Liberałowie kontra populiści

Sposób, w jaki rządy stawiły czoło kryzysowi 2008 r., zdestabilizował ład polityczny i geopolityczny. Demokracje liberalne są w defensywie. Prawice nacjonalistyczne przeprowadzają kontrrewolucję kulturową, lecz realizują taki sam projekt społeczno-gospodarczy jak ich liberalni rywale. Ekstremalna mediatyzacja tego podziału służy zmuszaniu społeczeństw do wyboru między dwoma złymi wyjściami.

Budapeszt, 23 maja 2018 r. Ciemna, dość obszerna kurtka i rozpięta pod szyją fioletowa koszula, spod której widać T-shirt. Stephen Bannon siada przed gronem intelektualistów i dygnitarzy węgierskich. „Iskra, która wznieciła pożogę w postaci Trumpowskiej rewolucji, zapaliła się 15 września o 9 rano, kiedy Lehman Brothers byli zmuszeni ogłosić upadłość.” Były strateg Białego Domu dobrze wie, że kryzys był tu szczególnie gwałtowny. „Elity się podźwignęły. Całkowicie uspołeczniły ryzyko”, kontynuuje ten były wiceprezes banku Goldman Sachs, którego działalność polityczną finansują fundusze spekulacyjne. „Czy człowiek z ulicy również się podźwignął?” Ten „socjalizm dla bogatych” spowodował w kilku punktach planety „prawdziwą rewoltę populistyczną. W 2010 r. Viktor Orbán powrócił do władzy na Węgrzech”; był „Trumpem przed Trumpem.”

Dziesięć lat po zawierusze finansowej światowy krach gospodarczy i kryzys długu publicznego znikły z terminali Bloombergu, gdzie migocą żywotne krzywe kapitalizmu, lecz jej fala uderzeniowa spotęgowała dwie deregulacje. Po pierwsze deregulację pozimnowojennego neoliberalnego ładu międzynarodowego, ześrodkowanego na NATO, zachodnich instytucjach finansowych i liberalizacji handlu. Jeśli, wbrew temu, co obiecywał Mao Zedong, wiatr ze wschodu nie przeważył jeszcze nad wiatrem z zachodu, to zaczęła się przebudowa geopolityczna: prawie 30 lat po upadku Muru Berlińskiego chiński kapitalizm państwowy szerzy swoje wpływy; oparty na rozkwicie wstępującej klasy średniej wiąże on swoją przyszłość z dalszą globalizacją wymiany handlowej zmiatającej przemysł przetwórczy większości krajów zachodnich, w tym Stanów Zjednoczonych, które prezydent Donald Trump obiecał już w swoim pierwszym oficjalnym przemówieniu uratować przed „rzezią”.

Pęknięcie w łonie klas panujących

Wstrząs 2008 r. i jego repliki zachwiały również ładem politycznym, który w demokracji rynkowej upatrywał ostateczną formę historii. Buta technokracji zdelokalizowanej do Nowego Jorku czy do Brukseli i narzucającej niepopularne posunięcia w imię kompetencji i nowoczesności utorowała drogę rządom konserwatywnym. Od Waszyngtonu przez Budapeszt po Warszawę Trump, Jarosław Kaczyński i Orbán powołują się na kapitalizm tak samo jak Barack Obama, Angela Merkel, Justin Trudeau czy Emmanuel Macron, ale na kapitalizm z inną otoczką kulturową – „nieliberalną”, narodową i autorytarną, gloryfikującą bardziej prowincję niż wartości wielkich metropolii.

Klasy panujące dzieli pewne pęknięcie. Reżyserują je i nagłaśniają media zawężające horyzont możliwych wyborów politycznych do tej dwójki skłóconych braci czy sióstr. Te nowe reżimy chcą tak samo wzbogacić bogatych jak te dotychczasowe, lecz czynią to eksploatując uczucia, jakie w dużej części, a nieraz nawet wśród większości klas ludowych budzą neoliberalizm i socjaldemokracja: uczucia odrazy zmieszanej z gniewem.

Odpowiedź na kryzys 2008 r. zadała – i to tak, że nie sposób tego nie dostrzec – kłam paplaninie o dobrym rządzeniu, którą politycy centroprawicowi i centrolewicowi serwowali po upadku Związku Radzieckiego. Ani globalizacja, ani demokracja, ani neoliberalizm nie wyszły z tego obronna ręką.

