Ku socjalnemu państwu bezprawia

Bardzo lubię Roberta Biedronia i Adriana Zandberga. Cenię ich inteligencję, poglądy, humor i refleks polityczny. Jednak nie będę na nich głosował, bo sytuacja polityczna jest zbyt poważna. Poza Inicjatywą Polska żadna partia czy organizacja lewicowa nie wyciągnęły wniosku po klęsce wyborczej 2015 r., kiedy to po raz pierwszy w historii w polskim parlamencie zabrakło przedstawicieli lewicy. Sam się do tego przyczyniłem głosując na Razem, czego zresztą dziś żałuję.

Słuchając Biedronia czy Zandberga mam wrażenie, że obaj panowie biorą udział w kampanii wyborczej sprzed 2015 r., albo jeszcze lepiej – sprzed 2005 r., kiedy PiS po raz pierwszy doszedł do władzy i po dwóch latach (co było dla mnie zaskoczeniem) oddał władzę, godząc się na przedterminowe wybory. Otóż moi drodzy, teraz PiS władzy nie odda, a wy sprawiacie wrażenie jakby nie było Was w kraju w ciągu ostatnich trzech lat. Dla Was nic się nie zmieniło – wciąż mówicie o przełamaniu duopolu PO – PiS i dotarciu do wyborców rozczarowanych obiema partiami.

A to jest właśnie to, o co chodzi PiSowi. Aby powstawało jak najwięcej bytów politycznych głoszących takie hasła, bo daje to złudzenie państwa demokratycznego, w którym każdy może startować w wyborach i teoretycznie je wygrać, oraz – co najważniejsze – wzmacnia to PiS i jego przekonanie, że nie ma z kim przegrać.

Bo wybory w państwie niedemokratycznym, gdzie Trybunał Konstytucyjny, KRS, sądy i Sąd Najwyższy podporządkowane są ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu w jednym – stają się wydarzeniem drugorzędnym.

No, chyba że PiS te wybory przegra, ale na to się niestety nie zanosi i opozycja ma w tym swój ogromny udział. Pamiętacie 1989 r. kiedy „drużyna Lecha” (nie Kaczyńskiego) pokonała PZPR? Jeśli życzymy sobie teraz odsunięcia od władzy spadkobiercy ONR, jakim jest PiS, to może tego dokonać tylko wspólna lista opozycji. I to tylko teraz, w tych nadchodzących trzech wyborach, bo potem będzie już pozamiatane. Przykłady Węgier, Turcji i Rosji pokazują aż nadto wyraźnie, że w państwach, w których wszystkie instrumenty władzy wykonawczej i sądowniczej są w rękach jednej partii wygranie wyborów przez opozycję graniczy z cudem.

Zdaje sobie z tego zapewne sprawę Rafał Woś, enfant terrible lewicowej publicystyki, nawołujący do sojuszu z PiS-em w imię „demokratycznego socjalizmu”. Tyle tylko, że jest to dokładne powielanie wzorów znanych z PRL-u – Stronnictwa Demokratycznego czy ZSL-u – a współcześnie ustawianie się w roli partii Kukiz’15 albo koalicyjnych partyjek w Rosji czy Turcji, całkowicie zależnych od rządzącego hegemona.

Startując osobno w wyborach, SLD, PSL, Razem i in. grają w meczu ustawionym przez Jarosława Kaczyńskiego. Jemu pierwszemu udało się zjednoczyć polską nacjonalistyczną prawicę i uczynić z niej siłę zdolną do przeprowadzania naprawdę rewolucyjnych zmian w państwie. To PiS, a nie Razem (nie mam Facebooka, więc nie wiem co ta partia teraz robi) udowodniło, że „inna polityka jest możliwa”, tylko chyba nie o to nam chodziło, prawda?

Zresztą może jestem w błędzie. Może polskiej lewicy naprawdę imponują prospołeczne programy partii rządzącej, spadające bezrobocie i wzrost płac, i za większego wroga uważają PO i Nowoczesną? Wiele na to wskazuje. To dziecięca choroba antyliberalizmu, na której PiS będzie wygrywał kolejne wybory. Głównym problemem Polski i lawinowo rosnącej liczby państw europejskich i pozaeuropejskich jest dziś wybór nie pomiędzy lewicą a prawicą, a pomiędzy liberalnym państwem prawa a autorytaryzmem, zwanym nieliberalną demokracją. To pierwsze nie znosi konfliktów klasowych, wyzysku i niesprawiedliwości, ale w jego ramach możliwa jest i artykulacja interesów klas podporządkowanych, i swoboda działalności opozycyjnej, naukowej, publicystycznej i artystycznej. Mało? Mało. Ale w tym drugim jesteśmy tego pozbawieni.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry