Imperium wolności i jego tarcza

Pod koniec zeszłego roku ukazała się w Polsce książka Artura Domosławskiego Ameryka zbuntowana – jedna z najlepszych książek o USA ostatnich lat. Le Monde diplomatique edycja polska był jej patronem medialnym, drukowaliśmy nawet dwie rozmowy z tego tomu, jednak wydarzenia ostatnich tygodni – podpisanie umowy ze Stanami Zjednoczonymi na instalację w Polsce elementów tarczy antyrakietowej – są dobrym pretekstem, aby wrócić do tej publikacji i przypomnieć parę podstawowych faktów, które umknęły uwadze rodzimym specom od „imperium wolności” do nieprzytomności podnieconych faktem, iż w końcu i nasz kraj dostąpił zaszczytu goszczenia na swym terytorium amerykańskiej wyrzutni rakiet.

Ameryka zbuntowana to 17 rozmów z najwybitniejszymi przedstawicielami amerykańskiego mainstreamu intelektualnego – m.in. z Noamem Chomskym, Benjaminem Barberem, Josephem E. Stiglitzem, Richardem Rortym, Tony Judtem, Loikiem Wacquantem czy Howardem Zinnem. Rozmowy te, podobnie jak znane w Polsce filmy Michaela Moore’a, ukazują Amerykę w zupełnie odmiennym świetle niż nam to przedstawiają najwybitniejsi polscy znawcy tematu z Tomaszem Lisem i Bartoszem Węglarczykiem na czele.

„Nie ma świętości Zachodu, których by nie pogwałcono w kampanii polityczno-militarnej, nazwanej przez rząd Stanów Zjednoczonych wojną z terroryzmem. Porwania, tortury, więzienie bez sądu, skrytobójstwa… Podsłuchy, tajne rewizje, zatrzymania na podstawie pochodzenia lub wyznania… Jednostronne zawieszenie konwencji nakazujących traktować humanitarnie więźniów wojennych… Czy trzeba wyliczać dalej?” (s. 7) – pyta retorycznie najwybitniejszy żyjący językoznawca i pisarz polityczny Noam Chomsky. I stawia bulwersującą dla polskich elit politycznych i dziennikarskich tezę, iż „Stany Zjednoczone i Wielka Brytania są czołowymi państwami terrorystycznymi w świetle definicji uznawanych przez władze obu krajów”. (s. 17) Bowiem według definicji amerykańskiej armii terroryzm to „rozmyślne zastosowanie siły lub groźby użycia siły w celu osiągnięcia celów politycznych, religijnych lub ideologicznych poprzez zastraszanie lub przymus”, zaś rząd brytyjski nazywa terroryzmem „działanie lub groźbę działania, agresywnego i szkodliwego, które ma na celu wywarcie wpływu na rząd, zastraszenie społeczeństwa oraz wsparcie jakiegoś politycznego, religijnego lub ideologicznego projektu”. (s. 17)

Nikogo nie trzeba więc przekonywać, iż to, co obecnie (a także w przeszłości) wyprawiają USA i Wielka Brytania na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej wypełnia co do joty obie ich własne definicje terroryzmu. Dlaczego więc media tzw. wolnego świata w większości popierają te działania? Aby odpowiedzieć na to pytanie Chomsky odwołuje się tu do usuniętego przez cenzurę brytyjską wstępu Orwella do Folwarku zwierzęcego, w którym napisał on, iż w wolnej Anglii „niepopularne idee mogą być zakazane bez odwoływania się do siły”. Jak? Ano dwojako – raz, że prasa jest w rękach ludzi zamożnych niezainteresowanych upowszechnianiem pewnych myśli, i dwa – że wpływa na to charakter edukacji.

„Niech pan spyta swoich kolegów z amerykańskich mediów” – proponuje Chomsky Domosławskiemu – „czy przyszło im na myśl, że najeżdżając na Irak, Stany Zjednoczone popełniły zbrodnię – jedną z tych, za które naziści zawiśli w Norymberdze. Nie pomyślą też, że Stany Zjednoczone są jednym z głównych państw terrorystycznych, nawet jeśli zostały potępione przez innych członków Rady Bezpieczeństwa za terroryzm. To kwestia typu edukacji, to ona kształtuje takie postawy i myślenie. Przypominają się czasy komunizmu w Europie Wschodniej. Weźmy partię komunistyczną w Polsce: iluż tam było uczciwych ludzi, którzy naprawdę wierzyli w to, co mówią, i do głowy im nie przychodziło zakwestionowanie podstaw oficjalnego sposobu myślenia.” (s. 31)

I dodaje: „Pewien mój przyjaciel, który dorastał w komunistycznych Węgrzech, powiedział kiedyś: – Dorastałem w kraju, w którym każdy rozumiał, że większość z tego, co mówi rząd, jest nieprawdą. – To zabawne – ja na to. – Dorastaliśmy chyba w tym samym kraju.” (s. 48)

O prostytucji dziennikarzy amerykańskich, którym niepotrzebna jest cenzura aby pisać i mówić to, czego oczekują rząd i właściciele mediów (konstatacja jak ulał pasująca do polskich kolegów po piórze, kamerze i mikrofonie) opowiada Domosławskiemu znany pisarz i publicysta Jonathan Schell:

„Reklamodawcy mogą uznać, że dana gazeta lub telewizja to trefne miejsce, niestwarzające dobrego klimatu dla reklamowania się. Po 11 września doszedł jeszcze jeden istotny element: duża część opinii publicznej poparła prezydenta, więc krytyka oznaczałaby pójście pod prąd opinii. Dla dziennikarza mogło to oznaczać: utratę pozycji zawodowej, ostracyzm, wrogość czytelników, pominięcie przy awansie, a w rezultacie zahamowanie kariery. Niech pan zauważy, jak wielu dziennikarzy uważa za swoisty obowiązek dokopywanie Noamowi Chomsky’emu. (…) gotowość dziennikarzy do bezinteresownego atakowania go o czymś mówi.” (s. 93) I dalej: „W czasie trwania wojny irackiej rozmawiałem z wysoko postawionym redaktorem tygodnika Time. Powiedział mi, że widać gołym okiem, jak administracja Busha fałszuje informacje, przekręca je – dosłownie jedna za drugą. Ale przecież – mówił ów redaktor – nie możemy pisać w każdym artykule, że kłamią. Prawda byłaby po prostu nie do przyjęcia. Dlaczego? Bo Time wypadłby z głównego nurtu i zostałby ukarany na różne sposoby. Redaktorzy pisma nie mieli odwagi publikować całej prawdy, którą znali. I co postanowili? Że będą publikować połowę tego, co mieli.” (s. 94).

A co z misją głoszenia prawdy, dziennikarskim posłannictwem, niezależnością intelektualną? Politolog i historyk Tony Judt nie pozostawia nam w tej kwestii żadnych złudzeń: „Intelektualiści [w rozumieniu XX-wiecznym] byli ludźmi ekonomicznie niezależnymi, żyjącymi jedynie z pisania. Takich ludzi już prawie nie ma. Wszyscy jesteśmy zmuszeni mieć posady w uniwersytetach, uczyć, bo inaczej nie bylibyśmy w stanie się utrzymać. Niezależni intelektualiści są dziś zwykle na uczelniach i nie mają wpływu na publiczną debatę ani na kierunki prowadzonej przez Amerykę polityki. Z kolei intelektualiści biorący udział w politycznej grze, których teksty czytamy często w prasie, skupiają się w think tankach. Wpływ na politykę ma dziś jedynie ten drugi rodzaj intelektualistów.” (s. 193)

Z bogatej książki Domosławskiego ukazującej nie tylko obecne oblicze Stanów Zjednoczonych, ale i ich historię społeczną wybrałem do niniejszego omówienia jedynie te wątki, które powinny znaleźć się w sztambuchu polskich polityków i dziennikarzy plotących dziś androny o bezpieczeństwie Polski pod tarczą USA. Pytanie, czy robią to dla osobistych korzyści, ze strachu, czy też z przekonania wydaje mi się w tym miejscu nieistotne.

Stefan Zgliczyński


Artur Domosławski, Ameryka zbuntowana. Siedemnaście dialogów o ciemnych stro- nach imperium wolności, Świat Książki, Warszawa 2007.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry