Na kolanach i po szyję

Wśród krytyków PiS-u można (tak jak w przypadku badaczy Holocaustu) wyróżnić dwa podejścia – intencjonalistyczne i funkcjonalistyczne. Pierwsze zakłada, że to, co mamy teraz, czyli klerykalną Polskę tonącą w brunatnej breji, to zamierzony efekt działań części opozycjonistów z dawnej Solidarności, którzy po dostaniu się do Sejmu w 1989 r., a w szczególności po opanowaniu w całości Senatu, zajmowali się niemal wyłącznie klerykalizacją kraju – wprowadzeniem (pozakonstytucyjnym) religii do szkół, zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej i negocjowaniem (tajnym), a w końcu podpisaniem konkordatu z Watykanem, który w niebywałym stopniu uprzywilejowuje Kościół katolicki w Polsce.

To stanowisko wydaje się reprezentować krytyk literacki i publicysta polityczny Jan Marx, którego zbiór felietonów z początku lat 90. właśnie się ukazał nakładem naszego wydawnictwa [1]. Zaiste, pouczająca lektura, szczególnie dla nie pamiętających tych pionierskich czasów. Oto czołowy demokrata i błyskotliwy krytyk PiS-u, a w latach 90. ultraradykalny katolik (w partii z Antonim Macierewiczem) Stefan Niesiołowski, zwolennik całkowitego zakazu aborcji oraz delegalizacji postkomunistycznej SdRP (później SLD), porównujący tę partię do… NSDAP. Parę tygodni temu czytałem z nim wywiad w Gazecie Wyborczej, w której nie mógł się nachwalić demokratyzmu SLD (i z czasów, kiedy porównywał ją do NSDAP, i teraz), wzywając do wspólnej koalicji całą opozycję… Albo inny ulubieniec katolickich liberałów (w 2007 r. człowiek roku Gazety Wyborczej) abp Józef Życiński, któremu również SLD kojarzyło się z NSDAP. Albo bp Tadeusz Pieronek, subtelny intelektualista kościelny, dziś o tyle ważny dla opozycji, że jako jeden z niewielu hierarchów kościelnych krytykujący PiS – nazywający wicepremier Jarugę-Nowacką „feministycznym betonem, który nie zmieni się nawet pod wpływem kwasu solnego”.
Dla Marxa sprawa jest jasna – to, że dziś na kolanach i po szyję siedzimy w czarnosecinnym i nacjonalistycznym bagnie to wina opozycji demokratycznej na czele z Lechem Wałęsą (który, jak też przypomina Marx, zaprzysiągł publicznie, że dopóki jest prezydentem, to liberalizacji ustawy antyaborcyjnej przyjętej przez wywodzący się z opozycji prawicowy rząd, odbierającej kobietom prawo do decydowania o swoim życiu i dziecku, nie podpisze).

Stanowisko funkcjonalistyczne podkreśla z kolei, że intencje rządzących zmieniały się wraz ze zmieniającymi faktami geopolitycznymi. I stąd np. brały się zabiegi SLD i prezydenta Kwaśniewskiego o dobre relacje z Kościołem przy okazji referendum unijnego. Tym również można tłumaczyć woltę wielu polityków prawicowo-liberalnych, przez lata pogardzających „motłochem”, którzy dziś straciwszy władzę „bronią” demokracji, odważnie przemawiając do tłumów na wiecach i demonstracjach. Leszek Balcerowicz, który kilka lat temu walczył o zniesienie dodatków pogrzebowych (a więc chowanie zmarłych w ogródkach i na polach, bo jak pokazały badania, większości Polaków nie stać na pochowanie swoich bliskich). Andrzej Zoll, dzisiejszy wielki obrońca konstytucji, który jako przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, uniemożliwił liberalizację ustawy aborcyjnej i do dziś twierdzi, że obowiązujący (pewnie już niedługo) zapis o (teoretycznej) możliwości usunięcia płodu z ciężką wadą rozwojową jest niekonstytucyjny. Albo inny freedom-fighter – Andrzej Rzepliński, który będąc przewodniczącym TK uznał za niekonstytucyjne „zmuszanie” lekarzy, którzy zasłaniając się „klauzulą sumienia” (jak prof. Chazan) odmawiają aborcji ciężko uszkodzonych płodów, do wskazywania szpitali, w których taki zabieg byłby możliwy.

Polski przykład pokazuje, że oba podejścia do problemu nie są sprzeczne i nawzajem się uzupełniają. Trudno na poważnie brać święte oburzenie na łamanie prawa i konstytucji ludzi, którzy przez lata uprawiali (często razem z Kaczyńskim) ten sam rodzaj gangsterki politycznej, tyle tylko, że kosztem biednych ludzi wyrzucanych z pracy czy mieszkań.

Parę tygodni temu Sławomir Sierakowski powiedział w Gazecie Wyborczej, że opozycję mamy jaką mamy i nic na to nie poradzimy. A skoro wrogiem jest PiS, który niszczy państwo, to nie ma co marudzić. Zgadzam się z nim. Apelowałbym jednak o mniej amnezji, gdyż zapominając o tym, co działo się w Polsce złego w ostatnich 27 latach, sami siebie pozbawiamy skutecznego oręża w walce z PiS-em.


[1] Jan Marx, Małpie zwierciadło, Książka i Prasa, Warszawa 2017.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry