Państwo stanu wyjątkowego

Od zarania III RP Jarosław Kaczyński jest największym szkodnikiem polskiej polityki. To on wymyślił „wojnę na górze” i Wałęsę jako prezydenta, a kiedy okazało się, że większy wpływ na prezydenta ma jego „kapciowy” Wachowski, odszedł z kancelarii prezydenckiej i odtąd przywódca „Solidarności” stał się „Bolkiem”. To on konstruował najbardziej kuriozalny rząd ostatnich 25 lat, w którym pierwsze skrzypce grali Jan Olszewski i Antoni Macierewicz. To on wymyślił na prezydentów zupełnie niekompetentnego brata bliźniaka i jego byłego urzędnika, tylko po to, aby mieć pewność całkowitej uległości głowy państwa. To on wreszcie rządził (z fatalnymi skutkami) w latach 2005-2007, a symbolami tych rządów pozostają trupy Barbary Blidy i Andrzeja Leppera.

Mentalność Kaczyńskiego nie jest skomplikowana – jak każdy autokrata uważa, że dobrym dla państwa i jego obywateli jest to, co on sam akurat uważa za dobre, i tyle. Demokracja, prawo, konstytucja służyć mają jego władzy, a jeśli przeszkadzają, to należy dać sobie z nimi spokój. Podobnie ze społeczeństwem. Godnym miana „narodu” są tylko Ci, którzy okazują mu poparcie, reszta to „gorszego sortu” pseudo-Polacy.

Będziemy w najbliższych miesiącach (albo latach) żyć w państwie stanu wyjątkowego, które nie rozwiąże żadnych kluczowych problemów jego obywateli, ale da im za to igrzyska i wskaże wroga, winnego wszystkich ich klęsk i upokorzeń. Części tradycyjnego elektoratu PiS-u, czyli kibolom, antysemitom, zwariowanym antykomunistom i 60-letnim członkom „państwa podziemnego” to wystarczy. Oni są bardziej wyznawcami niż wyborcami – ich wiary w prezesa nie naruszy nic, ale mając tylko ich poparcie Kaczyński nie wygrałby żadnych wyborów.

Zastanówmy się więc dlaczego PiS wygrał wybory we wszystkich grupach wiekowych, zawodowych, w prawie całym kraju. „Schowanie” Macierewicza i haniebny dyskurs antyuchodźczy wszystkiego nie tłumaczy. Więcej, jak mi się wydaje, zrozumiemy patrząc na niezaspokojone aspiracje Polaków.

Polska to kraj niskich pensji i niskich (i niepłaconych) podatków. Kolejne rządy przyzwyczaiły nas, że biedę i niedofinansowanie sfery publicznej ma załatwić filantropia w stylu Szlachetnej paczki czy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Że mieszkanie, podobnie jak i zdrowie, jest towarem, w który należy inwestować nabijając kasę bankom i prywatnym inwestorom. Że można latami bezkarnie wyrzucać ludzi z mieszkań, w których żyły od pokoleń, a nie można zmienić jednej głupiej ustawy ze względu na ryzyko naruszenia „świętego prawa własności”. Że instytucje pożytku publicznego, szkoły, przedszkola, domy starców zostają oddawane za friko szajce skupywaczy „praw własności”. Że jedynym i natychmiastowym skutkiem założenia legalnej organizacji pracowniczej w prywatnej firmie, której to istnienie gwarantuje Konstytucja, Kodeks pracy i cały szereg ustaw, jest wyrzucenie z pracy inicjatorów tego przedsięwzięcia.

Kiedy przed wyborami narzekałem na poczcie, że sprzedaż słodyczy, mydeł czy kiczowatych kolorowanek ośmiesza ją i osłabia prestiż samego państwa (nie mówiąc już o tym, że nie ma gdzie kłaść przesyłek), miła pani z okienka tylko westchnęła: „Może po wyborach to się zmieni…” Naiwność? Głupota? Zapewne. Ale przechodząc do kategorii politycznych – rzecz jest poważna, a stawka znacznie wyższa niż skład Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi bowiem o to czy alternatywą dla państwa neoliberalnego muszą być rządy skrajnej prawicy. Zdławienie demokratycznej lewicy w Grecji przez europejskie banki pokazało wyraźnie, że prawdziwym wrogiem dla neoliberalnej prawicy jest lewica, a nie skrajna prawica. Skutki tej polityki widzimy dziś w całej Europie, od Francji i Polski począwszy.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry