Czy Grecja uratuje Europę?

W Grecji demokracja wygrała z ekonomiczną dyktaturą Trojki służącej interesom wielkiego kapitału. Pierwsze państwo strefy euro wyłamało się z szeregu posłusznych wykonawców destrukcyjnej polityki cięć i zaciskania pasa, polityki opierającej się na przekonaniu, że najlepszym lekiem na kryzys neoliberalizmu jest jeszcze więcej neoliberalizmu. Grecy nie ulegli utkanej z kłamstw i oszczerstw kampanii zastraszania. Ich wyraźne „nie” daje nadzieję całej Europie. Będzie wielkim wsparciem dla hiszpańskiego Podemos i innych sił dążących do odrzucenia modelu ekonomiczno-politycznego, który doprowadził do finansowego krachu z lat 2007-2009, gwałtownego wzrostu zadłużenia i fal wielkiej recesji w latach późniejszych.

Oczywiście europejski kapitał i jego medialne tuby – od The Economist po Gazetę WyborcząTVN24 – będą pluć i zgrzytać zębami. Możliwe, że Trojka nie zawaha się przed ukaraniem narodu, który zagłosował niewłaściwie. Karne wypchnięcie Grecji ze strefy euro, presja ekonomiczna, a nawet wariant pinochetowski czyli zamach stanu w Atenach wcale nie są opcjami niemożliwymi. Pamiętajmy, że w roku 2011 Trojka obaliła już dwa rządy: grecki i włoski, zastępując premierów z mandatem demokratycznym posłusznymi technokratami z sektora bankowego. Z Syrizą nie pójdzie tak łatwo, ale skala powiązań armii, służb bezpieczeństwa i kapitału w Grecji oraz ich sympatie polityczne przypominają układ, który obalił chilijskiego prezydenta Salvadora Allende w 1973 r. Co więcej, Grecja ma za sobą już jeden taki zamach – ustanowienie dyktatury czarnych pułkowników w 1967 r.

Od 5 lat kolejne rządy greckie posłusznie realizowały zalecenia Trojki. Cięły wydatki publiczne, które jeszcze przed kryzysem należały do najniższych w Europie (na głowę mieszkańca greckie wydatki socjalne stanowiły ledwie trzecią część wydatków socjalnych w Niemczech czy Francji). Obniżały płace, które już przed kryzysem były niskie (półtora raza niższe niż w Niemczech, mimo że po wejściu do strefy euro w Grecji nastąpił znaczny wzrost płac, a w Niemczech ich wzrost zahamowano). Prywatyzowały to wszystko, co jeszcze pozostało do sprywatyzowania. W efekcie stało się to, co musiało się stać: płace spadły o 30%, bezrobocie wzrosło do 27%, liczba ludzi żyjących poniżej lub w okolicach progu ubóstwa sięga 40%, a recesja gospodarcza 25%. To oznacza, że przez 5 długich lat, w imię spłacenia zadłużenia, Grecję skutecznie pozbawiano zdolności spłacenia długu. Gospodarka wepchnięta w recesję najzwyczajniej nie jest do tego zdolna, bo się nie rozwija. Taka gospodarka potrzebuje kolejnych kredytów. Dlatego realizując programy Trojki i przyjmując jej wielomiliardową pomoc idącą natychmiast do kieszeni wierzycieli, Grecja nie uwolniła się ani trochę od ciężaru zadłużenia. Mimo spłaty ok. 250 mld euro dług wzrósł ze 130% PKB w 2010 r. do ponad 170% dziś.

Im dłużej trwały reformy zalecane przez Trojkę, tym bardziej Ateny uzależniały się od wierzycieli. I o to właśnie chodziło Trojce. W przeciwnym razie trzeba by napisać, że panowie Draghi i Schäuble oraz panie Lagarde i Merkel to idioci i idiotki. Wszak wszyscy oni doskonale wiedzą, że najlepszym i w gruncie rzeczy jedynym działającym w praktyce sposobem na zmniejszanie zadłużenia jest rozwój gospodarczy. Mówili im to nawet eksperci MFW – ostatnio zaledwie kilka dni temu. Dlaczego zatem żądali od Greków czegoś przeciwnego? Bo tu nie chodziło o żadne długi, tylko o przetrącenie kręgosłupa rządowi Syrizy i temu wszystkiemu, co on reprezentuje. A zatem o wybicie z głowy Grekom i Europejczykom jakichkolwiek marzeń o innej polityce ekonomicznej, nastawionej nie na zadowolenie finansjery i 1% najbogatszych, ale na wzrost dochodów pracowników, redystrybucję bogactwa między tych, którzy przyczyniają się do jego wytworzenia, finansowanie usług publicznych, inwestycje we wzrost gospodarczy i solidne miejsca pracy. Najlepszym dowodem intencji Trojki było to, że odrzuciła ostatnie propozycje Tsiprasa zmierzające do uszczelnienia i reformy systemu fiskalnego, co mogło przynieść nawet kilkanaście miliardów euro rocznie, upierając się przy cięciach generujących same straty.

Dramat Aten to nie żaden „kryzys grecki”, bo nie ma w nim nic specyficznie greckiego. To po prostu najbardziej ekstremalny objaw kryzysu europejskiego. W Hiszpanii, Włoszech, Portugalii, ale także Francji czy nawet w Niemczech, dzieje się to samo, co w Grecji. Wszędzie doszło do recesji, destabilizacji finansowej i problemów fiskalnych. Wszędzie obniżki podatków od kapitału i najbogatszych doprowadziły do chronicznych deficytów budżetowych, w dłuższej perspektywie przekształcających się w dług publiczny. Wszędzie też finansowanie deficytów na zderegulowanych rynkach papierów dłużnych naraziło państwa na ataki spekulantów z banków inwestycyjnych i funduszy hedgingowych. Wszędzie wreszcie neoliberalna polityka odwróconej redystrybucji doprowadziła do zubożenia klas pracujących, spadku udziału płac w PKB, prekaryzacji i bezrobocia, a co za tym idzie wzrostu zadłużenia prywatnego.

Do tego dochodzą destrukcyjne skutki wprowadzenia euro, które stało się narzędziem budowania monopolu eksportowego Niemiec kosztem niemieckich pracowników oraz partnerów Berlina z Unii Gospodarczej i Walutowej, którzy wobec zwyżki cen ich produkcji, wywołanej przyjęciem wspólnej waluty, pogrążyli się w deficytach obrotów bieżących, a jedynym sposobem na odzyskanie konkurencyjności stała się dewaluacja wewnętrzna, czyli obniżka płac. I tak neoliberalne koło władzy klasowej, cięć i zadłużenia się zamyka.

Grecja odczuła kryzys najmocniej, bo jest najsłabszym ogniwem strefy euro. Z tego samego powodu może być pierwszą kostką antyneoliberalnego domina w Europie. Stawka jest bardzo wysoka, a Grecja być może zbyt słaba, aby samotnie wywalczyć alternatywną politykę w Europie. Wielce prawdopodobne, że ciężkie czasy dla tego kraju szybko się nie skończą. Drzwi do zmian zostały jednak otwarte.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top