Październikowi triumfatorzy

Ponoć we współczesnej polityce najbardziej liczy się wizerunek. Tegoroczny październik był czasem triumfu tej zasady. Najpierw sukcesy święcił stworzony jeszcze na potrzeby kampanii wyborczej wizerunek Baracka Obamy. Trudno nazwać inaczej wyróżnienie amerykańskiego prezydenta Pokojową Nagrodą Nobla. Nawet zwolennicy werdyktu Komitetu Noblowskiego nie potrafili wśród osiągnięć jego prezydentury wskazać nic poza „zmianą klimatu międzynarodowego”. Piękne słowa, którymi Obama sypie od Kairu do Londynu okazały się ważniejsze niż nasilająca się wojna w Afganistanie obejmująca już także część Pakistanu. Noblowskiemu werdyktowi nie przeszkodziła podjęta przez Waszyngton w Radzie Praw Człowieka ONZ próba storpedowania raportu Richarda Goldstone’a dokumentującego zbrodnie wojenne popełnione podczas ostatniej ofensywy izraelskiej na Strefę Gazy oraz bierność administracji Obamy wobec kontynuacji nielegalnej kolonizacji Zachodniego Brzegu Jordanu. Dobry wizerunek prezydenta okazał się ważniejszy niż dwuznaczna postawa jego sekretarz stanu Hillary Clinton w kwestii zamachu stanu w Hondurasie, budowa sieci 7 nowych baz wojskowych w Kolumbii, nie mówiąc już o istnieniu obozu koncentracyjnego w Guantanamo i okupacji Iraku. Dziś prezydent USA deklaruje nowy etap w rozbrojeniu nuklearnym, jednak trudno nie zauważyć, że setki tysięcy ofiar nieograniczonej wojny prewencyjnej prowadzonej przez Waszyngton w ciągu trzech ostatnich kadencji, zginęły od broni konwencjonalnej. Trudno się też oprzeć wrażeniu, że antynuklearne zaangażowanie jest tylko środkiem do celu, jakim jest ofensywa dyplomatyczna przeciw Iranowi.

Ale nie samą wojną… Kryzys, który przez prawie dwa lata spędzał sen z powiek globalnym elitom ma się ku końcowi. Wygląda na to, że znowu będzie można wrócić do „sprawdzonych wzorców”: spekulacji, liberalizacji, prywatyzacji, deregulacji. Nadspodziewanie wysoki wzrost PKB USA w trzecim kwartale br. i coraz lepsze prognozy dla tegorocznego PKB w Polsce pozwalają odetchnąć z ulgą – zmora poważnej korekty polityki ekonomicznej wydaje się rozwiewać. Dobrym nastrojom nie przeszkadza fakt, że większość amerykańskiego wzrostu wzięła się z konsumpcji indywidualnej pobudzonej sowitymi dopłatami z budżetu federalnego, które właśnie się skończyły. Analogicznie w Polsce nawet dramatyczne protesty załogi zagrożonych upadkiem poznańskich zakładów im. Cegielskiego nie zakłóciły powracającego na rynki optymizmu. Afery hazardowe i wywołane nimi trzęsienie ziemi w Urzędzie Rady Ministrów bardziej zaprzątają uwagę opinii publicznej niż los tysięcy ludzi tracących źródła utrzymania. Dramat Cegielskiego, stoczni i hut ustępuje przed farsą w Alejach Ujazdowskich i właśnie o to chodzi, bo przecież jest zupełnie oczywiste, że wymiana nazwisk na tabliczkach w ministerialnych gabinetach tak naprawdę niczego nie zmieni, a zajęcie się upadającymi zakładami wymagałoby radykalnego zerwania z dotychczasowymi przyzwyczajeniami rządzących. Ciągłość polityki ekonomicznej rządu PO-PSL konsekwentnie opiera się na uzależnieniu wszelkich decyzji od ewentualnych reakcji rynków finansowych, a co za tym idzie na ignorowaniu sytuacji społecznej w kraju. Tymczasem, podobnie jak w przypadku dyplomatycznych przewag prezydenta USA, realnych warunków ekonomicznych nie da się zastąpić deklaracjami. 52 miliardy deficytu nie wzięło się znikąd. Jakieś 20% tej sumy wylądowało w kieszeniach najbogatszych Polaków dzięki wprowadzonej w tym roku obniżce podatków dla najwyżej zarabiających [1]. Wbrew wierze, że beneficjanci obniżek wykorzystają podarowane pieniądze na stworzenie miejsc pracy, kłopotom budżetowym towarzyszy wzrost bezrobocia do wielkości dwucyfrowych, a także stagnacja płacowa. Już niebawem może to przynieść negatywne skutki dla dynamiki gospodarki, która w 70% zależy od popytu wewnętrznego, a zatem także od poziomu zatrudnienia i wzrostu płac [2].

Tymczasem można się jednak cieszyć wzrostami indeksów na warszawskiej giełdzie. Za ewentualne straty wywołane ekscesami spekulantów zapłaci się przecież z kieszeni pracowników. Żeby nie psuć wizerunku nazwie się to oszczędnościami. Już dziś wiadomo, że deficyty pogłębiane polityką prezentów dla najbogatszych mocno uderzą w system opieki zdrowotnej. Zamiast podwyższyć składkę zdrowotną i zapewnić dopływ pieniędzy na leczenie, w przyszłym roku rząd obetnie wydatki na szpitale (o 2 mld zł) [3] i na niektóre terapie (np. stawki na niektóre terapie kardiologiczne obniżono o 20-40% [4], a na leczenie odleżyn o 40% [5]). Jakby tego było mało wiecznie niedofinansowany NFZ dostał właśnie zgodę na dodatkowe zadłużanie się w prywatnych bankach. W ten sposób pod pozorem przeciwdziałania kryzysowi rozkręca się mechanizmy, które do niego doprowadziły. A warto pamiętać, że zwiększający się poziom zadłużenia jest jednym z najbardziej niepokojących wskaźników ekonomicznych w naszym kraju.

Niezależnie od tego czy chodzi o walkę o pokój, czy o walkę z kryzysem, za wizerunkowe sukcesy rządzących zapłacą inni. W Afganistanie, Strefie Gazy i w Kolumbii… a także w polskich fabrykach czy szpitalach.

Przemysław Wielgosz


[1] Do tego warto dodać sumy utracone w wyniku cięć w składkach rentowych.
[2] Zob. Jarosław Urbański, „Kryzys i walki społeczne w Polsce” , Przegląd Anarchistyczny nr 10, październik 2009.
[3] http://wyborcza.pl/1,76842,7181416,Ostre_ciecie_na_zdrowiu.html.
[4] Tamże.
[5] http://wyborcza.pl/1,75478,7180958,Kryzysowe_ostre_ciecie_na_zdrowiu.html.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top