Pakistan

Fale niestabilności wywołane na Bliskim Wschodzie po zamachach z 11 września 2001 r. przez „wojnę z międzynarodowym terroryzmem” nie przestają wywoływać konwulsji w kolejnych krajach. Najnowszy to Pakistan.

50 miesięcy po zdobyciu Bagdadu regionalna panorama geopolityczna wygląda fatalnie. Do impasu wojskowego doszła kaskada katastrof dyplomatycznych. Wbrew temu, co Waszyngton postawił sobie za cel, zagrożenie terrorystyczne wcale nie zmalało. Nie zażegnano żadnego konfliktu – Izrael-Palestyna, Liban, Somalia. W Iraku, mimo obecności około 165 tys. wojskowych amerykańskich, perspektywy są ciągle tak samo niepewne. Dla cywilów życie codzienne nadal jest piekłem. Raz po raz dochodzi do morderczych zamachów. Co więcej, na granicy między irackim Kurdystanem a Turcją występuje nowe napięcie, które może doprowadzić do starcia między dwoma sojusznikami Stanów Zjednoczonych.

Inny paradoks – skutkiem interwencji amerykańskich jest pozbycie się przez Iran – „najgorszego wroga Stanów Zjednoczonych” – dwóch wielkich nieprzyjaciół: reżimu baasistowskiego w Iraku i reżimu talibów w Afganistanie. Rzadko się zdarza, aby rywal wyświadczył tyle przysług swojemu głównemu wrogowi… Pozwoliło to Teheranowi skupić się na swoim programie jądrowym, co wzbudza jak najgorsze obawy. Stany Zjednoczone i Izrael grożą zbombardowaniem irańskich instalacji atomowych. Podsyciłoby to chaos w regionie i pociągnęłoby za sobą wzrost cen ropy naftowej, już dziś nieznośnych dla gospodarki wielu krajów.

W Afganistanie wojska NATO są w defensywie. Stany Zjednoczone, dysponujące na miejscu ponad 15 tys. żołnierzy, żądają od swoich sojuszników, w tym od Francji, wysłania dodatkowych kontyngentów wojskowych, gdyż talibowie przejęli inicjatywę, mnożą się zamachy samobójcze, kwitnie uprawa maku i eksport opium. Odbudowa przebiega powoli, a instytucje „demokratyczne” słabną. Kontrolowane przez watażków wojskowych prowincje coraz bardziej dystansują się od rządu w Kabulu. „Jeśli wyjedziemy”, przyznaje zachodni dyplomata, „prezydent Afganistanu] Hamid Karzai nie utrzyma się przez dziesięć dni.” [1]

To właśnie w tak niestabilnym kontekście geopolitycznym nawaliła w Pakistanie jedna z najsolidniejszych podpórek regionalnych prezydenta George’a W. Busha. 3 listopada br. w Islamabadzie gen. Perwez Muszarraf ogłosił wprowadzenie stanu wyjątkowego. To groźne przyznanie się do słabości, które w Waszyngtonie wywołało czerwony alarm.

Gen. Muszarrafa, autora zamachu stanu z 1999 r., pod koniec 2001 r. Stany Zjednoczone w pośpiechu – i pod groźbą, o której sam opowiedział, że zmasowany atak jądrowy zamieni jego kraj w zeszklony piasek – zwerbowały na wojnę z reżimem talibów i afgańskimi bazami Al-Kaidy. Administracja prezydenta Busha udawała, że nie dostrzega sprzeczności w sojuszu z dyktatorem w celu „zaprowadzenia demokracji” w Afganistanie.

Dzięki temu sojuszowi Muszarraf uzyskał międzynarodowe zaświadczenie, że jest osobą godną szacunku, jak również 11 miliardów dolarów na lepsze wyposażenie swojej armii i sił represyjnych. Pakistan, kraj liczący około 167 milionów mieszkańców, jest jedynym państwem muzułmańskim posiadającym broń atomową. Rakietami dalekiego zasięgu może ją wyekspediować na odległość 2,5 tys. km. Zapewnia mu to tym większe znaczenie strategiczne, że leży w środku „ogniska wichrzycielskiego” na skalę światową i niejako „na skraju” kryzysów afgańskiego, irańskiego i bliskowschodniego.

W Waszyngtonie i w ministerstwach spraw zagranicznych innych państw politycy strasznie boją się, że sprzymierzeni z talibami islamiści pakistańscy w końcu opanują ster władzy państwowej i przejmą kontrolę nad bronią jądrową. Gen. Muszarraf, znienawidzony przez władzę sądowniczą, zakneblował główne media i dobrał się do skóry dwóm głównym partiom opozycyjnym – partiom Nawaza Szarifa i Benazir Bhutto. Wbrew pozorom, niepopularność czyni zeń słabe ogniwo systemu politycznego, toteż na krótszą albo dłuższą metę celem dyplomacji amerykańskiej jest jego zastąpienie. Nie przez panią Bhutto czy Szarifa, którzy w najlepszym razie posłużą do nadania zmianie „demokratycznego” wizerunku, lecz przez innego silnego człowieka – być może gen. Aszfaka Kjani. Prowadzonego na smyczy przez Amerykanów.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry