Głowa (nie) od parady

Dawno nie było takiej czaderskiej imprezy. Stare hiciory i oldskulowe klimaty, niesamowici ludzie, gadżety i kabriolety. Wszędzie queerowe bańki, piłka plażowa, tęczowe włosy. Pływaliśmy w tym sosie i tańczyliśmy po ulicach. Paradowaliśmy.

Mój bardzo zasadniczy przyjaciel, człowiek poważny, krzywił się jednak na beztroski nastrój i nie przypadło mu do smaku to, co inni uczestnicy Parady Równości poczytywali za niewątpliwą zaletę. Nie było trucia – jakby powiedzieli paradowicze. Zabrakło rzeczywistego programu politycznego – jakby to ujął mój zasadniczy przyjaciel. Na pozór nic nie znacząca rozbieżność. O gustach się nie dyskutuje. Sęk w tym, że polityczna balanga i język politycznej powagi nie chcą się spotkać w pół drogi.

Mój zasadniczy przyjaciel nie bez pewnej słuszności zauważył, że połowa uczestników parady „jutro bez mrugnięcia okiem zagłosuje na PO i nie zobaczy w tym nic niestosownego”. Nawet jeśli odrobinkę przesadził, rzeczywiście wielu manifestantom brakuje najpewniej tego, co w starym, komunistycznym żargonie lat 30-tych określaliśmy jako „wyrobienie polityczne”. Tylko czy przydługa i wybuchowa połajanka w stylu Ikonowicza cokolwiek by zmieniła? Albo expos, na które mógłby się zdobyć Wojciech Olejniczak? Czy gdyby nawet sami organizatorzy zdecydowali się na kwieciste oracje, polityka w Polsce wyglądałaby inaczej? Czy gdyby pompatycznie odwoływali się do wolności, gromili karygodne wystąpienia rodziny Giertychów, przedstawili pięciopunktowy program naprawy Rzeczpospolitej i wezwali pożal się Boże opozycję do działania, bylibyśmy na właściwej drodze?

W idealnym świecie mojego zasadniczego przyjaciela polityka polega na budowaniu jasnych i wyrazistych ofert-programów, a racjonalny i jasno rozpoznający własną sytuację obywatel-konsument wybiera albo tworzy takie możliwości, które istotnie odpowiadają jego potrzebom i położeniu. W takim świecie pracownicy sfery budżetowej nie kochaliby całym sercem ekonomicznych neoliberałów, bezrobotni nie popieraliby cięć w budżecie, mniejszości seksualne trzymałyby się z dala od konserwatystów, a liberałowie nie biegliby w te pędy z propozycjami współpracy do „ludzi honoru”, którzy skądinąd są twardogłowymi fundamentalistami religijnymi. Wydawałoby się, że mój zasadniczy przyjaciel żąda w zasadzie niewiele: jako takiego racjonalnego rozpoznania własnych interesów i sensownego działania politycznego, ale – jak mawiała stara niania – życie takie nie jest.

Wystarczy przyjrzeć się pierwszym z brzegu przykładom z dziejów najnowszych. Kwaśniewski, który przez całe życie marzył, żeby pokochała go Unia Wolności, wbrew swemu politycznemu interesowi wyłaził ze skóry, chcąc zasłużyć na miano prawdziwego chadeka. A to zastrzegł, że zawetuje liberalizację ustawy antyaborcyjnej, a to nie poparł macierzystej partii i wybrał niezbyt wyrazisty, za to całkowicie pozbawiony znaczenia politycznego LiD. Dlaczego? Bo urzekł go wizerunek, atrakcyjny wzór, śliczny obrazek odpowiedzialnego, kulturalnego i wyważonego inteligenta z dobrym rodowodem. Atrakcyjności obrazów i wzorów mój zasadniczy i racjonalny przyjaciel zwyczajnie nie docenia. Zapomina, że w hipisowską torebkę można opakować produkt religijny z logo „Arka Noego”. Można się przebrać w kostium powstańca warszawskiego, dodać mu antykomunistyczną czapeczkę i sprzedać społeczeństwo autorytarne, jak to zrobili bracia Kaczyńscy.

My na paradzie też kusiliśmy atrakcyjnym wizerunkiem: jesteśmy na luzie, pogodni, przyjaźni, nie zacietrzewiamy się, jesteśmy kulerscy. Sympatyczni, normalni i z klasą. Uśmiechamy się, nie krzyczymy i nie przynudzamy. Bawimy się, ruszyliśmy na wielką majówkę. Parada była po prostu sexy.

Wszystko to świetnie, uwodzimy, czarujemy, jesteśmy cudowni. Czy jednak nie powtórzymy sukcesu Unii Wolności, która znalazła się, delikatnie mówiąc, nieco z boku głównego nurtu? I tu pora przyznać trochę racji memu zasadniczemu przyjacielowi. Czy po paradzie pozostanie jakiś ślad? Coś oprócz poczucia dobrze wypełnionego obywatelskiego obowiązku, z którego jednak niewiele wynika? Bo jakie też będą dalsze losy ruchów liberalnych, kiedy parada przełoży się na realia? Jeszcze jeden pochód za rok i to wszystko? Może i dobrze, że dajemy o sobie znać, ale ograniczanie się do powiedzenia „halo, jesteśmy tutaj!”, to jednak żałośnie mało. W każdym razie nie wystarczy na to, żeby wygrać całą kampanię. Pomysł „bycia sexy” jest z pewnością znakomity, ale tylko wtedy, jeśli możemy się pochwalić strategią, która tej atrakcyjności użyje. Do parady potrzebujemy głowy.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry