Kto zagraża Europie?

Wyobraźmy sobie taki nagłówek: Kraje arabskie zamykają granice przed obywatelami UE. Powód? Już ponad 3 tys. Europejczyków przybyło do Syrii i Iraku, by walczyć w szeregach Organizacji Państwa Islamskiego. Sieją terror i zniszczenie, grabiąc, mordując, gwałcąc muzułmanki i muzułmanów. W Bejrucie, Aleppo, Mosulu czy Ammanie Europejczyk stał się synonimem terrorysty. Oczywiście zamknięcie granic to ponury żart, ale reszta dzieje się naprawdę.

Jedyny szlak, którym podróżują dziś dżihadyści prowadzi z Francji, Holandii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii na Bliski Wschód. W odwrotną stronę uciekają ofiary dżihadyzmu OPI i terroru władz w Damaszku, Bagdadzie oraz Ankarze. Jest ich znacznie więcej niż przed rokiem, gdy w całej UE zarejestrowano 860 tys. uchodźców, ale nieporównanie mniej niż znalazło schronienie w Libanie, Jordanii, Iranie i Turcji. Ludzie uciekający przed straszliwą wojną w Syrii i ofensywą OPI w Iraku od trzech lat tkwią w obozach małych i biednych krajów Bliskiego Wschodu. Bez wsparcia ze strony UE czy USA Jordania i Liban nie są w stanie dłużej ponosić ciężarów wynikających z obecności na ich terytorium odpowiednio 700 tys. i 1,5 mln uchodźców (Iran przyjął ich niemal milion, a Turcja prawie 2 mln). Wobec 5 mln uchodźców, którzy utkwili na Bliskim Wschodzie te kilkaset tysięcy, które próbuje dotrzeć do Europy, to naprawdę niewiele. Sumy potrzebne na ich utrzymanie są mikroskopijne, szczególnie jeśli porównać je z bilionami euro wyrzuconymi na ratowanie prywatnych banków otwarcie szkodzących społeczeństwom UE nie tylko dlatego, że wywołały kryzys, ale też dlatego, że na co dzień karmią się cięciami wydatków publicznych, obniżkami płac, prywatyzacjami i prekaryzacją pracy.

Unia mogłaby bez problemu i z korzyścią dla siebie otworzyć granice przed kilkoma milionami ludzi. Od lat ekonomiści i demografowie przekonują, że potrzebują tego jej rynki pracy, fiskus i systemy emerytalne. Dlaczego UE tego nie robi? Dlaczego zamiast zamanifestować wierność zasadom, o których tak chętnie poucza innych, Komisja Europejska wpadła na pomysł ustanowienia kwot uchodźców, czyli inaczej przyznała sobie prawo do orzekania ilu tonących w Morzu Śródziemnym zasłużyło na nasz ratunek, a ilu odmówimy pomocy skazując tym samym na śmierć?

Problem nie leży w wielkości rzekomej fali uchodźców, ani w eksploatowanych różnicach kulturowych, ale w głębokim kryzysie samej Unii. Dotyczy on zarówno konsekwencji polityki bliskowschodniej krajów UE i zarządzania kryzysem na jej terytorium.

Przypomnijmy z jaką niechęcią Zachód powitał Arabską Wiosnę 2011 r. Znacznie więcej entuzjazmu wywołały w nim okazje do interwencji zbrojnych – najpierw w Afganistanie i Iraku, potem w Libii, Mali a wreszcie w Syrii i znowu w Iraku. Europa jest przekonana, że może bezkarnie wzniecać i podsycać konflikty na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Dotyczy to nie tylko Francji, która w ostatnich latach nie przegapiła żadnej okazji do wysłania swoich wojsk za granicę czy Wielkiej Brytanii wiernie giermkującej Waszyngtonowi. Także Polska klasa polityczna z własnej i nieprzymuszonej woli włączyła się do tej brudnej wojennej gry, przekonana że zadawanie cierpień ludziom żyjących o tysiące kilometrów od naszych granic ujdzie jej na sucho, a w zamian może łatwo wśliznąć się w łaski Wielkiego Brata oraz zasłużyć na zniesienie wiz dla rodaków chętnych do zarobkowej migracji za ocean.

Problem w tym, że wywołane przez nas wojny produkują nie tylko martwych, ale też uchodźców.

Europa stała się polem prawdziwej cywilizacyjnej wojny. Ale uchodźcy nie mają z nią nic wspólnego. To wojna między Europą kapitału a Europą socjalną, między Europą imperialną a Europą praw człowieka, między Europą zysku a Europą solidarności, między Festung Europa a Europą otwartą, między Europą dyktatury Trojki a Europą demokratycznego samostanowienia ludów. Front tej wojny biegnie dziś w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, a także na granicach, na których stoją uciekinierzy z po części europejskich wojen w Libii i Syrii, Mali i Somalii, Iraku i Afganistanie.

Dziś już nie ma wątpliwości, że neoliberalne ośrodki władzy takie jak Trojka stosują wobec społeczeństw Europy takie same metody, jakie od dekad narzucają na globalnym Południu. Neoliberalny kapitalizm od lat 80. XX w. niszczący gospodarki Afryki w imię spłaty długów dziś robi to samo na peryferiach eurostrefy.

Europejski kryzys gospodarczy ukazał klęskę polityk neoliberalnych, ale Unijne zarządzanie nim polega na utrącaniu wszelkich demokratycznych i socjalnych alternatyw dla zaciskania pasa. Co więcej, przekierowuje wywołany własną polityką gniew społeczny na rzekomych „innych” by szczuć na siebie swoje ofiary z różnych krajów. Nieprzypadkowo dzisiejszy hejt wobec uchodźców bardzo przypomina niedawny wybuch rasizmu wobec Greków. Nie pierwszy to raz w historii, gdy kapitał poświęca demokrację i w imię zysków toruje drogę skrajnej prawicy.

Tak jak nie da się oddzielić kapitalizmu od imperializmu, tak nie da się uwolnić Europy od gorsetu neoliberalizmu hołdując zarazem antyimigranckiej fobii. Dając się podjudzać przeciw ofiarom podsycanych przez Zachód wojen odwracamy uwagę od naszych wspólnych katów – wielkiego kapitału i graczy geopolitycznych. Sianie nienawiści do uchodźców służy umocnieniu władzy tych, którzy w imię partykularnych korzyści odbierają dziś suwerenność ludom Starego Kontynentu. Gdy w interesie wielkich korporacji demontuje się prawa społeczne, osłony socjalne, usługi publiczne i demokrację, wszyscy powoli stajemy się uchodźcami. Czy naprawdę bliżej nam do publicystów straszących „innymi”, lobbystów przemysłu zbrojeniowego i naftowego, biurokratów potajemnie szykujących nową dyktaturę w ramach Partnerstwa Transatlantyckiego i pasożytniczej finansjery niż do uchodźców z Syrii? To raczej ci pierwsi są przedstawicielami innej, prawdziwie nam wrogiej „cywilizacji”.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry