Lekcje z amerykańskich wyborów i polskich świąt

Archaiczny i w istocie niedemokratyczny system wyborczy w USA po raz kolejny zadziałał na korzyść prawicy. Donald Trump wygrał wybory, mimo że dostał o ponad dwa miliony głosów mniej niż Hillary Clinton. Warto o tym pamiętać, gdy znowu usłyszymy o wzorcowej amerykańskiej demokracji, która ma prawo pouczać cały świat. Lekcji z amerykańskich wyborów jest zresztą więcej.

Najważniejsza to ta, że nie było w nich lepszego i gorszego wyboru – oba były gorsze. Hillary Clinton uosabiała wszystkie aberracje amerykańskiej klasy politycznej na czele z jej alienacją, arogancją, strukturalną korupcją, imperialnym militaryzmem i hipokryzją. I właściwie tylko to ostatnie różniło ją od Trumpa. Nowy prezydent elekt jest bowiem prawdziwą, nieuszminkowaną twarzą amerykańskiego establiszmentu. To, co demokraci ukrywają pod poprawną retoryką – a zatem walkę z imigrantami, przemoc policji i dyskryminację Czarnych – Trump jawnie głosi. Czy to przejście od czynów do czynów popartych słowami jest czymś bezprecedensowym w najnowszej historii jedynego supermocarstwa? Pamiętajmy, że 8-letnie rządy George’a W. Busha ustawiły wysoko poprzeczkę szaleństwa. Dwie przegrane wojny, zniszczenie Nowego Orleanu –kilkumilionowego miasta w sercu USA – i największy od 1929 r. globalny kryzys finansowy, to bilans, którego nawet Trumpowi może nie udać się przeskoczyć. Ale z drugiej strony warto pamiętać, że w obecnej sytuacji międzynarodowej nawet połowa katastrof Busha może wepchnąć świat w nie lada kłopoty.

Nie łudźmy się jednak, że Clinton byłaby lepsza. W końcu Trump swoje zwycięstwo zawdzięcza w wielkiej mierze Demokratom. Zrobili wszystko, by utrącić jedynego kandydata, który mógł z nim wygrać. Grzechem Berniego Sundersa było przecież, że zagrażał tym samym interesom, które reprezentuje dziś Trump. Po raz kolejny przekonujemy się, że liberalna alternatywa dla skrajnej prawicy jest fikcją.

To nieprawda, że prawicowa fala jest jedyną konsekwencją kryzysu i że nie ma dla niej alternatywy. Po pierwsze w odpowiedzi na kryzys podniosła się fala lewicowa i demokratyczna. Wystarczy się nieco rozejrzeć, by dostrzec jej manifestacje. Milionowe wystąpienia indignados, ruch Occupy, zwycięstwa Syrizy w Grecji, błyskawiczny rozwój hiszpańskiego Podemos, lewicowy zwrot brytyjskich laburzystów pod wodzą Jeremy Corbyna, rewolucja Berniego Sandersa w USA, mobilizacje przeciw TTIP oraz CETA, paryskie nuit deputs, wielkie poruszenie obywateli Europy Środkowej niosących pomoc uchodźcom, wreszcie polski Czarny Protest to doprawdy nie są świadectwa marazmu, bierności i upadku. Mamy zatem całkiem pokaźną ilość alternatyw dla skrajnej prawicy. Jeżeli mimo wszystko ta ostatnia podnosi łeb, to nie dlatego, że lewica jest słaba, wyczerpana i pozbawiona pomysłów, ale dlatego, że lewica ma potężnych wrogów. Zwalczające ją korporacje, finansjera, kapitaliści, media, znaczna część tzw. klas średnich, Kościół, sektor bezpieczeństwa narodowego, to jest „grupa trzymająca” realną władzę. I to jej opór sprawia, że lewica ma znacznie trudniej niż faszyści. Ci drudzy mogą liczyć na pobłażanie, a nawet przychylność sił zarządzających kapitalizmem, bo przecież nigdy i nigdzie nie byli dla nich jakimkolwiek realnym zagrożeniem.

Po zdeptaniu Syrizy przez Trojkę, wsparciu UE dla prawicy hiszpańskiej, by nie dopuścić do zwycięstwa wyborczego Podemos, buncie blairystów przeciw Corbynowi w brytyjskiej Partii Pracy, widać, że dla neoliberałów prawdziwym wrogiem nie jest faszyzm, ale demokratyczna lewica. I to ich łączy z Trumpem. Prezydent Trump jest kropką nad „i” zachowawczej reakcji euroatlantyckich klas politycznych i ośrodków władzy ekonomicznej na kompromitację polityk neoliberalnych w wyniku kryzysu 2008 r. To cena za niezdolność do wyciągnięcia wniosków z kryzysu kapitalizmu. Problem oczywiście w tym, że to nie elity, ale my, zwykli obywatele, będziemy tę cenę płacić.

Ciężki wysiłek burżuazyjnych elit, by zdusić w zarodku lewicowe alternatywy dla rozpadającej się hegemonii neoliberalizmu utorował drogę do powrotu Republikanów do władzy. To dzięki nim dziś amerykańska prawica cieszy się przewagą porównywalną z pozycją PiS w Polsce.

I właśnie na Polskę warto spojrzeć zastanawiając się, czy w tej sytuacji liberałowie są zdolni pójść po rozum do głowy. Odpowiedź poznaliśmy przy okazji Dnia Niepodległości, gdy lider KOD – ruchu deklarującego obronę zdobyczy liberalizmu politycznego – umieścił w panteonie swych bohaterów carskiego kolaboranta, antysemitę i wielbiciela Hitlera Romana Dmowskiego, zdystansował się od antyfaszyzmu i zgłosił akces do wspólnego marszu z najprawdziwszymi faszystami.

Doprawdy trudno o lepszy dowód, że tylko siły konsekwentnie lewicowe są w stanie zaoferować alternatywę dla skrajnej prawicy i tylko one konsekwentnie bronią zdobyczy demokracji. Nie znaczy to oczywiście, że lewica po obu stronach Atlantyku jest całkiem bez winy. Wystarczy posłuchać niektórych jej polskich przedstawicieli kompromitujących się poszukiwaniami klasowego buntu na Marszu Niepodległości, aby zrozumieć, że tak nie jest. A jednak doświadczenia ostatnich lat uczą, że poza lewicą nie ma zbawienia. Przy takiej opozycji jak Cl

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry