Liberalizacja i głód

Od kilku tygodni media donoszą, że świat stanął w obliczu gigantycznej klęski głodu. Wszystko wskazuje na to, że jej rozmiary będą katastrofalne. Jeżeli w „normalnej” sytuacji co roku na świecie przybywa 4 miliony głodujących, to przewiduje się, że w tym roku liczba głodnych zwiększy się o 100 milionów (obecnie jest ich 840 mln). O ile zwiększy się liczba ofiar głodu, skoro wedle umiarkowanych szacunków „normalnie” codziennie umiera z tego powodu ok. 25 tysięcy osób?

Liczby są przerażające, ale niemniej straszne są komentarze, które towarzyszą narastającej katastrofie. Wśród kakofonii dobrych rad, które eksperci i ekonomiści podsuwają rządom i konsumentom przekazów medialnych, na czoło przebija się postulat zniesienia subwencji dla produkcji rolnej. Usunięcie dopłat, którymi cieszą się przede wszystkim rolnicy z bogatej Północy planety miałoby przyczynić się do podniesienia konkurencyjności produkcji rolnej na Południu, a w konsekwencji napełnić portfele i brzuchy. Mało kto zwraca uwagę, że brzmi to zupełnie jak w postanowieniach tzw. rundy z Doha Światowej Organizacji Handlu (WTO): oto prawdziwie wolny rynek miałby ocalić głodujące ludy Południa. Czy aby na pewno rozwiązanie jest takie proste?

Zacznijmy od początku. Wbrew temu co się mówi i pisze, obecna katastrofa głodowa spowodowana jest nie tyle drożyzną na światowych rynkach artykułów spożywczych (choć skokowy wzrost cen jest oczywiście faktem), ile wymu- szonymi przez politykę neoliberalną niskimi płacami na Południu. To brak pieniędzy (czyli inaczej mówiąc taniość siły roboczej), a nie wysokie ceny pozostaje barierą dla realizacji potrzeb żywieniowych w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji. Wzrost cen mógłby być przecież korzystny dla rolników w Trzecim Świecie. Oznacza on odwrócenie tendencji spadkowej w tej sferze gospodarki, która w drugiej połowie XX wieku pociągnęła za sobą pięciokrotną redukcję cen realnych. Spadek cen, który pogłębił się w konsekwencji liberalizacji handlu i zamrożenia wzrostu płac (narzucanych przez WTO, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy oraz rządy państw G8) pogorszył rentowność rolnictwa na Południu i przyczynił się do pauperyzacji rzesz chłopów. Dlatego właśnie dziś wepchnięta w biedę wiejska ludność Południa nie jest w stanie skorzystać z dobrej koniunktury na jej produkty. Chłopi zrujnowani liberalizacjami i niskimi cenami opuścili wieś w poszukiwaniu lepszego życia w miastach… i zasilili gigantyczne slumsy, padając ofiarą bezrobocia, niepewności, przemocy i beznadziei. Na liberalizacjach skorzystali tylko ci, którzy produkowali na masową skalę, i opłacało im się sprzedawać jak najtaniej: nowocześni farmerzy z krajów bogatych wspierani przez swoje rządy oraz wielkie korporacje działające w branży rolnej i sektorze biotechnologii. Dziś to oni korzystają na zwyżkach cen. Skorzystali także gracze giełdowi, którzy w chwili krachu na rynkach hipotecznych w USA i ogólnego kryzysu finansowego przerzucili się na pszenicę, co było jednym z głównych czynników wzrostu cen zbóż.

Sytuacja ta ma jednak także głębsze korzenie. Obecna klęska objawiła z całą jaskrawością wagę tego, co egipsko-francuski ekonomista Samir Amin nazywa nową kwestią rolną [1]. W pierwszej dekadzie XXI wieku światowe rolnictwo wciąż obejmuje połowę populacji planety (ok. 3 mld ludzi). Zaledwie kilkadziesiąt milionów z tej masy to nowocześni rolnicy, dysponujący maszynami, technologią, wielko- obszarowymi gospodarstwami i zdolnością do konkurowania na rynkach global- nych. Przepaść między nimi a masami chłopów z Południa, którzy są pozbawieni dostępu do owoców postępu i „zielonej rewolucji”, wzrosła do gigantycznych rozmiarów. Jeżeli jeszcze w 1940 r. różnica w poziomie produktywności między rolnictwem farmerskim na Północy a gospodarką chłopską Południa wynosiła 10 do 1 to obecnie wynosi ona 2000 do 1. W takich warunkach zniesienie subwencji na Północy nie ma większego znaczenia dla Południa. Olbrzymia asymetria nie tylko nie zniknie, ale utrwali się, a nierówności ulegną pogłębieniu. Bezpośrednia konku- rencja, o której marzą zwolennicy rundy WTO z Doha prowadzić może tylko do usunięcia resztek barier chroniących świat przed ustanowieniem całkowitego monopolu najbogatszych farmerów i korporacji biotechnologicznych. Pozbawiony dopłat francuski czy amerykański właściciel kilkudziesięciu czy kilku tysięcy hekta- rów może i straci coś ze swego dotychczasowego zysku, ale Afrykanin uprawia- jący hektar czy dwa za pomocą sochy i siły ludzkich mięśni straci wszystko. Taka globalna konkurencja to wyrok dla 3 mld ludzi. Nawet gdyby stał się cud i gospo- darka światowa zaczęła się nagle rozwijać w tempie 7% rocznie, miasta i poza- rolnicze sektory produkcji nie będą w stanie wchłonąć tej masy nawet w ciągu następnych 50 lat. W takiej perspektywie powtarzanie mantry o modernizacji i urbanizacji, które same wszystko załatwią jest zdecydowanie nie na miejscu.

Związek kryzysu żywnościowego z utowarowieniem produkcji rolnej, liberalizacją światowych rynków i kryzysem finansowym ma jedną dobrą stronę – wskazuje na drogi wyjścia z obecnej sytuacji. Dziś widać bardzo wyraźnie potrzebę walki o suwerenność żywnościową krajów Południa. Aby ją odbudować potrzeba zer- wania z aplikowaniem zasad liberalnego fundamentalizmu w rolnictwie i koniecz- ność powrotu do różnych form subwencjonowania produkcji żywności. Trzeba skończyć z traktowaniem żywności jak towaru i nadać jej status równy innym zasobom naturalnym o strategicznym znaczeniu dla przetrwania, i autentycznego rozwoju społeczeństw.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top