Lustracyjna paranoja w Polsce

Nazywają to ustawą lustracyjną. „Lustracja” zgodnie z definicją słownikową oz­na­cza „rytualne oczyszczenie”. A w Polsce, gdzie myślenie o świecie wytyczają katolicyzm i historia, w słowie tym mieści się również poczucie winy, żal i skrucha. Ustawa lustracyjna, przegłosowana w październiku ubiegłego roku i wprowadzona w życie 15 marca, nakazuje, by 700 tysięcy Polaków wyznało, czy współ­pra­co­wało z władzami komunistycznymi w latach 1945-1989. Wyżsi urzędnicy pań­stwo­wi, wykładowcy, prawnicy, dyrektorzy szkół i dziennikarze urodzeni przed sierp­niem 1972 roku mają czas na wyznanie swoich win do 15 maja 2007 r.

Wszyscy będą musieli wypełnić formularz i odpowiedzieć na pytanie, czy współpracowali potajemnie i świadomie z byłymi służbami bezpieczeństwa. Potem przedstawią oświadczenie swoim przełożonym, którzy z kolei prześlą je do Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Tam wszystkie zeznania zostaną porównane z zawartością archiwów i po tej weryfikacji wydane zostaną certyfikaty „czystości politycznej”. Dziennikarze zatrudnieni w mediach publicznych, którym udowodniona zostanie współpraca, zostaną automatycznie zwolnieni. Ci, którzy odmówią złożenia zeznania albo też, którym udowodnione zostanie kłamstwo, mogą dostać zakaz wykonywania zawodu na dziesięć lat.

To zupełnie obłąkane prawo wywołało wielki skandal w Unii Europejskiej. Jeśli chodzi o zacięcie antykomunistyczne, to nawet amerykański maccartyzm z lat pięćdziesiątych wydaje się przy nim zaledwie amatorszczyzną. Nowo wpro­wa­dzo­na ustawa lustracyjna stanie się główną podstawą prawną dzikiego polowania na czarownice, które zaczęło się Polsce wraz z przejęciem prezydentury w paź­dzier­niku 2005 r. przez konserwatystę Lecha Kaczyńskiego, a później mianowaniem na premiera jego brata bliźniaka, Jarosława.

Zdaniem wielu Polaków ustawa jest sprzeczna z konstytucją, gdyż zmusza obywateli, by „dowodzili, że nie zrobili tego, czego nie zrobili”. Być może zostanie odrzucona przez Trybunał Konstytucyjny, który ma wydać wyrok na początku maja tego roku.

Rządząca Polską prawicowa, katolicka i narodowa koalicja – składająca się z trzech partii: Prawo i Sprawiedliwość (bracia Kaczyńscy), Samoobrona (środowiska rolnicze) i Liga Polskich Rodzin – prowadzi bardzo niepokojącą politykę mającą na celu wprowadzenie siłą „porządku moralnego”. Taka właśnie idea przyświeca wicepremierowi i ministrowi edukacji Romanowi Giertychowi, przywódcy Ligi Polskich Rodzin, który właśnie złożył projekt homofobicznej ustawy, po raz kolejny wywołując oburzenie opinii międzynarodowej i protesty organizacji broniących praw człowieka. Projekt ten, który może być gotowy w ciągu miesiąca, zakłada, że każda osoba, która ujawniłaby w instytucji szkolnej lub uniwersyteckiej swój homoseksualizm „albo jakiekolwiek inne zboczenie seksualne” [1], narazi się na karę pieniężną, na zwolnienie lub więzienie.

Ojciec Romana Giertycha, Maciej Giertych, eurodeputowany z ramienia Ligi Polskich Rodzin, w lutym tego roku rozpętał prawdziwą burzę publikując na koszt parlamentu europejskiego i pod jego logo antysemicką broszurę, w której twierdził na przykład, że „żydzi sami zrobili sobie getta” i że „antysemityzm to nie rasizm”. [2]

Zarówno w Polsce, jak i w pewnym stopniu na Ukrainie, na Litwie oraz w innych krajach Europy Wschodniej, te antykomunistyczne czystki i dążenie do wprowadzenia porządku moralnego strzeżonego przez autorytarną władzę, są wyrazem jakiejś niesmacznej nostalgii za czasami przedwojennymi, kiedy rasizm był na porządku dziennym w życiu publicznym. Niektórzy dają się ponieść atmosferze powszechnego rewizjonizmu tak dalece, że posuwają się nawet do tego, by gloryfikować kolaborację z hitlerowską III Rzeszą przeciw Związkowi Radzieckiemu, który jest oficjalnym wrogiem numer jeden.

I również zgodnie z tą właśnie optyką władze polskie, widząc (podobnie jak niektóre polskie media) w Rosji Władimira Putina nowe, zakamuflowane wcielenie dawnego Związku Radzieckiego, odniosły się przychylnie do propozycji umieszczenia na swoim terytorium tarczy antyrakietowej zaprojektowanej przez Pentagon, mającej chronić Stany Zjednoczone. Nie racząc skonsultować się w tej sprawie ze swoimi partnerami z Unii Europejskiej ani nawet z NATO. Widać więc z tego, że w polityce paranoja prowadzi nie tylko do zaniku sił umysłowych. Może w pewnym sensie prowadzić także do zdrady.


[1] El Pais, Madryt, 20 marca 2007.
[2] Le Figaro, Paryż, 17 lutego 2007.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top