Lewica nie na czasie

Jest niemal pewne, że wybory potwierdzą hegemonię prawicy na polskiej scenie politycznej. Niezależnie od tego czy LiD otrzyma w nich 6 czy 16% głosów nie bę-dzie to sukces lewicy. W tej sytuacji warto zastanowić się nad przyszłością tej formacji. Polska socjaldemokracja głównego nurtu pragnie uchodzić za nowoczesną lewicę XXI wieku. Kampania przedwyborcza prowadzona przez SLD w ramach LiD była kolejnym potwierdzeniem tego stanu rzeczy. Liderzy ugrupowania prawie nigdy nie zapominali o dodaniu przymiotnika „nowoczesny” do swego politycznego samo-określenia.

Zarazem jednak możemy zauważyć coś przeciwnego. Deklarująca nowoczesność centrolewica dała świadectwo swej zadziwiającej archaiczności. Nie chodzi tylko o to, że na czele SLD znów zobaczyliśmy tych samych liderów, którzy przewodzili postkomunistycznej lewicy w ciągu minionych 18 lat. Rzecz jasna warto zauważyć, że dominacja „starych” jest główną przyczyną trwałości peerelowskiego kaca, każącego poszukiwać uwiarygodnienia u kombatantów demokratycznej opozycji z dawnej Unii Wolności, którzy nie są wiarygodni dla większości polskiego społeczeństwa. Ważniejsze jest jednak coś innego. Wytrenowani w obronie zdobyczy okrągłego stołu i zalet porozumienia ponad podziałami, SLD-owcy najwyraźniej nie nadążają za zmianami, nie potrafią sprostać nowym wyzwaniom. Bardzo znaczące, że Aleksander Kwaśniewski, którego specjaliści od wizerunku uczynili ongiś autorem hasła „wybierzmy przyszłość” podczas tej kampanii mówił niemal cały czas o osiągnięciach przeszłości.

Tymczasem hasła, które były nowe 18 lat temu są niemal niezrozumiałe dla ludzi, którzy uzyskali prawa wyborcze w XXI wieku. Dla młodych polskich wyborców punktami odniesienia nie są ostatnie lata PRL, „powrót do Europy” czy kwestia dekomunizacji, ale półtorej dekady rynkowego fundamentalizmu, masowe bezrobocie, alienacja sceny politycznej, utrata poczucia bezpieczeństwa, nowa emigracja…

Polskim socjaldemokratom umknęły ostatnie lata. Zachowują się tak jakby od roku 1989 nic się na świecie nie zmieniło. Tak jakby nie było kryzysu w Azji i Rosji, załamania hegemonii neoliberalizmu w wyniku demonstracji w Seattle i Genui, deficytów w USA, wojen prewencyjnych prezydenta Busha, klęski blaire’owskiej trzeciej drogi i lewicowej fali w Ameryce Łacińskiej. Nie zauważyli głębokich zmian, jakich doświadczyło społeczeństwo polskie. W 1989 r. 15% Polaków żyło poniżej minimum socjalnego, w roku 2003 było to już czterokrotnie więcej. Jednocześnie na mniej niż 5% najbogatszych przypada ponad 50% konsumpcji społecznej. W warunkach takiej polaryzacji powtarzanie śpiewki o ponadklasowym społeczeństwie obywatelskim, którą tak uwielbiała opozycyjna inteligencja pod koniec lat 80. jest świadectwem oderwania od rzeczywistości. Uciekanie od dramatycznie narastających antagonizmów w mdły konsensualizm to nawet coś znacznie gorszego. W gruncie rzeczy postawa ta oznacza milczący udział w antagonizmach, tyle że po stronie uprzywilejowanej mniejszości. Sytuacji nie zmienia mantra o wrażliwości społecznej i pomocy najsłabszym. To tylko wygodna, bo nic nie kosztująca wymówka.

SLD w dalszym ciągu jest ślepa na to, że tradycyjne wskaźniki ekonomiczne tracą na znaczeniu w obliczu ofensywy neoliberalizmu. Obecnie wzrost PKB czy spadek bezrobocia nie muszą już opisywać rzeczywistej kondycji społeczeństwa. Trzymanie się ich, to po prostu ukrywanie prawdziwych problemów, którymi stały się odwrócenie strumieni redystrybucji PKB pod naciskiem i na korzyść dominujących sektorów kapitału finansowego oraz destabilizacja stosunków pracy, która sprawia, że samo jej posiadanie przestaje być gwarancją dostępu do owoców wypracowywanego przez społeczeństwo wzrostu.

Destabilizacja stosunków pracy stanowi bez wątpienia jedno z najdonioślejszych zjawisk we współczesnym kapitalizmie. Społeczeństwo polskie należy do najbardziej dotkniętych tą plagą w Europie. Ponad 23% polskich pracowników zatrudnionych jest na czas określony. Oznacza to, że mniej zarabiają, pracują w gorszych warunkach, nie mają podstawowych praw pracowniczych. Niestety wyzwanie, które stanowi destabilizacja pracy nie znajduje żadnej odpowiedzi po lewej stronie sceny politycznej.

Pora zapytać, kto zmieni ten stan rzeczy i przywróci polską socjaldemokrację teraźniejszości? Nadzieje budzi nowa intelektualna lewica, której już udało się złamać prawicowy monopol ideologiczny. To bardzo dużo. Niestety pod wieloma względami jest ona jeszcze starsza niż SLD. W swej masie tkwi w filozoficznym postmodernizmie rodem z lat 80. co sprawia, że jest prawdziwą opozycją jej królewskiej mości dla polskiej prawicy. Często robi dokładnie to, co chcieliby jej przeciwnicy: oddaje walkowerem kwestie społeczne i daje się zapędzić do elitarno-akademickiego getta. Postmodernistyczna starość nowej lewicy jest równie niebezpieczna jak archaiczna nowoczesność SLD.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top