Czy zdobycze feminizmu mogą zostać utracone?

Kiedy miałam osiemnaście lat, byłam przekonana, że równość między mężczyznami i kobietami jest już faktem – opowiada Maud Gelly, młoda lekarka i działaczka CNDF (Collectif National des Droits des Femmes, Krajowe Zgromadzenie na rzecz Praw Kobiet). – Straciłam złudzenia, gdy któregoś lata pracowałam jako kelnerka i mogłam obserwować za­cho­wa­nie klientów, a także mojego szefa. A gdy w czasie studiów odbywałam praktykę ginekologiczną, byłam wstrząśnięta tym, jak traktowano kobiety, które przychodziły na zabieg przerwania ciąży. Raz na moich oczach lekarz rzucił na stół przed jedną z nich pigułki antykoncepcyjne i powiedział: „Proszę, nich pani mi pokaże, jak należy się tym posługiwać!”.

Taka właśnie jest najczęściej motywacja kobiet zaangażowanych w działalność feministyczną – brutalne uświadomienie sobie rozdźwięku między tym, co społeczeństwo sądzi na własny temat, a tym jakie jest naprawdę. Wygląda na to, że dotychczas dawałyśmy się zwieść pewnemu złudzeniu – które, mimo że we wszystkich innych dziedzinach dawno się już skompromitowało, pozostaje bardzo rozpowszechnione – złudzeniu „sensu Historii” czy też „naturalnej” ewolucji społeczeństw, prowadzącej do coraz większej równości między mężczyznami a kobietami. „Kiedy nie ma regresji w dziedzinie praw kobiet, wydaje się nam, że wszystko w porządku – zauważa Christine Delphy z CNRS (Centre National de Recherches Scientifiques, Krajowy Ośrodek Badań Naukowych). – Tymczasem oznacza to po prostu wyrównanie stosunków sił między obozem postępowym a konserwatywnym”.

Delphy zwraca uwagę na to, w jaki sposób zapisały się w pamięci zbiorowej zwycięstwa wywalczone przez kobiety w Europie zachodniej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (we Francji było to prawo Neuwirth z 1967 r., legalizujące antykoncepcję, i prawo Veil z 1975 r., legalizujące aborcję). „Oglądamy wtedy zawsze fragmenty wystąpienia Simone Veil w Zgromadzeniu Narodowym. Tak samo jak na siedemdziesiątą rocznicę wprowadzenia płatnych urlopów pokazuje się rodziny robotnicze wyjeżdżające na wakacje do Touquet, a nikt nie wspomina ani słowem o ciężkiej walce, jaką trzeba było stoczyć, by to prawo zostało wprowadzone”. A filozofka Elisabeth Badinter, która z zachwytem rozwodzi się nad faktem, że właśnie posłowie płci męskiej przegłosowali to prawo [1], zapomina, że jeśli faktycznie chcemy mówić o mężczyznach, którzy odegrali ważną rolę w tym zwycięstwie, to należy wskazać raczej na lekarzy zaangażowanych w działalność MLAC (Mouvement pour la Liberté de l’Avortement et de la Contraception, Ruch na rzecz Prawa do Aborcji i Antykoncepcji). To oni mieli dość odwagi, by przez półtora roku jawnie wykonywać zabiegi aborcji [2]. A władza, przyparta do muru, nie miała innego wyjścia niż ustąpić, i zrobiła to z najwyższą niechęcią. Simone Veil, ówczesna minister zdrowia, która musiała ścierpieć najohydniejsze ataki, dobrze o tym pamięta.

Wydaje się, że na płaszczyźnie prawodawstwa nie grozi Francji regres, jaki nastąpił w Polsce, gdzie aborcja była dozwolona od 1956 r. i została na nowo zakazana w 1993 r., po upadku władzy komunistycznej, wskutek przywrócenia wpływów kościoła katolickiego [3]. Pewnym optymizmem napawa również zwycięstwo odniesione przez zwolenników prawa do aborcji w portugalskim referendum, które odbyło się 11 lutego tego roku. Tym niemniej tendencja do nasilania się wpływów religijnych [4] jest bardzo wyraźna i fakt ten powinien poważnie zaniepokoić feministki. „Teoria zderzenia cywilizacji zwiększa popularność poglądów tradycjonalistycznych, zarówno chrześcijańskich, jak i muzułmańskich” – zauważa Séverine Auffret, prowadząca seminarium historii idei feministycznych na Uniwersytecie Ludowym w Caen.

„Przy obecnym składzie Parlamentu Europejskiego [5] – mówi Colette de Troy z Europejskiego Lobby Kobiet – a także wobec aktywności niektórych środowisk katolickich, dzisiaj celem nie jest walka o dalszy postęp w dziedzinie równości płci. Trzeba raczej nie dopuścić, by pewne kwestie stały się przedmiotem głosowania – w ten sposób możemy bowiem utracić to, co udało się już osiągnąć”. Gisčle Halimi, adwokatka i przewodnicząca „Choisir – la cause des femmes” („Wybór – sprawa kobiet”) w referendum dotyczącym konstytucji europejskiej zagłosowała na „nie”, gdyż w traktacie konstytucyjnym pośród „wartości” unijnych nie wymieniono równości płci. Ani prawa do aborcji. „Europa, która dokonała tak wielkiego postępu cywilizacyjnego, jakim było zniesienie kary śmierci, powinna również zagwarantować kobietom prawo, które jest podstawą ich wolności” – mówi Halimi.

Jednak przyznanie kobietom tego prawa nie wystarcza, by rozwiać atmosferę występku, jaka towarzyszy kwestii przerywania ciąży. Sytuacja zmieniła się o tyle, że winy kobiety nie upatruje się już raczej w stosunku seksualnym, ale w tym, że nie zastosowała skutecznej antykoncepcji [6]. Swoją drogą we Francji może być mniej niż 200 tys. aborcji rocznie. Dostępność środków antykoncepcyjnych pozostawia jednak wiele do życzenia. Nie są one w wystarczającym stopniu refundowane, a lekarze nie dość dbają o dopasowanie ich do potrzeb pacjentek [7]. Edukacja seksualna jest bardzo pobieżna lub nie ma jej w ogóle. Młode kobiety nie tylko są niedostatecznie poinformowane, ale też rzadko znajdują oparcie w rodzinie, lekarzach czy farmaceutach. Raport parlamentarny mówi, że kobiety „same nie przyznają sobie prawa dostępu do antykoncepcji, gdyż ich seksualność jest represjonowana. A niektóre wobec tak silnego negowania kobiecej seksualności czują się wręcz społecznie bezpłodne”.

Poważną rolę odgrywają nierówności społeczne: „Wśród młodych dziewcząt między 15 a 18 rokiem życia, kształcących się na poziomie ogólnym, 1,8% ma za sobą zabieg aborcji, zaś wśród tych, które kształcą się w profilu zawodowym, w tym samym przedziale wiekowym – 9%” [8]. Niezależnie od tych wszystkich czynników, „pewnej liczby aborcji nie da się uniknąć. Kobiety to nie maszyny, nie można wymagać od nich, by przez trzydzieści pięć lat precyzyjnie kontrolowały swoją płodność” – przypomina Maďté Albagly, sekretarz generalna MFPF (Mouvement Français pour le Planning Familial, Francuski Ruch na rzecz Planowania Rodziny).

Na stan rzeczy, z jakim mamy obecnie do czynienia, składają się z jednej strony sytuacja prawna, a z drugiej – pewna wciąż pokutująca w społeczeństwie wizja kobiety: społeczeństwo pozwala kobietom skorzystać z ich praw, jeśli sobie tego życzą, ale robi to niechętnie, a nawet rzuca im kłody pod nogi. Zabieg przerwania ciąży został włączony do ogólnie dostępnych ginekologicznych usług medycznych, ale korzystanie z niego bywa utrudnione, gdy np. część personelu przebywa akurat na urlopie lub jest wzywana do nagłych przypadków. Ośrodki aborcyjne prowadzone są zazwyczaj przez lekarzy (wywodzących się z MLAC), którzy byli na studiach tuż przed zalegalizowaniem aborcji, a teraz właśnie powoli odchodzą na emeryturę i ich brak coraz bardziej daje się we znaki. W różnych regionach kraju sytuacja przedstawia się rozmaicie. Oczekiwanie na pierwszą wizytę lekarską przedłuża się czasem nawet do trzech tygodni. „W miejsce powszechnie akceptowanej, niezaprzeczalnej i prawnie przyznanej kobietom wolności pojawiło się coś w rodzaju niechętnej tolerancji” – mówi Gisčle Halimi.

Mamy więc do czynienia z pewnym paradoksem. Przed 1975 r. kobiety, które próbowały przerwać ciążę, zmobilizowały wielu lekarzy do walki o określone prawa – musieli oni bowiem na co dzień oglądać, jak przywożono je w stanie krytycznym do szpitali. A dzisiaj, kiedy kobiety nie umierają już wskutek nielegalnych aborcji, lekarze najczęściej nie okazują im zainteresowania. Studenci na praktykach traktują zabieg przerwania ciąży (którego ceny nota bene zostały zrewaloryzowane tylko dwa razy, w 1991 i w 2004 r.) jako „pańszczyznę” oraz uważają za nieinteresujący z medycznego punktu widzenia. „To równie pasjonujące jak przetykanie zatok!” – ironizuje jeden z nich [9].

Ale sedna problemu należy chyba szukać gdzie indziej. „Lekarze są przyzwyczajeni do stawiania diagnozy i przepisywania leczenia – wyjaśnia Maud Gelly, która prowadziła na ten temat badania wśród studentów medycyny [10]. – Tymczasem kobiety, które chcą dokonać aborcji nie tylko nie są chore, ale jeszcze same decydują o tym, czego potrzebują. Domagają się, by lekarze byli do ich usług, a relacja taka bywa trudna do zaakceptowania. Lekarze nie odmawiają kobietom należnego im prawa, ale chcą też w miarę swoich możliwości wyznaczyć jego granice”. Takie nastawienie lekarzy dziwi również Martina Winklera, pisarza i lekarza: „Ostatnio na kursach medycyny ogólnej, w których uczestniczyłem, koledzy chcieli poświęcić jedną sesję „nadużyciom” ze strony pacjentów. Można oczywiście powiedzieć, że zdarzają się pewne oczekiwania ze strony pacjentów, którym lekarze nie są w stanie sprostać, ale jakie mamy prawo mówić o „nadużyciach”?”.

Rzadko zdarzają się takie wypowiedzi jak ta Sophie Gaudu, ginekolożki w szpitalu Saint-Vincent-de-Paul w Paryżu: „Jeśli kobieta chce rodzić – od tego tu jestem. Jeśli chce aborcji – również po to tu jestem. To o niej przede wszystkim myślę w pracy” [11]. Dla większości pracowników służby zdrowia większym powodem do chwały jest medyczne wspomaganie prokreacji niż przerwanie ciąży. „To bardziej prestiżowe jedynie dla tych, którzy wolą opiekować się chorobami niż chorymi!” – oburza się dziennikarka Olivia Benhamou.

Mariana Otero, autorka dokumentu Histoire d’un secret (Historia pewnego sekretu) z 2003 r., który poświęciła swojej matce, malarce Clotilde Vautier zmarłej w 1968 r. w Rennes wskutek nielegalnej aborcji, boi się, że zabieg może być znów uważany za zbrodnię: „Dla wielu osób właśnie z tego powodu przerwanie ciąży jest czymś trudnym. Kobiety, które poddają się aborcji, tak naprawdę cierpią przede wszystkim wskutek kontekstu społecznego, jaki towarzyszy temu zabiegowi. Taka decyzja na przykład pozwala domyślać się sytuacji osobistej kobiety i chęci bądź niechęci posiadania dziecka przez nią i przez partnera”. Do tego kontekstu należy również presja ideologiczna wywierana na kobiety oraz wrogie nastawienie społeczeństwa i lekarzy. Tymczasem Maud Gelly podkreśla, że o ile faktycznie istnieje coś takiego jak depresja poporodowa, która dotyka pewną liczbę kobiet i jest naukowo opisaną jednostką chorobową, o tyle nigdy nie została klinicznie zdefiniowana „depresja poaborcyjna”. „(…) Konsekwencje aborcji dla zdrowia psychicznego i fizycznego kobiety są systematycznie wyolbrzymiane”.

Prawo do aborcji uderza w rozpowszechniony wizerunek kobiety, która „daje życie” (patrz ramka „Kobiety mają rodzić”). „Kobiety nigdy nie mówią o tym, że przerwały ciążę, choć co druga ma za sobą takie doświadczenie” – zauważa Maya Surduts działająca w CNDF i w CADAC (Coordination des Associations pour le Droit ŕ l’Avortement et ŕ la Contraception, Ośrodek Koordynacyjny Organizacji na rzecz Prawa do Aborcji i Antykoncepcji). – To jest temat tabu, nawet wśród feministek!”. To bardzo groźne zjawisko. „Konsekwencją milczenia wokół kwestii aborcji jest brak poważnej refleksji na ten temat – zwraca uwagę Mariana Otero. – W efekcie istnieje ryzyko, że któregoś dnia zabraknie nam argumentów przeciwko tym, którzy walczą z prawem do aborcji”.

Maud Gelly, która pracuje jednocześnie w ośrodku planowania rodziny w Saint-Denis i w centrum przerywania ciąży w Colombes, zauważa: „Kiedy pytamy kobiety, dlaczego przerywają ciążę – choć ja akurat staram się tego pytania nie zadawać – odpowiadają najczęściej, że nie mają warunków, by odpowiednio wychować dziecko. Zaś kiedy mówią o tym z własnej inicjatywy, tłumaczą raczej, że po prostu nie chcą mieć dziecka – dokładnie tak samo jak te, które zostają matkami decydują się na to dlatego, że chcą. Ale kobiety uznały za stosowniejsze usprawiedliwiać tego rodzaju decyzję dobrem nieistniejącego jeszcze dziecka niż dobrem jak najbardziej istniejącej kobiety – swoim własnym”. Jest to hierarchia, którą wielka fala feminizmu jedynie lekko zachwiała, a którą teraz trzeba obalić.

Prawa sobie, a rzeczywistość sobie – wraz z upływem czasu obserwujemy, jak wprowadzone niegdyś ustawy tracą swoją faktyczną treść. To samo dotyczy innego ważnego zwycięstwa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jakim było zdobycie przez kobiety dostępu do pracy zawodowej. W 2005 r. 81,1% kobiet między 25 a 49 rokiem życia było we Francji aktywnych zawodowo (podczas gdy w 1962 r. pracowało tylko 41,5% kobiet) i ten postęp wciąż się dokonuje, w całej Europie [12]. Poza tym Francuzki, które mają średnio po dwoje dzieci, znalazły się na pierwszym miejscu w Europie pod względem dzietności. Nie muszą wybierać między życiem zawodowym i rodzinnym, jak kobiety w niektórych sąsiednich krajach [13].

Gdy spojrzeć na tę sytuację z bliska, okazuje się ona daleka od ideału. Wciąż wyraźnie widać utrzymujące się nierówności między mężczyznami a kobietami, jak również między dwiema różnymi kategoriami kobiet. „Niektóre zawody, takie jak lekarz, adwokat, dziennikarz, w znacznym stopniu się sfeminizowały – zauważa socjolożka Margaret Maruani. – Jednak sam szczyt hierarchii zawodowej okazuje się niewrażliwy na zmiany. To dyskryminacja „wertykalna””. Rozbieżność w wysokości płac zależna tylko i wyłącznie od płci, a nie związana z wiekiem lub wykształceniem, waha się od 5 do 15%. Poza tym aktywność zawodowa kobiet koncentruje się w pewnych tylko dziedzinach – i tu mamy do czynienia z dyskryminacją „horyzontalną”. Około 45% aktywnych zawodowo kobiet pracuje w jednym z dwudziestu spośród 455 zawodów wymienianych w przez Institut National de la Statistique et des Études Économiques (Państwowy Instytut Statystyki i Badań Gospodarczych).

Kobiety stanowią również zdecydowaną większość (80%) zatrudnionych w niepełnym wymiarze czasu. Termin ten używany jest na określenie bardzo różnorodnych zjawisk, ale przede wszystkim służy za listek figowy dla ukrycia częściowego bezrobocia [sous-emploi] [14]. Mówi się, że takie niepełne zatrudnianie jest znakomitym rozwiązaniem problemu, jaki mają kobiety z godzeniem życia rodzinnego i zawodowego. Tak naprawdę jednak „rozwiązanie” to pozwala kobietom, które pracują jako sprzątaczki, robotnice w zakładach przemysłowych, sprzedawczynie czy kasjerki, godzić dyspozycyjność i niskie pensje. We Francji ten typ zatrudniania rozpowszechnił się w latach osiemdziesiątych, choć wówczas przecież kobiety były już od pewnego czasu obecne na rynku pracy i zatrudniane w pełnym wymiarze czasu. O ile w latach siedemdziesiątych praca zawodowa była synonimem niezależności, o tyle teraz sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Finansowa zachęta do zatrudniania na umowy w niepełnym wymiarze czasu pracy zniesiono dopiero w roku 2000. „Należałoby przynajmniej uregulować prawnie tę coraz powszechniejszą tendencję do zatrudniania na niepełny wymiar czasu, na przykład przez obowiązkowe wcześniejsze zatrudnianie tej samej osoby na pełny wymiar” – domaga się Margaret Maruani.

Na razie jednak nie zmierzamy w tym kierunku. Gwenaëlle Perrier, autorka pracy doktorskiej na temat polityki równości kobiet i mężczyzn na rynku zatrudnienia, zwraca uwagę, że plan Borloo wprowadzony w 2005 r., w dziedzinie „usług osobistych” (opieka nad dzieckiem, pomoc domowa) nie przewiduje żadnych metod przeciwdziałania tej pladze ani gwarantowania pracownikom tego sektora powszechnie uznawanych kwalifikacji z odpowiadającym im wynagrodzeniem. Tym samym opieka nad osobami słabszymi (dziećmi, ludźmi starszymi), której nie zapewnia w stopniu wystarczającym szwankująca państwowa opieka społeczna, spada na barki kobiet zajmujących się tym prywatnie i dobrowolnie, albo – w przypadku tych, które znajdują się w najtrudniejszej sytuacji – zajęcie to staje się najniżej usytuowanym w hierarchii społecznej zawodem.

Francja może szczycić się rozwiniętą siecią przedszkoli, ale znalezienie opieki dla dzieci poniżej trzeciego roku życia za przyzwoitą cenę jest bardzo trudne. A zarówno materialny, jak i moralny obowiązek opieki nad dziećmi nadal ciąży na kobietach. Badania socjologiczno-demograficzne przeprowadzone przez Nathalie Bajos oraz Michčle Ferrand [15] pokazują, że powszechny dostęp do środków antykoncepcyjnych ma również pewne nieprzewidziane efekty. Nagminne stało się na przykład przekonanie, że wszystkie urodzone dzieci są chciane i planowane, a w związku z tym większa jest presja wywierana na rodziców, a zwłaszcza na matki, które od tej pory są całkowicie odpowiedzialne za zajście w ciążę. Poza tym, jak twierdzi Michčle Ferrand – „podczas gdy w latach siedemdziesiątych zmierzaliśmy w kierunku zrównania ról męskich i żeńskich w rodzinie, od połowy lat osiemdziesiątych obserwujemy wyraźny powrót psychologizujących teorii na temat specyficznej roli matki”.

Udział mężczyzn w obowiązkach domowych i rodzinnych wzrósł od 29% w 1986 r. do zaledwie 31% w 1998 r. „Można próbować z tym walczyć, prowadząc politykę mającą na celu zrównanie czasu pracy mężczyzn i kobiet, wprowadzenie dzielonych urlopów rodzicielskich i poprawienie jakości publicznej opieki nad dziećmi. Ale to wciąż jeszcze niczego nie gwarantuje” – zauważa wykładowca nauk społecznych Roland Pfefferkorn. „Zawsze mówiłam, że nie ma tu żadnej wewnętrznej dynamiki, sytuacja sama z siebie się nie zmieni i może tak trwać jeszcze dwa tysiące lat” – mówi Christine Delphy, która jako pierwsza zajęła się socjologiczną analizą podziału obowiązków domowych [16].

Matki wciąż muszą sprostać ogromnej liczbie różnorodnych oczekiwań i zadań, których nie da się porównać z tym, czym zajmują się na co dzień ich towarzysze życia. Kiedy im się to uda, chwalą się tym na prawo i lewo, przedstawiając się jako wzór kobiety spełnionej. Inne zaś uznawane są za ofiary własnych błędów i niedociągnięć. „W latach siedemdziesiątych kobiety dzięki wspólnej walce i wspólnym doświadczeniom zdobyły świadomość polityczną – mówi Auffret. – Dziś feministką zostaje się raczej wskutek osobistych przemyśleń”.

Mężczyzna z chwilą pojawienia się dziecka zdobywa większy prestiż – zyskuje status głowy rodziny. Sytuacja kobiety w analogicznej sytuacji zdecydowanie się pogarsza. Również w przypadku rozstania jej sytuacja na rynku zatrudnienia okazuje się zdecydowanie gorsza, a przy tym to ona zazwyczaj musi wziąć na siebie większość obowiązków związanych z wychowaniem dzieci. Według Observatoire des Inégalités (Ośrodek Monitorowania Nierówności) „41,7% samotnych rodziców wychowujących dzieci (dotyczy to przede wszystkim samotnych matek), przed otrzymaniem zasiłków żyje poniżej progu ubóstwa”. Kobiety są także bardziej narażone na bezrobocie oraz na najniższe płace, które nie pozwalają przekroczyć progu ubóstwa – pod tym względem bycie kobietą utrudnia życie bardziej niż bycie imigrantem lub cudzoziemcem [17].

„SDF [18], RMIste [19], handlarz starzyzną… – te trzy wcielenia francuskiej nędzy zmieniły płeć. A odbyło się to w przerażającym milczeniu” – pisze Véronique Mougin w swojej analizie niestabilnej sytuacji zawodowej kobiet [20]. To milczenie jest skutkiem z jednej strony tego, że kobiety uparcie, nawet w najtrudniejszej sytuacji, starają się zachować pozory, a z drugiej strony mentalnego oporu społeczeństwa wobec niewygodnej rzeczywistości. „Są kobiety, które w pełni korzystają z osiągnięć feminizmu. Są też takie, dla których pozostają one martwą literą – pisze autorka. – Dla tych ostatnich na przykład wolny wybór współmałżonka pozostaje kwestią względną. Spotkałam wiele kobiet, które żyją z człowiekiem, który traktuje je brutalnie, mają bowiem do wyboru zostać z nim albo wylądować na bruku. A dyrektor schroniska dla bezdomnych powiedział mi, że najlepszym wyjściem dla kobiet chcących powrócić do społeczeństwa jest ponowne małżeństwo…”.

Przeciwnicy feminizmu zawsze usiłowali zdyskredytować ruch kobiecy uznając go za „burżuazyjny” [21]. Tymczasem kobiety dyskryminowane są jako kobiety, niezależnie od swojej pozycji społecznej. Mimo wszystko jednak jest to oskarżenie, na które feministki wciąż będą narażone, jeśli nie zdecydują się stawić czoła problemom ekonomicznym.


[1] W filmie Davida Teboula, I Ona stworzyła kobietę, France 5, 2006.
[2] Liberté, sexualité, féminisme: 50 ans de combat du Planning pour les droits des femmes, La Découverte, Paryż 2006.
[3] Philippe Rekacewicz, „Le droit à l’avortement dans le monde”, L’Atlas du Monde diplomatique, Armand Colin, Paryż 2006. http://www.monde-diplomatique.fr/car­tes/avor­te­ment
[4] Josette Trat, Entre néoliberalisme et l’odre moral, les féminismes divisées w: Josette Trat, Diane Lamoureux, Roland Pfefferkorn (red.) L’autonomie des femmes en question, L’Hartman, Paryż 2006.
[5] Wybory do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. przyniosły znaczący wzrost sił eurosceptycznej i konserwatywnej prawicy.
[6] We Francji dwie trzecie niechcianych ciąż zdarzają się kobietom, które używają środków antykoncepcyjnych.
[7] Na stronie Martina Wincklera Pour les femmes, la contraception est-elle un simple confort?, 15 stycznia 2005, http://martinwinckler.com/article.php3?id_article=365.
[8] Raport Hélène Mignon na temat propozycji odpowiedniej ustawy dotyczącej antykoncepcji w nagłych przypadkach, Zgromadzenie Narodowe, 26 września 2000.
[9] Olivia Benhamou, Avorter aujourd’hui – Trente ans après la loi Veil, Mille et une nuits, Paryż 2004.
[10] Maud Gelly, Avortement etcontraception dans les études médicales: une formation inadaptée, L’Hartmann, Paryż 2006.
[11] Olivia Benhamou, Avorter aujourd’hui… op. cit.
[12] Margaret Maruani, Travail et emploi des femmes, La Découverte, Paryż 2006.
[13] Jeanne Fagnani, Politiques familiales et participation des femmes au marché du travail en France eyt en Allemagne w: L’autonomie des femmes en question, op. cit, i Michel Verrier, „Allemagne: une panne démographique qui vient de loin”, Le Monde diplomatique, wrzesień 2005.
[14] Margaret Maruani, „Ravages cachés du sous-emploi”, Le Monde diplomatique, czerwiec 2003.
[15] Mathalie Bajos i Michčle Ferrand, Contraception, levier réel ou symbolique ou la symbolique de la domination masculine? w: Sciences sociales et la santé, Paryż, tom 22, nr 3, wrzesień 2004.
[16] Christine Delphy, L’Ennemi principal I – Economie politique du patriarcat, Syllepse, Paryż 2002.
[17] Marina Da Silva, „Quand les femmes des quartiers sortent de l’ombre”, Le Monde diplomatique, wrzesień 2004.
[18] Sans Domicil Fixe – bez stałego miejsca zamieszkania.
[19] RMI (Revenu Minimum d’Insertion, Minimalny Dochód Adaptacyjny) – zasiłek dla osób nie otrzymujących żadnego dochodu ani zasiłku dla bezrobotnych. RMIste – osoba pobierająca taki zasiłek.
[20] Véronique Mougin, Femmes en galère – Enquête sur celles qui vivent avec moins de 600 euros par mois, La Martnière, Paryż 2005.
[21] Christine Bard (red.), Un sičcle d’antiféminisme, wstęp Michelle Perrot, Fayard, Paryż 1999.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top