Po pierwsze internacjonalizacja gospodarki nie jest dobra dla wszystkich krajów, a nawet dla większości pracowników najemnych na Zachodzie. Wybór Trumpa osadził w Białym Domu człowieka od dawna przekonanego, że globalizacja nie tylko nie jest rentowna dla jego kraju, ale co więcej przyspieszyła jego schyłek i zapewniła start strategicznym konkurentom. Wraz z Trumpem „Ameryka przede wszystkim” wzięła górę nad głoszoną przez zwolenników wolnego handlu zasadą, że wszyscy wygrywają.

O czym grzmi Trump

4 sierpnia br. w Ohio, stanie przemysłowym, który zazwyczaj przechodzi z rąk republikanów do rąk demokratów i na odwrót, ale w którym obecny prezydent amerykański wygrał z Hillary Clinton z ośmioprocentową przewagą, przypomniał on o olbrzymim (i ciągle rosnącym) deficycie handlowym swojego kraju. „817 mld dolarów rocznie!” Wyjaśnił to tak: „Nawet [Chińczycy] nie mogą uwierzyć, że pozwoliliśmy im do tego stopnia działać naszym kosztem! My naprawdę odbudowaliśmy Chiny; nadszedł czas odbudowy naszego kraju! Ohio straciło 200 tys. miejsc pracy w przemyśle, odkąd [w 2001 r.] Chiny przystąpiły do Międzynarodowej Organizacji Handlu. WTO to przecież totalna katastrofa! W ciągu dziesięcioleci nasi politycy pozwolili w ten sposób innym krajom kraść nasze miejsca pracy, rabować nasze bogactwo i grabić naszą gospodarkę.”

Na początku ubiegłego wieku protekcjonizm spowodował start przemysłowy Stanów Zjednoczonych, podobnie jak wielu innych krajów; gdzie indziej cła finansowały przez długi czas moce publiczne, gdyż podatek dochodowy nie istniał przed I wojną światową. Trump, cytując Williama McKinleya, republikanina i prezydenta w latach 1897-1901 (zastrzelił go anarchista polskiego pochodzenia), głosi: „On zrozumiał decydujące znaczenie taryf celnych dla zachowania potęgi kraju.” Biały Dom odwołuje się teraz do nich bez wahania, nie przejmując się WTO.

Turcja, Rosja, Iran, Unia Europejska, Kanada, Chiny: państwa te co tydzień padają ofiarą sankcji handlowych stosowanych wobec państw, nie ważne, czy zaprzyjaźnionych, czy wrogich, które znalazły się na celowniku Waszyngtonu. Powoływanie się na „bezpieczeństwo narodowe” pozwala Trumpowi działać bez zgody Kongresu, w którym parlamentarzyści i lobby finansujące ich kampanie trzymają się wolnego handlu.

W Stanach Zjednoczonych panuje konsens w sprawie Chin, lecz jest to konsens w nie wymierzony – nie tylko z powodów handlowych. Pekin postrzega się również jako rywala strategicznego par excellence. Chiny nie tylko budzą nieufność z powodu swojej potęgi gospodarczej, ośmiokrotnie większej niż rosyjska, jak również z powodu swoich pokus ekspansjonistycznych w Azji, ale również dlatego, że ich autorytarny model polityczny konkuruje z modelem amerykańskim.

Fukuyama się wycofuje

Choć amerykański politolog Francis Fukuyama podtrzymuje swoją teorię z 1989 r. o nieodwracalnym i powszechnym triumfie kapitalizmu liberalnego, wnosi do niej jednak zasadniczą poprawkę. „Chiny to największe wyzwanie dla narracji o ‘końcu historii’, ponieważ modernizują się one gospodarczo pozostając dyktaturą. (…) Jeśli w ciągu najbliższych lat ich wzrost gospodarczy będzie się utrzymywał i zachowają one swoją pozycję największego mocarstwa gospodarczego świata, przyznam, że moja teza okazała się ostatecznie nieprawdziwa.” [1] W istocie Trump i jego przeciwnicy w Stanach Zjednoczonych są zgodni co do jednego: on uważa, że neoliberalny ład międzynarodowy za dużo kosztuje Stany Zjednoczone, a oni uważają, że sukcesy Chin grożą upadkiem tego ładu.

Od geopolityki politykę dzieli jeden krok. Globalizacja spowodowała zniszczenia miejsc pracy i degrengoladę zachodnich wynagrodzeń – ich udział spadł tylko w ciągu minionego dziesięciolecia w Stanach Zjednoczonych z 64 do 58% PKB, co oznacza, że przeciętnie pracownik amerykański stracił w ciągu roku 7500 dolarów (6600 euro)! [2]

W ostatnich latach to właśnie w spustoszonych przez chińską konkurencję regionach przemysłowych USA robotnicy najbardziej skręcili w prawo. Można oczywiście przypisywać to przesunięcie wyborcze wielu czynnikom „kulturowym” (seksizmowi, rasizmowi, przywiązaniu do broni palnej, wrogiemu stosunkowi do aborcji i do małżeństw homoseksualnych itd.). Trzeba wtedy jednak zamknąć oczy na wyjaśnienie ekonomiczne, które jest co najmniej równie wiarygodne.

Liczba hrabstw przemysłochłonnych, to znaczy takich, w których ponad 25% miejsc pracy zależało od sektora przemysłowego, spadła w latach 1992-2016 z 862 do 323 i załamała się również równowaga głosów oddanych na obie wielkie partie. Przed ćwierćwieczem każda z nich uzyskiwała większość w mniej więcej w takiej samej liczbie hrabstw (w ok. 430). W 2016 r. spośród 323 hrabstw nadal przemysłochłonnych 306 zagłosowało na Trumpa, a na Clinton tylko 17 [3]. Akcesja Chin do WTO, przeprowadzona przez demokratycznego prezydenta – Williama Clintona właśnie – miała przyspieszyć przekształcenie się tego państwa w kapitalistyczną demokrację liberalną. Tymczasem przede wszystkim zniechęciła ona robotników amerykańskich do globalizacji, liberalizmu i głosowania na demokratów.

Lud wybiera, kapitał decyduje

Krótko przed upadkiem Lehman Brothers były prezes amerykańskiego Systemu Rezerwy Federalnej Alan Greenspan wyjaśniał spokojnie: „Dzięki globalizacji amerykańskie polityki publiczne zostały w dużej mierze zastąpione globalnymi siłami rynków. Poza sprawami bezpieczeństwa narodowego to, jak będzie nazywał się przyszły prezydent, już prawie nie ma znaczenia” [4]. Dziesięć lat później nie ma nikogo, kto powtórzyłby tę diagnozę.

W krajach Europy Środkowej, w których ekspansja gospodarcza opiera się nadal na eksporcie, kwestionowanie globalizacji nie dotyczy wymiany handlowej. Lecz „silni ludzie” u władzy piętnują narzucanie przez Unię Europejską „zachodnich wartości”, które uważają oni z słabe lub dekadenckie, gdyż sprzyjają imigracji, homoseksualności, ateizmowi, feminizmowi, ekologii, rozpadowi rodziny itd. W ten sposób kontestują demokratyczny charakter kapitalizmu liberalnego.

Nie bezpodstawnie, gdyż w dziedzinie równości praw politycznych i obywatelskich to, czy te same zasady stosuje się do wszystkich, jeszcze raz rozstrzygnięto po 2008 r. „Nie zarządzono ścigania żadnego wysoko postawionego finansisty”, stwierdza dziennikarz John Lanchester. „Podczas skandalu związanego z kasami oszczędnościowymi w latach 80. w stan oskarżenia postawiono 1100 osób.” [5] Więźniowie francuscy ironizowali już w ubiegłym stuleciu: „Kto kradnie jajko, ten idzie do więzienia; kto kradnie wołu, ten idzie do Pałacu Burbonów.”

Lud wybiera, lecz kapitał decyduje. Politycy liberalni, z prawa i z lewa, rządząc odwrotnie niż obiecywali w kampaniach wyborczych, potwierdzali to podejrzenie po niemal wszystkich wyborach. Obama, wybrany po to, aby zerwać z konserwatywną polityką swoich poprzedników, zredukował deficyt publiczny, obciął wydatki socjalne i zamiast wprowadzić ubezpieczenia społeczne zmusił Amerykanów do wykupu zdrowotnych polis ubezpieczeniowych w prywatnym kartelu.

Obietnic wyborczych się nie spełnia

We Francji Nicolas Sarkozy wydłużył o dwa lata wiek emerytalny, choć formalnie zobowiązał się, że go nie zmieni; z podobną dezynwolturą François Hollande kazał przegłosować europejski pakt stabilności, choć obiecał, że będzie go renegocjował. W Wielkiej Brytanii polityk liberalny Nick Clegg sprzymierzył się ku powszechnemu zaskoczeniu z partią konserwatywną, a następnie, gdy został wicepremierem, zgodził się potroić wpisowe na uniwersytety, choć przysięgał, że je zniesie.

W latach 70. niektóre partie komunistyczne Europy Zachodniej sugerowały, że ich ewentualne dojście do władzy w wyniku zwycięstwa w wyborach byłoby wycieczką w jedną stronę, ponieważ budowa socjalizmu, gdy się ją zacznie, nie może zależeć od perypetii wyborczych. Zwycięstwu „wolnego świata” nad hydrą radziecką towarzyszyło przebiegłe zaprowadzenie takiej właśnie zasady: prawa głosu nie skasowano, ale zaczęto wprowadzać obowiązek potwierdzenia w głosowaniu wyboru dokonanego przez klasy panujące. „W 1992 r.”, przypomina dziennikarz Jack Dion, „Duńczycy zagłosowali przeciwko traktatowi z Maastricht; zmuszono ich zatem, aby powrócili do lokali wyborczych. W 2001 r. Irlandczycy zagłosowali przeciwko Traktatowi Nicejskiemu; zmuszono ich zatem, aby powrócili do lokali wyborczych. W 2005 r. Francuzi i Holendrzy zagłosowali przeciwko Europejskiemu Traktatowi Konstytucyjnemu; narzucono im więc ten traktat pod nazwą Traktatu Lizbońskiego i musieli ponownie zagłosować. W 2015 r. 61% Greków zagłosowało przeciwko brukselskiemu planowi odchudzania, a i tak go zaaplikowano.” [6]

Właśnie tego samego roku niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble, zwracając się do rządu lewicowego wybranego kilka miesięcy wcześniej i zmuszonego do zarządzania liberalną terapią szokową, której poddano społeczeństwo, tak zreasumował znaczenie, jakie przywiązuje do demokracji: „Wybory nie mogą pozwalać na zmianę polityki gospodarczej.” [7]

Bardzo silne państwo liberalne

Ze swojej strony europejski komisarz do spraw ekonomicznych i finansowych, podatków i ceł Pierre Moscovici wyjaśnił później: „23 osoby ze swoimi zastępcami podejmują – lub tego nie robią – decyzje o podstawowym znaczeniu dla milionów innych osób, w tym przypadku dla Greków, na podstawie niezwykle technicznych parametrów – decyzje, które nie podlegają żadnej kontroli demokratycznej. Eurogrupa nie zdaje sprawy żadnemu rządowi, żadnemu parlamentowi, a już w szczególności nie zdaje sprawy Parlamentowi Europejskiemu” [8]. Parlamentowi, w którym Moskovici ma jednak zamiar zasiąść w przyszłym roku.

Ta na swój sposób autorytarna i „nieliberalna” pogarda dla suwerenności ludowej zasila jeden z najpotężniejszych argumentów kampanii polityków konserwatywnych po obu stronach Atlantyku. W przeciwieństwie do partii centrolewicowych lub centroprawicowych, które zobowiązują się, lecz nic w tej sprawie nie robią, reanimować zdychającą demokrację, Trump i Orbán, podobnie jak Kaczyński w Polsce i Matteo Salvini we Włoszech, przyklepują jej agonię. Zachowują jedynie większościowe ordynacje wyborcze i bezglebowemu, fachowemu autorytaryzmowi Waszyngtonu, Brukseli czy Wall Street przeciwstawiają autorytaryzm narodowy, który przedstawiają jako zdobycz ludową.

Po zadaniu kłamu panującym dyskursom z minionych lat o globalizacji i demokracji trzecia rzecz, której zadał kłam kryzys, dotyczy zaniku roli gospodarczej władzy publicznej. Wszystko jest możliwe, lecz nie dla wszystkich: rzadko zdarzało się dowieść słuszności tej zasady z taką jasnością, jak w ciągu minionego dziesięciolecia. Zmasowana kreacja pieniądza, nacjonalizacje, lekceważenie traktatów europejskich, działania dyskrecjonalne posłów itd.: aby ratować banki, od których zależało przetrwanie systemu, nic w zamian nie żądając, większość takich operacji, których, jak twierdzono do tego czasu, przeprowadzenie było niemożliwe i nie do pomyślenia, przeprowadzono teraz po obu stronach Atlantyku bez zmrużenia oka. Ten zmasowany interwencjonizm państwowy ujawnił istnienie silnego państwa, zdolnego do mobilizacji swojej potęgi w dziedzinie, z której, jak się wydawało i jak twierdzono, ono się usunęło [9]. Jeśli jednak państwo jest silne, to po to, aby zapewnić kapitałowi stabilne ramy.

Wydatki na prywatny kapitał

Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego w latach 2003-2011, bezwzględny, gdy chodziło o cięcia wydatków socjalnych po to, aby sprowadzić deficyt publiczny poniżej 3% PKB, przyznał, że zobowiązania finansowe podjęte przez szefów państw pod koniec 2008 r. dla ratowania systemu bankowego stanowiły w połowie 2009 r. „27% PKB w Europie i w Stanach Zjednoczonych” [10].

Dziesiątki milionów bezrobotnych, wywłaszczonych, chorych przywożonych do szpitali, w których brakowało leków, jak to działo się w Grecji, nigdy nie cieszyły się przywilejem polegającym na uznaniu ich za „ryzyko systemowe”. „Swoimi wyborami politycznymi rządy strefy euro pogrążyły dziesiątki milionów swoich obywateli w odmętach depresji porównywalnej z depresją lat 30. To jedna z najgorszych katastrof gospodarczych”, zauważa historyk Adam Tooze [11].

Dyskredytacja klasy panującej i rehabilitacja władzy państwowej mogły jedynie utorować drogę nowemu stylowi rządzenia. Kiedy w 2010 r. zapytano węgierskiego premiera, czy niepokoi go dojście do władzy w samym środku burzy planetarnej, odpowiedział z uśmiechem: „Nie, ja lubię chaos, gdyż wychodząc od niego mogę skonstruować nowy ład. Ład, który chcę.” [12]

Podobnie jak Trump, konserwatywni politycy w Europie Środkowej potrafili umocować w społeczeństwie prawowitość silnego państwa na usługach bogatych. Nie stoi ono na straży praw społecznych, które nie dają pogodzić się z wymogami posiadaczy; władza publiczna afirmuje się zamykając granice przed migrantami i ogłaszając, że jest gwarantem „tożsamości kulturowej” narodu. Drut kolczasty staje się wtedy oznaką powrotu państwa.

Na razie wydaje się, że sprawdza się strategia, która przechwytuje i wynaturza ludowy postulat ochrony. W rezultacie przyczyny kryzysu finansowego, które wykoleiły świat, pozostają nietknięte, a tymczasem życie polityczne takich krajów, jak Włochy i Węgry czy takich regionów jak Bawaria toczy się pod znakiem kwestii uchodźców. Część bardzo umiarkowanej lub bardzo radykalnej lewicy zachodniej, naśladującej priorytety ukształtowane na campusach amerykańskich, uwielbia stawiać czoło prawicy na tym terenie [13]. Czyni to od ponad 30 lat z widoczną dziś skutecznością.

„Demokracja nieliberalna”

Aby przeciwstawić się Wielkiej Recesji, szefowie rządów odsłonili zatem pozory demokracji, siłę państwa, bardzo polityczną naturę ekonomii i antyspołeczne inklinacje ich ogólnej strategii. Gałąź, na której siedzieli, okazała się bardzo krucha, co poświadcza niestabilność wyborcza, która przetasowuje karty polityczne. Od 2014 r. większość wyborów przeprowadzanych na Zachodzie sygnalizuje rozkład czy słabnięcie tradycyjnych sił i symetrycznie wzlot osobistości lub nurtów, które, wczoraj marginalne, dziś kontestują dominujące instytucje, często z przeciwstawnych powodów, na podobieństwo Trumpa i Bernie Sandersa – jeden i drugi byli pogromcami Wall Street i mediów.

Z tym samym scenariuszem mamy do czynienia po drugiej stronie Atlantyku, gdzie nowi konserwatyści uważają konstrukcję europejską za zbyt liberalną pod względem społecznym i migracyjnym, a tymczasem nowe głosy lewicowe, takie jak Podemos w Hiszpanii, Francja Nieuległa czy Jeremy Corbyn na czele Partii Pracy w Wielkiej Brytanii krytykują jej politykę zaciskania pasa.

„Silni ludzie” mogą liczyć na poparcie odłamu klas panujących, ponieważ nie zamierzają wywrócić stołu, a jedynie wymienić graczy. 26 lipca 2014 r. w Rumunii Orbán jasno postawił sprawę w głośnym przemówieniu. „Nowe państwo, które budujemy na Węgrzech, jest państwem nieliberalnym.” Wbrew jednak temu, co odtąd wałkują wielkie media, jego cele nie sprowadzały się do odrzucenia wielokulturowości, „społeczeństwa otwartego” i promocji wartości rodzinnych i chrześcijańskich. Ogłosił on również projekt gospodarczy, polegający na „budowie narodu współzawodniczącego w wielkich zawodach światowych, które odbędą się w nadchodzących dziesięcioleciach.”

„Doszliśmy do wniosku”, mówił, „że demokracja niekoniecznie musi być liberalna i że to nie jest tak, iż państwo, które przestaje być liberalne, przestaje być demokracją.” Węgierski premier, powołując się na przykłady Chin, Turcji i Singapuru, odesłał w sumie do nadawcy hasło Margaret Thatcher „nie ma żadnej alternatywy”. Oświadczył: „Społeczeństwa, które za podstawę mają demokrację liberalną, prawdopodobnie będą niezdolne do utrzymania swojej konkurencyjności w nadchodzących dziesięcioleciach.” [14]. Takie postawienie sprawy podoba się pewnym przywódcom polskim i czeskim, jak również francuskim i niemieckim partiom skrajnie prawicowym.

Krucha „pierwsza linia obrony”

W obliczu widocznego sukcesu swoich rywali myślicielom liberalnym ubyło pychy i blichtru. „Kontrrewolucję zasila polaryzacja polityki wewnętrznej, w której miejsce kompromisu zajmuje antagonizm i na celowniku ma ona rewolucję liberalną oraz zdobycze mniejszości”, martwi się Michael Ignatieff, rektor Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie – instytucji stworzonej z inicjatywy liberalnego miliardera George’a Sorosa. „Jest jasne, że krótki okres dominacji społeczeństwa otwartego dobiegł końca.” [15] W jego oczach autorytarni politycy atakujący państwo prawne, równowagę władz, wolność mediów prywatnych i prawa mniejszości atakują podstawowe filary demokracji.

Brytyjski tygodnik Economist, który odgrywa rolę biuletynu informacyjnego światowych elit liberalnych, współbrzmi z taką wizją. Kiedy 16 czerwca br. przeraził się „alarmującym podupadaniem demokracji po kryzysie finansowym lat 2007-2008″, nie wspomniał ani o kolosalnych nierównościach społecznych, ani o zniszczeniach przemysłowych miejsc pracy przez wolny handel, ani o nieposzanowaniu woli wyborców przez polityków-„demokratów”, lecz wystąpił przeciwko „silnym ludziom, [którzy] podkopują demokrację”. Ma nadzieję, że wobec nich „pierwszą linię obrony stanowią niezależni sędziowie i hałaśliwi dziennikarze”. Kusa to i krucha tama.

Klasy wyższe od dawna czerpały korzyści z gry wyborczej dzięki trzem zbieżnym czynnikom: narastającej absencji klas ludowych, „użytecznemu głosowaniu” wynikającemu z odrazy, jaka wzbudzały „ekstremy”, i pretensji centralnych partii do reprezentowania połączonych interesów burżuazji i klas średnich. Lecz reakcyjni demagodzy mobilizują teraz tych, którzy głosowali; Wielka Recesja nadwątliła klasy średnie, a arbitraże polityczne „umiarkowanych” i ich znakomitych doradców wywołały kryzys stulecia.

Do rozgoryczenia ogarniającego amatorów społeczeństw otwartych dochodzi względne rozczarowanie utopią nowych technologii. Przedsiębiorcy-demokraci z Doliny Krzemowej, wczoraj celebrowani jako prorocy cywilizacji liberalno-wolnościowej, skonstruowali tak potężną machinę nadzoru i kontroli społecznej, że rząd chiński imituje ją w celu utrzymania porządku.

„Niepowodzenie oświeconej mniejszości”

Załamują się nadzieje na światową agorę napędzaną przez powszechną połączalność, ku przerażeniu tych, którzy w swoim czasie najbardziej się nią entuzjazmowali. „Technologia, z powodu manipulacji, na które pozwala, z powodu fake news, ale jeszcze bardziej dlatego, że bardziej pobudza emocję niż rozum, dodatkowo umacnia cyników i dyktatorów”, szlocha pewien publicysta [16].

Zbliża się trzydziesta rocznica upadku Muru Berlińskiego i heroldowie „wolnego świata” obawiają się, że jej świętowanie będzie przebiegało w ponurej atmosferze. „Przechodzenie do demokracji liberalnej było w bardzo dużej mierze pilotowane przez oświeconą, bardzo prozachodnią elitę”, przyznaje Fukuyama. Niestety, mniej wykształconych populacji „nigdy nie uwiódł liberalizm, nie uwiodła ich myśl, że może być społeczeństwo wielorasowe, wieloetniczne, w którym tradycyjne wartości zatrą się w obliczu gejowskiego małżeństwa, imigracji itd.” [17] Kto i co jednak ponosi odpowiedzialność za to niepowodzenie oświeconej mniejszości? Indolencja tych wszystkich młodych mieszczan, którzy – irytuje się Fukuyama – „zadowalają się siedzeniem u siebie, cieszą się swoją tolerancją, swoim brakiem fanatyzmu (…) i nie mobilizują się przeciwko wrogowi inaczej niż siedząc na tarasie kawiarni z mojito w ręce.” [18]

Faktycznie, to nie wystarczy… Ani przeczesywanie mediów czy zalewanie sieci społecznościowych pełnymi oburzenia komentarzami przeznaczonymi dla równie oburzonych zawsze tym samym „przyjaciół”. Zrozumiał to Obama. 17 lipca br. przedstawił szczegółową, często trzeźwą analizę minionych dziesięcioleci. Nie mógł jednak powstrzymać się od pozostania przy idée fixe, którą ma lewica neoliberalna, odkąd przyjęła model kapitalistyczny. Krótko mówiąc, jak Trumpowi powiedział w Davos 24 stycznia br. były centrolewicowy premier Włoch Paolo Gentiloni, „można skorygować ramy, lecz nie można ich zmienić”.

„Kapitalizm inkluzywny”

Globalizacji, przyznaje Obama, towarzyszyły błędy i chciwość. Osłabiła siłę związków zawodowych. „Pozwoliła kapitałowi unikać podatków i obchodzić prawo dzięki transferom miliardów dolarów, których można było dokonywać po prostu naciskając klawisz komputerowy.” Zgoda, lecz jakie jest z tego wyjście? „Kapitalizm inkluzywny”, oświecony moralnością humanistyczną kapitalistów. Tylko takie utykanie na drewnianej nodze pozwoli, zdaniem Obamy, skorygować niektóre wady systemu, bo przecież i tak w magazynie nie ma nic innego pod ręką, a poza tym to dla niego samego całkiem niezłe wyjście.

Były prezydent amerykański nie neguje faktu, że kryzys 2008 r. i złe odpowiedzi, jakich mu udzielono (i jakich on sam im udzielił) sprzyjały ekspansji „polityki strachu, resentymentu i zamykania się w sobie”, „popularności silnych ludzi”, popularności „chińskiego modelu autorytarnej kontroli, który uznano za lepszy od demokracji postrzeganej jako bezładna”. Odpowiedzialność za to przypisuje on jednak „populistom”, którzy wyzyskują poczucie braku bezpieczeństwa i grożą światu powrotem do „dawnego, niebezpieczniejszego i brutalniejszego ładu”. Po drodze oszczędza elity społeczne i umysłowe, do których sam należy i które stworzyły warunki do kryzysu – oraz często z niego korzystają.

O nową siłę polityczną

Taka panorama ma dla tych elit wiele zalet. Po pierwsze powtarzanie, że grozi nam dyktatura, pozwala wierzyć, że panuje demokracja, choć wymaga ona pewnych pomniejszych poprawek. Przede wszystkim jednak myśl Obamy (czy identyczna myśl Macrona), że „dwie bardzo różne wizje przyszłości ludzkości rywalizują o serca i umysły obywateli całego świata”, pozwala ukryć to, co w tych „dwóch wizjach” jest wspólne – ni mniej, ni więcej, tylko sposób produkcji i system własności lub, mówiąc słowami byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, „nieproporcjonalny wpływ ekonomiczny, polityczny, medialny tych, co na samej górze”. Pod tym względem nic bowiem nie różni Macrona od Trumpa, o czym świadczy choćby pośpiech, z jakim po objęciu władzy obaj obniżyli opodatkowanie dochodów kapitałowych.

Uporczywe sprowadzanie życia politycznego w nadchodzących dziesięcioleciach do starcia między demokracją a populizmem, otwarciem a suwerenizmem nie przyniesie żadnej ulgi tej coraz większej części kategorii klas ludowych, które są rozczarowane do nie liczącej się z nimi „demokracji” i do lewicy przekształconej w partię dyplomowanej burżuazji. Dziesięć lat po wybuchu kryzysu finansowego zwycięska walka z „brutalnym i niebezpiecznym ładem”, który wyrasta na horyzoncie, wymaga czegoś innego. Przede wszystkim rozwoju siły politycznej zdolnej jednocześnie do walki z „oświeconymi technokratami” i „rozwścieczonymi miliarderami” [19], a zatem odrzucającej rolę siły wspierającej jeden z tych dwóch bloków, które, każdy na swój sposób, zagrażają ludzkości.

tłum. Zbigniew M. Kowalewski


[1] F. Fukuyama, „Retour sur «La Fin de l’histoire?»”, Commentaire nr 161, 2018.

[2] W. Galston, „Wage Stagnation is Everyone’s Problem”, The Wall Street Journal, 14 sierpnia 2018 r. O zniszczeniach miejsc pracy spowodowanych przez globalizację zob. D. Acemog0lu et al., „Import Competition and the Great US Employment Sag of the 2000s”, Journal of Labor Economics t. 34 nr S1, 2016.

[3] B. Davis, D. Chinni, „America’s Factory Towns, Once Solidly Blue, Are Now a GOP Haven” oraz B. Davis, J. Hilsenrath, „How the China Shock, Deep and Swift, Spurred the Rise of Trump”, The Wall Street Journal,odpowiednio 19 lipca 2018 r. i 11 sierpnia 2016 r.

[4] Cyt. za A. Tooze, Crashed: How a Decade of Financial Crises Changed the World, Nowy Jork, Penguin Books 2018.

[5] J. Lanchester, „After the Fall”, London Review of Books t. 40 nr 13, 2018.

[6] J. Dion, „Les marchés contre les peuples”, Marianne, 1 czerwca 2018 r.

[7] Y. Varoufakis, Adults in the Room. My Battle Against Europe’s Deep Establishment, Londyn, The Bodley Head 2017.

[8] P. Moscovici, Dans ce clair-obscur surgissent les monstres. Choses vues au cśur du pouvoir, Paryż, Plon 2018.

[9] Zob. F. Lordon, „Le jour oů Wall Street est devenu socialiste”, Le Monde diplomatique, październik 2008 r.

[10] „Jean-Claude Trichet: «Nous sommes encore dans une situation dangereuse»”, Le Monde, 14 września 2013 r.

[11] A. Tooze, op. cit.

[12] D. Hinshaw, M. Walker, „In Orbán’s Hungary, a Glimpse of Europe’s Demise”, The Wall Street Journal, 9 sierpnia 2018 r.

[13] Zob. P. Bourdieu, L. Wacquant, „La nouvelle vulgate planétaire”, Le Monde diplomatique, maj 2000 r.

[14] „Prime Minister Viktor Orbán’s Speech at the 25th Bálványos Summer Free University and Student Camp”, 30 lipca 2014 r., http://2010-2015.miniszterelnok.hu.

[15] M. Ignatieff, S. Roch (red.), Rethinking Open Society: New Adversaries and New Opportunities, Budapeszt, CEU Press 2018.

[16] É. Le Boucher, „Le salut par l’éthique, la démocratie, l’Europe”, L’Opinion, 9 lipca 2018 r.

[17] Cyt. Za M. Steinberger, „George Soros Bet Big on Liberal Democracy. Now He Fears He Is Losing”, The New York Times Magazine, 17 lipca 2018 r.

[18] „F. Fukuyama: «Il y a un risque de défaite de la démocratie»”, Le Figaro Magazine, 6 kwietnia 2018 r.

[19] Formuła Thomasa Franka.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry