekonani o jego nieuchronności, ponieważ Izrael wbrew wszelkim swoim zapewnieniom zacieśnia kontrolę nad Zachodnim Brzegiem i Wschodnią Jerozolimą. Są pewni, że z czasem separacja Palestyńczyków od Izraelczyków nie będzie możliwa. Zwłaszcza, że już dziś liczebność obu populacji w granicach dawnego mandatu Palestyny jest równa. Pewnego dnia Palestyńczycy, którzy mają wyższy przyrost naturalny, przewyższą Izraelczyków pod względem demograficznym. Wówczas nawet jeśli żydowska mniejszość będzie nadal u władzy, nie uda się jej wiecznie utrzymywać na tej pozycji – tak jak nie było możliwe utrzymanie dominacji białej populacji w Republice Południowej Afryki. O tym jednak żaden z uczestników Annapolis nawet nie wspominał. Tam przecież robi się prawdziwy pokój!

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top