Mit ‘68

W różnych krajach i w różny spsób trwają obchody 50. rocznicy rewolucyjnej fali, która przeszła przez sporą część świata w roku 1968 i okolicach. Książki, konferencje, przeglądy filmowe, wystawy przywołują obrazy wydarzeń, które zmieniły oblicze świata. Cała ta celebra więcej ma jednak wspólnego z dzisiejszym uwiądem lewicowego radykalizmu, żywiącego się nostalgią za wyidealizowanymi wizjami przeszłości niż z rzeczywistym przebiegiem i znaczeniem rewolt roku ’68.

Tym, czego nie chcą pamiętać zarówno jego chwalcy jak i prawicowi ideolodzy, straszący dzieci widmami Maja, jest fakt, że bunt roku 1968 właściwie wszędzie poniósł klęskę. Trudno zaprzeczyć, że po 1968 świat pod wieloma względami stał się lepszy, ale nie da się też ukryć, że koniunktura zaczęła się zmieniać na korzyść kapitalizmu i na niekorzyść lewicy.

Rok rewolty wpisywał się w cykl walk społecznych związany z kryzysem powojennego kapitalizmu z ludzką twarzą na Zachodzie oraz realnego socjalizmu w Bloku Wschodnim. Ruchy rewolucyjne i antywojenne w Europie, Japonii czy Ameryce stanowiły próbę wyjścia poza ograniczenia polityk keynesowskich i hegemonicznej konserwatywnej kultury w momencie, gdy powojenna konfiguracja władzy i układów sił społecznych coraz bardziej trzeszczała w szwach. Rewolucja zderzyła się jednak z ruchem kontrrewolucji usiłującej wykorzystać zarysowujący się kryzys do przykręcenia śruby pracownikom i porzucenia keynesizmu. Konfrontacja, zapoczątkowana w połowie lat 60., skończyła się wraz neoliberalnym zwrotem Pinocheta, Thatcher, Reagana i Mitteranda, oraz kryzysem zadłużenia na Południu. Dzięki triumfowi polityk monetarystycznych zyski kapitału zostały ocalone, choć nie przełamano kryzysu strukturalnego kapitalizmu.

Ruchy rewolucyjne roku ’68 przegrały, i to nie wskutek sprytnego przejęcia ich idei przez kapitalistyczny przemysł kulturowy posługujący się strategią, którą Herbert Marcuse określił mianem desublimacji represywnej. Przegrały zgniecione brutalną przemocą policji i wojska. W Polsce, w marcu, „skończyło się” na biciu, szykanach i antysemickiej czystce, ale już w kwietniu w Stanach Zjednoczonych dziesiątki ludzi, przede wszystkich Czarnych, zginęło od kul podczas pacyfikowania protestów po zamordowaniu Martina Luthera Kinga, w maju francuska policja sięgnęła po broń palną, gdy tylko zrewoltowani studenci zaczęli nawiązywać współpracę ze strajkującymi robotnikami, w sierpniu czołgi Układu Warszawskiego rozjechały Praską Wiosnę, w październiku meksykańska armia zmasakrowała ponad 300 studentów na placu Tlatelolco w mieście Meksyk. We Włoszech skrajnie prawicowe bojówki, wspierane przez część sił bezpieczeństwa, rok wcześniej zainicjowały strategię potęgowania napięcia, czyli kampanię terroru skierowaną przeciw lewicy, której celem było też sianie chaosu mającego doprowadzić do faszystowskiego zamachu stanu. Takiego jak te, które ustanowiły krwawe dyktatury w Grecji (1967) i Chile (1973). Na Bliskim Wschodzie finałem rewolucji rozpoczętej przez radykalnie lewicowy wówczas palestyński ruch wyzwoleńczy był Czarny Wrzesień w 1970 r. W Pakistanie potężny ruch rewolucyjny utopiono w represjach i morzu krwi wojny z Indiami w 1971 r.

Dobrą miarą przegranej jest charakter intelektualnego dziedzictwa ’68. I nie chodzi tylko o to, że wielu najradykalniejszych liderów studenckich skończyło na neokonserwatywnej prawicy, a oskarżenia o zbyt mało radykalizmu kierowane pod adresem komunistów zastąpili oskarżaniem wszelkiej lewicy o totalitaryzm. Antropolog David Graeber przeanalizował kiedyś jak system uniwersytecki reagował na różne nurty krytyki społecznej z ’68. Okazało się, że w kontekście akademickim doskonale odnaleźli się Jean Baudrillard czy Michel Foucault, ale już dla włoskich operaistów zabrakło tam miejsca. Według Graebera kluczowe dla wpuszczenia lub nie jakiejś myśli na uniwersytety było podejście do władzy. Zarówno Baudrillard jak i Foucault pisali o jej wszechobecności, włosowatości i nieodpartości, o tym, że zaraża ona swoją logiką także ruchy opozycyjne. Tymczasem operaiści koncentrowali się na budowie strategii obalenia władzy afirmując podmiotowość polityczną klas podporządkowanych i kreśląc projekt emancypacji. Myśl pierwszych doskonale uzasadniała nieprzekraczalność kapitalizmu, a jednocześnie obsługiwała potrzeby przegranych rewolucjonistów poszukujących teoretycznego wytłumaczenia swojego defensywnego położenia. Koncepcje drugich zbytnio przypominały o słabościach ruchu, które doprowadziły do jego klęski i zbyt wyraźnie wskazywały na możliwości tkwiące w oddolnym oporze wobec władzy kapitału.

Paradoksalnie, dzisiejsze obchody światowej rewolucji w dużej mierze obracają się wokół tych zjawisk i idei, które zrodziły się po jego klęsce i stanowiły formę jej racjonalizacji. Kontrkultura, zmiany w obyczajowości seksualnej, moda na religie wschodu i różnego rodzaju terapie, a nawet oczyszczone z klasowych i ekonomicznych odniesień ekologia, feminizm czy antyrasizm stały się znakami szalonych lat 60. w dzisiejszej pop-kulturze.

Skoro jednak po ‘68 pozostało tylko to, co najmniej niebezpieczne, bądź najgorsze, może po prostu trzeba porzucić kult majowego widma i docenić wagę fal rewolucyjnych, które przyszły później. Takich jak alterglobalizm lat 1994-2003, kiedy udało się zbudować nową międzynarodówkę z ośrodkiem na globalnym Południu, albo cykl walk zapoczątkowany Arabską Wiosną, przechodzący przez Occupy i ukraiński Majdan, a zakończony pacyfikacją Grecji przez Trojkę (2010-2015).

Korzyści mogą być niebagatelne. W odróżnieniu od bojowników maja, którzy przegrali z rodzącą się kontrrewolucją neoliberalną, alterglobaliści i indignados rzucali wyzwanie kapitalizmowi w stanie starczej demencji, ze wszystkimi tego konsekwencjami w postaci stagnacji, finansjeryzacji, faszyzmu i imperializmu. Ich doświadczenia są dla nas cenniejsze, bo przecież to taki właśnie przeciwnik stać będzie przed ruchami emancypacyjnymi w dającej się przewidzieć przyszłości.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top