Kat zamiast prawdy

Koniec ubiegłego roku przyniósł wiadomości o śmierci dwóch krwawych dyktatorów. Najpierw przyszedł koniec na Augusto Pinocheta, potem na Saddama Husajna. Los obu tyranów wskazuje na pewne podobieństwa, ale jeszcze bardziej znaczące są różnice. Szczególnie dotyczy to sposobu, w jaki zeszli ze sceny historycznej. Porównanie ich mówi nie tylko o naturze współczesnej dyktatury, ale przede wszystkim o tych, którzy uzurpują sobie miano społeczności międzynarodowej, świata demokratycznego albo po prostu cywilizacji zachodniej.

Przypomnijmy, że Pinochet umierał w otoczeniu rodziny i swoich popleczników, ciesząc się do końca praktyczną bezkarnością i pełnią praw (patrz artykuł Luisa Sepúlvedy na stronie 3 niniejszego wydania Le Monde diplomatique), a jego polscy entuzjaści w rodzaju marszałka sejmu Marka Jurka nie muszą się nikomu tłumaczyć. Zupełnie inaczej stało się z Saddamem, który został pokonany w wojnie, upokorzony podczas aresztowania i stracony na oczach całego świata. Jeden ze współczesnych mistrzów tortur i masowych represji został osądzony, a drugi sprawiedliwości uniknął. A przecież obaj przez długie, zimnowojenne lata byli pupilami przywódców tzw. wolnego świata. Cieszyli się czymś więcej niż tylko sympatią i uznaniem lokatorów Białego Domu. Jeden czerpał z tego korzyści do końca życia, drugi w pewnym momencie popadł w niełaskę. Oto ponury paradoks i kolejna propozycja do niekończącej się listy podwójnych standardów, które stosuje amerykańska polityka zagraniczna.

Doprawdy trudno oprzeć się wrażeniu, że sposób w jaki osądzono, skazano i stracono irackiego tyrana nie był przypadkowy. Trybunał przed którym odbywał się proces nie gwarantował bezstronności. Codzienna przemoc okupacji, tajemnicza śmierć dwóch obrońców, tempo w jakim sąd apelacyjny odrzucił pozew i wykonanie wyroku zaledwie cztery dni potem stwarzają nieodparte wrażenie, że komuś bardzo zależało na tym, aby Saddam nie odpowiedział za inne, znacznie poważniejsze zbrodnie. Bo przecież ominął go proces o najbardziej osławioną z nich – dokonanie masakry w kurdyjskim mieście Halabdża, gdzie zagazowano tysiące cywilów. Być może chodziło zatem o to, aby oskarżony nie powiedział zbyt wiele. O czym? Może o swoich protektorach, przyjaciołach, czyli mówiąc bez ogródek – o wspólnikach.

Saddam Husajn przez całe dekady cieszył się tolerancją Waszyngtonu. Było tak już, gdy jego partia Baas dokonywała zamachu stanu skierowanego przeciw republikańskim rządom w Bagdadzie (1963). Później, po przejęciu władzy w 1979 r., gdy niszczył dziedzictwo rewolucji irackiej roku 1958, Saddam nie musiał się przejmować amerykańskim umiłowaniem praw człowieka. Waszyngtonowi nie przeszkadzało, gdy reżim basistowski masakrował najpotężniejszy na Bliskim Wschodzie ruch komunistyczny, niszczył związki zawodowe i dławił prawa pracownicze. Na otwartą przyjaźń USA dyktator zasłużył, gdy jego wojska najechały na pogrążony w rewolucyjnej gorączce Iran, który – podczas rządów zainstalowanego przez siebie Szacha – Amerykanie wspierali…przeciw Irakowi. Przez następne 8 lat Saddam otrzymywał wielomiliardowe kredyty, nowoczesny sprzęt wojskowy i cały wachlarz usług wywiadowczych.

W 1982 r. mszcząc się za nieudany zamach na życie Saddama jego siepacze zmasakrowali 148 szyitów we wsi Dżubail. Właśnie za tę zbrodnię dyktator zawisł na stryczku. Kilkanaście miesięcy później specjalny wysłannik prezydenta Ronalda Reagana Donald Rumsfeld ściskał się z dyktatorem i jego ministrem spraw zagranicznych Tarikiem Azizem w Bagdadzie. Nie skończyło się na przyjaznych gestach. W 1984 r. administracja Reagana dostarczyła reżimowym naukowcom irackim ponad dwa tuziny próbek wirusowych i biologicznych wąglika, dżumy i jadu kiełbasianego. W roku 1986 słynny dziennikarz Bob Woodword ujawnił, że CIA pomagała Irakijczykom namierzać irańskie cele do ataków z zastosowaniem iperytu.

W marcu 1988 r. w Halabdży wyprodukowane w USA i dostarczone Saddamowi w ramach „kontraktów na sprzęt rolniczy” śmigłowce użyły broni chemicznej. Cztery miesiące później amerykański , powiązany z republikanami, gigant budowlany Bechtel został wybrany przez władze w Bagdadzie do budowy wielkiej fabryki chemicznej. Z kolei w październiku 1989 r. prezydent Bush senior podpisał dyrektywę ws. bezpieczeństwa narodowego, określającą dobre stosunki z Bagdadem jako służące amerykańskim interesom i stabilizacji w regionie.

W pewnym momencie jednak wszystko się popsuło. Saddam nie wyczuł intencji Waszyngtonu i najechał na Kuwejt. To, co było dobre w roku 1980, okazało się pogwałceniem prawa międzynarodowego w 1990. Błąd kosztował życie 150 tys. ludzi podczas wojny w Zatoce i prawie milion w wyniku barbarzyńskich sankcji nałożonych na Irak przez ONZ pod naciskiem USA. Iraccy cywile płacą w dalszym ciągu.

Dziś w okupowanym i pogrążonym w kolejnej wojnie Iraku nie ma już Saddama, jest natomiast jego dawny faworyt, koncern Bechtel. Budowlana korporacja, podobnie jak jej naftowe siostry w rodzaju Halliburtona czy BP, znowu inkasuje zyski z publicznej kasy zdruzgotanego wojnami kraju. I ten fakt najlepiej tłumaczy stawkę, o którą toczy się gra. Z Saddamem czy bez niego.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry