Dekady polskiego kryzysu

W walce przeciw kryzysowi rząd sięga do arsenału swych krytyków. Nie rezygnuje jednak ze swoich priorytetów. Jego wymuszony (pseudo)keynesizm jest neoliberalizmem realizowanym innymi środkami.

Trudno nie powitać z zadowoleniem pragmatycznych działań ministra Rostowskiego zmierzających do dalszego ograniczenia przymusowego opodatkowania pracowników na rzecz prywatnych Otwartych Funduszy Emerytalnych. O uzasadnienie słuszności pomysłów rządu w tej kwestii zadbały zresztą same OFE. Obrona ich dalszego istnienia stała się prawie niemożliwa po tym jak zarządy Funduszy zaproponowały ograniczenie okresu wypłat emerytur do… 10 lat.

Słuszność pomysłów Rostowskiego potwierdziły też gwałtowne reakcje ze strony rzeczników prywatyzacji systemu emerytalnego. Ich histeria daje nam zresztą dodatkową korzyść. Otóż kampania obrony OFE pozwala uświadomić sobie skalę powiązań kapitałowych między dużymi mediami a prywatnymi funduszami emerytalnymi. Głosy pojawiające się w Gazecie Wyborczej w 40% należącej do jednego z OFE, czy w biznesowym radiu PIN, powiązanym z Polsatem posiadającym własny OFE, dokładnie odzwierciedlają kierunek finansowej zależności tzw. czwartej władzy.

O ile jednak wyzwanie rzucone interesom OFE budzi sympatię, to nie należy ulegać mylnemu wrażeniu, że ekipa premiera Tuska odeszła tym samym od pełnionej przez siebie roli reprezentanta partykularnych interesów kapitału. Zamknięcie kurka z pieniędzmi dla OFE ma pomóc przede wszystkim bilansowi budżetu państwa, a nie przyszłym emerytom. OFE walnie przyczyniają się do wzrostu długu publicznego i tylko dlatego narusza się ich interesy. Zważywszy jednak, że poziom zadłużenia publicznego jest w Polsce bardzo niski, cała operacja ministra Rostowskiego okazuje się dmuchaniem na zimne, mającym zadowolić neoliberalnych zwolenników równoważenia budżetu. Aby ocalić ofiary prywatyzacji systemu emerytalnego, czyli przyszłych emerytów, nie wystarczy reformowanie obecnego modelu. Trzeba by odbudowy systemu opartego na solidarności międzypokoleniowej. O tym zaś nie ma mowy.

Pozór socjalnych skłonności rządu rozwiewa się już zupełnie jeśli spór o OFE zestawimy z niedawno opublikowanymi danymi o wzroście polskich wydatków zbrojeniowych. Zamiast cięć i zaciskania pasa rząd chce zwiększyć wydatki na obronę w tym roku o niemal 7%, czyli w sumie do 31 mld zł. Do roku 2020 r. na zbrojenia ma pójść dodatkowo 100 mld zł. W zeszłym roku obronność kosztowała nasz kraj ponad 1,9% PKB – to jeden z najwyższych odsetków w całej Unii Europejskiej. Średnia unijna wynosi 1,61% PKB.

Nawet jeśli inwestycje zbrojeniowe (podobnie jak ograniczenie transferów do OFE) są sposobem na ratowanie gospodarki w kryzysie, to zwykle ratują one jedynie zyski wielkich firm, a nie płace i prawa pracowników. Nawet jeśli w ten sposób można zachować miejsca pracy to dzieje się to niemal zawsze kosztem pogorszenia ich jakości i odebrania pracownikom części ich praw. Dokładnie do tego zaś sprowadzają się różne działania, pakty i plany antykryzysowe testowane w naszym kraju od 2008 r. Wszystkie one mają ratować miejsca pracy przez pauperyzację pracowników.

Stabilność budżetu państwa nie musi być zbieżna z zaspokajaniem potrzeb społecznych, podobnie jak dynamika PKB nie oznacza automatycznie poprawy ekonomicznej kondycji obywateli. Aby działania antykryzysowe zyskały wymiar społeczny potrzeba społecznej presji. Tymczasem osobliwość polskiej sceny publicznej polega na deficycie konfliktu społecznego i wynikającego stąd oddolnego nacisku na władze.

Nie chodzi tylko o słabość polskich organizacji pracowniczych, czego najlepszym dowodem jest programowa kompromitacja Platformy Oburzonych żądającej zmian w ordynacji wyborczej, które będą promowały znienawidzoną przez jej uczestników Platformę Obywatelską. Mobilizacji społecznej w krajach takich jak Grecja czy Portugalia sprzyja gwałtowność z jaką spadł na nie kryzys. Ostry spadek poziomu życia i wyciąganie miliardów z kieszeni obywateli, by ratować banki, były niczym przyspieszony kurs działania kapitalizmu bez socjalnego znieczulenia. To przyczyniło się do równie ostrych i powszechnych protestów. W Polsce sprawa ma się zupełnie inaczej. Kryzys nie uderzył w naszym kraju gwałtownie, bo w gruncie rzeczy trwa od ponad dwóch dekad. Jako taki nie tylko nie sprzyja mobilizacji buntu, ale przeciwnie, ma niszczące skutki dla solidarności pracowników i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Po prostu przygnieceni realiami pełzającej depresji przyzwyczailiśmy się do dwucyfrowego bezrobocia, niskich płac, marnego wzrostu, destabilizacji pracy, przywilejów dla kapitału i samobójczej konkurencji między spauperyzowanymi pracownikami. Bilans pierwszych 13 lat polskiego kapitalizmu to 59% populacji kraju poniżej minimum socjalnego. Po roku 2000 antypracownicza polityka była punktem stałym kolejnych rządów od SLD przez PiS do PO. W konsekwencji, w latach 2000-2011 obciążenie PKB kosztami zatrudnienia spadło z – i tak z marnych – 40 do zaledwie 36% i jest jednym z najniższych w UE, dla której średnia wynosi 50% PKB. W tym czasie wydajność pracy w Polsce wzrosła o 44%, natomiast płace tylko o 29%. Nic dziwnego, że stawka godzinowa wynosi u nas 7,1 euro i jest mniejsza niż na Węgrzech, Słowacji czy Estonii, o krajach eurostrefy nie wspominając. Nic dziwnego też, że w ciągu 4 ostatnich lat, gdy w Europie szalał kryzys łączne zyski polskich przedsiębiorstw wzrosły aż o 65%. W tym samym czasie fundusz wynagrodzeń wzrósł o zaledwie 15% [1]. Dane te dobrze pokazują kto finansował rzekomą zieloną wyspę, i że była ona zielona tylko dla kapitalistów.

Ta sama grupa ma dziś zapłacić za neoliberalny keynesizm rządu. I tylko jej zdolność do protestu, której pojedynczą jaskółką był śląski strajk generalny, może tę sytuację zmienić.


[1] Co istotne, ten wzrost zysków nie przekłada się na wzrost inwestycji. Kapitaliści po prostu przejadają pieniądze lub wpuszczają je do systemu finansowego podważając jego stabilność.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry