Od imigracji do integracji

Wiele setek tysięcy Latynosów mieszkających w Stanach Zjednoczonych protestowało 1 maja przeciwko zgłoszonemu przez Republikanów pro­jektowi ustawy o odpowiedzialności karnej nielegalnych imigrantów. Także w Unii Europejskiej można zauważyć tendencję do zaostrzania przepisów imigracyjnych. Projekt reformy CESEDA (Code de l’entrée et du séjour des étrangers et du droit d’asile), w zasadzie przyjęty przez fran­cuski parlament na początku czerwca, faworyzuje osoby z wyższym wykształceniem, zobowiązuje do podpisania „umowy o przyjęciu i inte­gra­cji”, znosi automatyczną regulację sytuacji prawnej nielegalnych imi­gran­tów, którzy ukończyli dziesięć lat, oraz ogranicza prawa do łączenia rodzin, zawierania mieszanych małżeństw i naturalizacji. Podobnie wy­glą­da po­li­ty­ka większości sąsiednich krajów, choć jest ona prowadzona w kontekście różniących się między sobą „modeli” imigracji oraz inte­gracji – choćby takich, jak specyficzny model niemiecki.

Zaproponowana przez Sarkozy’ego reforma, nad którą debatował niedawno francuski parlament, nie jest w Europie niczym wyjątkowym. Za przykładem Francji, także pozostałe państwa Unii Europejskiej zaczęły zmieniać swoją politykę migracyjną. Jak zauważa szwedzki badacz Tomas Hammar, ma ona dwa, często przeciwstawne, aspekty: z jednej strony immigration policy, czyli regulacja napływu obcokrajowców i kontrola nad nimi, a z drugiej immigrant policy, decydująca o poziomie życia obecnych w kraju imigrantów, ich prawach i stopniu uczestnictwa w życiu społeczno-politycznym, krótko mówiąc o tym wszystkim, co nazywamy integracją [1]. Pierwsza bierze pod uwagę przede wszystkim interesy państw przyjmujących, druga – potrzeby przybyszów. Jedna stawia sobie za cel sprawowanie kontroli nad imigrantami, druga troszczy się o zapewnienie im uczestnictwa w życiu społeczeństwa. W historii Europy, zwłaszcza po wojnie, restrykcyjna polityka integracyjna towarzyszyła zwykle bardziej liberalnej polityce imigracyjnej, natomiast surowa polityka imigracyjna była kompensowana dość otwartą polityką integracji.

Tymczasem w dzisiejszej Francji, a także m.in. w Holandii zaostrzenie warunków dopuszczenia na terytorium kraju, przynajmniej dla najmniej wykształconych imigrantów, idzie w parze ze zwiększeniem wymagań, jeśli chodzi o integrację; wprowadza się „umowy o przyjęciu i integracji”, których nieprzestrzeganie może pociągać za sobą sankcje, imigrantów zobowiązuje się też do nauki języka kraju, który ich przyjmuje. Państwa europejskie zgodnie skłaniają się ku większej ostrożności w stosunku do imigrantów, których chciałyby przesiać na granicach Unii Europejskiej. Różnią się jednak nadal w kwestiach integracji, dla jednych oznaczającej udzielenie praw obywatelskich we wszystkich dziedzinach, dla innych zaś – ich całkowitą odmowę. Niektóre państwa wspierają uczestnictwo imigrantów w życiu społecznym, inne instytucjonalizują tymczasowość ich sytuacji [2].

W zasadzie wszystko zależy od tego, jak w danym kraju postrzegane jest samo zjawisko migracji – czy nowoprzybyli są w nim mile widziani i na jak długo przewiduje się ich pobyt, to zaś wynika zarówno z celów – demograficznych, ekonomicznych, humanitarnych czy związanych z bezpieczeństwem – jakie deklarują władze, jak i z wyznawanej przez mieszkańców koncepcji państwa-narodu.

Francuska socjolożka Dominique Schnapper wykazała, iż korzenie obrazu imigracji, dominującego w danym kraju, sięgają polityczno-historycznych doświadczeń, które ukształtowały zamieszkujący go naród. Stąd tak różne słownictwo: Niemcy mówią zawsze o obcokrajowcach, Brytyjczycy o mniejszościach rasowych (bardzo długo używano określenia „blacks” w odniesieniu zarówno do Jamajczyków, jak i Hindusów), Holendrzy i Szwedzi – o mniejszościach kulturowych, Francuzi – o imigrantach, a w dalszym horyzoncie czasowym członkach narodu i obywatelach. W tych terminach z obszaru życia społecznego znajduje wyraz rzeczywisty stosunek do Innego, tradycja integracji narodowej i jej odmian, koncepcja obywatelstwa. Nie sposób zrozumieć funkcjonujących w tej chwili form odnoszenia się do Innego i stosunku do obcokrajowców, nie biorąc pod uwagę francuskiego „jakobinizmu”, związanego z koncepcją narodu, której początki sięgają średniowiecza, a którą wzmocnił jeszcze racjonalistyczny uniwersalizm rewolucjonistów, społecznej „wielokulturowości” Brytyjczyków, zrodzonej z dziejów demokracji parlamentarnej (…), tradycyjnego liberalizmu Holandii i Szwecji, prowadzących politykę „emancypacji mniejszości”, a wreszcie historii Niemiec i wciąż żywego pojęcia „ludu niemieckiego” (Deutsches Volk) rozumianego jako jedność etniczno-językowa. [3]

Dążenie do zharmonizowania podejścia do zjawiska imigracji musi być dostosowane do właściwych poszczególnym państwom modeli integracji [4]. Model dominujący w Szwecji ogranicza przyjmowanie przybyszów spoza Europy, wspiera natomiast budowanie społeczeństwa wielokulturowego przez imigrantów osiadłych w kraju. Ten rzadki w innych krajach konsensus nadaje różnorodności kulturowej, współpracy i solidarności charakter najważniejszych wartości społeczeństwa, promując w ten sposób jednakowe traktowanie wszystkich imigrantów. Uczestniczą oni na równych prawach w życiu społecznym, a zarazem cieszą się uznaniem swej odrębności kulturowej, skoro władze zachęcają ich do łączenia się we wspólnoty i zachowania języka kraju, z którego pochodzą. Cudzoziemcy mają prawo do udziału w wyborach lokalnych, a ich naturalizacja została możliwie ułatwiona. Zwalczane są wszelkie przejawy dyskryminacji. Niektórzy wskazują jednak na ryzyko zamykania się imigranckich wspólnot, ich względnego uzależnienia od systemu opieki społecznej, a nawet pojawienia się pewnych form etnicyzacji życia społecznego i politycznego.

Holandia wypracowała podobny model w odmiennym kontekście społecznym i historycznym. Jej społeczeństwo od dawna funkcjonuje na zasadzie „filarów”; państwo zwykło powierzać kościołom troskę o znaczną część spraw społecznych i kulturalnych. W ten właśnie sposób poradziło sobie z liczną imigracją z dawnych kolonii i zapewniło imigrantom dostęp do instytucji administracyjnych. Jednakże erozja konsensusu w kwestii migracji, nacisk ze strony ruchów ksenofobicznych, oraz wzmagająca się debata na temat istoty tożsamości narodowej spowodowały odwrócenie tej tendencji. Amsterdam sięgnął po środki wymuszające dalej idącą asymilację, takie jak obowiązek podpisania „umowy o integracji”. Od tego rodzaju dowodów asymilacji zależą w tej chwili prawa obywatelskie imigrantów.

W Wielkiej Brytanii napływ imigrantów z dawnych kolonii był jeszcze większy niż w Holandii, pomimo starań kolejnych rządów, by ograniczyć napływ kolorowych – starań, które francuska socjolożka Daničle Joly, od trzydziestu lat pracująca w tym kraju, nazywa „zinstytucjonalizowaną dyskryminacją rasową” [5]. W kwestii integracji także i to państwo stopniowo wypracowało sobie politykę opartą na uznaniu multikulturalizmu. Czułe na punkcie różnorodności kultur, wzdraga się przed uznaniem imigrantów za integralną część narodu. Londyn zniósł zresztą prawo ziemi w 1983 r. i nie przyznaje już narodowości brytyjskiej osobom pochodzącym z dawnych protektoratów i kolonii. Mimo wszystko imigranci i ich potomkowie są uważani za poszkodowane mniejszości etniczne, które państwo powinno starać się zintegrować. Nie przeszkadza mu to kodyfikować przynależności etnicznej, którą zaznacza się nawet w czasie spisów ludności. Istnieją odpowiednie mechanizmy zwalczania rasizmu i przejawów dyskryminacji, zapewniające poszanowanie zasady równości. Traktowanie wspólnot imigrantów jak rzeczywistych bytów sprzyja oczywiście rozwijaniu ich zdolności do organizowania się, negocjowania i mobilizacji, ale pod przykrywką multikulturalizmu rośnie ryzyko instytucjonalizacji ich społeczno-ekonomicznej niższości.

Nie będąca członkiem Unii Europejskiej i pozbawiona tradycji kolonialnej Szwajcaria proponuje ze swej strony coś w rodzaju „asymilacji bez partycypacji”. Opowiadając się za etniczną koncepcją narodu, symbolizowaną przez prawo krwi, uważa imigrantów po prostu za siłę roboczą. Są oni obywatelami jedynie w sensie socjoekonomicznym, jako producenci, konsumenci, udziałowcy i podatnicy [6]. Choć niektóre kantony umożliwiły ostatnio obcokrajowcom udział w wyborach lokalnych, prawa polityczne są nadal postrzegane jako nierozerwalnie związane z narodowością, którą w Szwajcarii bardzo trudno uzyskać nawet w drugim i trzecim pokoleniu. Kolejne referenda udaremniły próby uproszczenia procedury naturalizacji. Liczni potomkowie imigrantów, choć nigdy nie mieszkali w innym państwie, pozostają w Szwajcarii obcokrajowcami.

Hiszpania i Włochy, niegdyś kraje o wysokim wskaźniku emigracji, od kilku lat same masowo przyjmują imigrantów. Potrzeby ekonomiczne zadecydowały o przyjęciu przez nie dość liberalnej polityki imigracyjnej przy braku wykształconych procedur integracyjnych. Całe sektory gospodarki skorzystały na niejasnym statusie rzeszy imigrantów. Kobieca nielegalna siła robocza do tej pory maskuje krzyczące braki sektora publicznego, jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi i osobami starszymi. Stopniowe uświadamianie sobie strukturalnego charakteru imigracji skłoniło te państwa do przyjęcia taktyki okresowego regulowania sytuacji imigrantów – ostatnio w 2005 r. w Hiszpanii. Ku niezadowoleniu środowisk skłaniających się coraz liczniej ku ksenofobii procedura ta pozwoliła imigrantom spoza Europy na ustabilizowanie swojej sytuacji socjalnej i ekonomicznej, oraz egzekwowanie swoich praw obywatelskich, zwłaszcza prawa do łączenia rodzin.

Pierwszy punkt debaty nad integracją dotyczący relacji między prawami kulturowymi a pozostałymi prawami obywatelskimi, ujawnia głębokie rozbieżności w poglądach państw, partii politycznych i ekspertów. Podstawowe pytanie dotyczy relacji równość – odmienność. Zdaniem niektórych czynników, zachowanie odrębnej tożsamości kulturowej tworzy przepaść między ludnością napływową a wspólnotą narodową, utrudniając tej pierwszej korzystanie z innych praw. Innymi słowy, asymilacja kulturowa byłaby warunkiem uzyskania pełni praw obywatelskich [7]. Inni uważają, że przyznanie równych praw pociąga za sobą akceptację różnic kulturowych [8], wymaganie asymilacji byłoby zatem zakamuflowaną odmową dostępu do innych praw.

Drugi punkt debaty to problem relacji między prawami politycznymi a narodowością, czyli kwestia formalnych więzów łączących imigrantów z państwem-narodem. W myśl dominującej koncepcji nie powinno się przyznawać osobom określanym jako cudzoziemcy tych samych praw politycznych, jakie przysługują członkom narodu, skoro należą one do innej wspólnoty politycznej, która, przynajmniej formalnie, nie może uczestniczyć w kształtowaniu się woli powszechnej narodu. W istocie, jak stwierdza Aristide Zolberg [9], polityczny wymiar obywatelstwa miesza się tu z ideą przynależności narodowej i na tej podstawie wyłącza się „obcych” z zasady równouprawnienia. Jednak narastająca internacjonalizacja i powiększająca się liczba osób mieszkających poza państwem, z którym wiąże je ich narodowość, skłaniają do zaproponowania oddzielenia od siebie – w pewnym zakresie – przynależności narodowej i praw politycznych, przynajmniej na poziomie lokalnym. Organizmy ponadnarodowe, takie jak Unia Europejska, już teraz dają osobom pochodzącym ze swych krajów członkowskich większy udział w życiu obywatelskim lokalnych wspólnot.

Trzeci punkt dotyczy globalizacji, która stawia pod znakiem zapytania pewną liczbę socjoekonomicznych praw wszystkich mieszkańców kraju. Tego rodzaju ograniczenia w funkcjonowaniu społeczeństwa obywatelskiego mogą z kolei, jak wykazuje Andreas Wimmer [10], skłaniać część mieszkańców do wyznaczenia takich jego dziedzin, z których imigranci będą wykluczeni, w myśl zasady, iż dobro wspólne należy wyłącznie do członków narodu. Jest to przejaw logiki „pierwszeństwa ze względu na narodowość”. Inni opowiadają się jednak za wspólną obroną praw, gdyż odebranie ich imigrantom może być pierwszym krokiem do pozbawienia ich innych kategorii ludności [11].

Czwarty punkt debaty dotyczy możliwości ograniczenia dostępu do praw obywatelskich w społeczeństwach demokratycznych. Zasadniczo uważa się, że suwerenne państwo może we własnym interesie ograniczać możliwość korzystania z podstawowych swobód przez przybyszów z innych państw. Przeciwnicy tego poglądu podkreślają, że polityka imigracyjna, która nie respektuje praw obywatelskich, drwi sobie z najbardziej elementarnych praw człowieka, wprowadzając hierarchię wśród istot ludzkich [12].

Na kontynencie europejskim wciąż rozmaicie podchodzi się do problemu imigracji i integracji, tym niemniej Unia Europejska podjęła pewne wysiłki, by zharmonizować politykę swych krajów członkowskich w tej dziedzinie. Kierowała się w tym podwójną logiką, a więc z jednej strony względami bezpieczeństwa, a z drugiej zwalczaniem rasizmu i dyskryminacji. Mimo wszystko szybszy napływ imigrantów, pociągający za sobą wzrost „ludzkiej różnorodności”, coraz bardziej rzucającej się w oczy, jest zazwyczaj odbierany jako zagrożenie, tym bardziej, że zamachy w Nowym Jorku, Madrycie i Londynie sprzyjają katastroficznej wizji skutków stykania się kultur i rzekomego „zderzenia cywilizacji”. Ze strachem przed terroryzmem łączy się lęk wywoływany współzawodnictwem jednostek i wspólnot w kontekście społecznego i kulturowego rozkładu. Stąd właśnie bierze się tak silna w Europie krytyka istniejących „modeli integracji”, zdaniem wielu przechodzących poważny kryzys.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry