Cały smutek „Czwartej Rzeczypospolitej”

Ktokolwiek miał złudzenia co do prospołecznego charakteru polityki rządzącej obecnie w Polsce koalicji musiał je stracić w ostatnich tygodniach. Maska „Polski solidarnej” spadła z hukiem odsłaniając typowe oblicze konserwatywnej prawicy. Strajk pielęgniarek stał się papierkiem lakmusowym pokazującym o co tak naprawdę chodzi rządzącym. Reakcje jakie wywołał nie pozostawiają zbyt wielu wątpliwości. Neoliberalny populizm, pogarda dla walczących o swe podstawowe prawa i cyniczne zarządzanie społecznymi lękami ujawniły, że socjalny wymiar projektu politycznego PiS jest jedynie najbardziej perwersyjnym narzędziem pacyfikowania społeczeństwa.

A wszystko szło tak pięknie. Najpierw wizyta prezydenta Busha i ulga z jaką media odnotowały, że USA najpewniej nie skorzystają z oferty Putina, a polski serwilizm wobec polityki zagranicznej USA zostanie wynagrodzony instalacją na naszym terytorium baz z antyrakietami. Potem, w czasie brukselskiego szczytu UE solidarny prezydent w pocie czoła harował nad zapewnieniem wpływów polskiej klasy politycznej w instytucjach unijnych, ale nie pisnął ani słówkiem gdy z europejskiej quasikonstytucji usunięto Kartę Praw Podstawowych (bardzo ułomny, ale jedyny jej fragment zawierający gwarancje pewnych zdobyczy społecznych na poziomie unijnym). Milczenie było znaczące, bo obecnie polski rząd w ogóle nie chce przyjąć Karty. Jakby tej solidarności było mało, zaraz potem ministerstwo finansów obcięło część pracowniczych pensji przeznaczoną na składkę rentową, odwołując się do starej liberalnej śpiewki o pieniądzach, które zostaną w kieszeni. Pomijając już fakt, że sumę, którą mają zyskać pracownicy trudno nazwać inaczej niż ochłapem, trzeba przypomnieć, że obcięta składkowa część płacy służyła obsłudze takich potrzeb, na które nie stać poszczególnych pracowników. Dzięki podarunkom minister Gilowskiej obniżeniu mogą ulec renty, a zatem gwarancja godnego życia dla ludzi niezdolnych do pracy. Któż by się tym jednak przejmował. Mamy przecież koniunkturę, a wzrost gospodarczy i coraz głośniejsza walka pracowników przeciw sytuacji, w której za rosnącym PKB nie podąża wzrost płac, pchnęła solidarnego prezesa banku centralnego do podwyżki stóp procentowych. Wzorem swego poprzednika, Leszka Balcerowicza, chce walczyć z inflacją, która zagraża polskiej gospodarce na równi z irańskimi „rakietami nuklearnymi”.

Triumfalna atmosfera przyćmiła nawet trwający od maja strajk lekarzy. I właśnie wtedy na scenie pojawił się nowy podmiot – pielęgniarki. Zapomniane, lekceważone i niedocenione po raz kolejny stanęły do walki.

Reakcja rządu była więcej niż brutalna. Zaczęło się od zepchnięcia demonstrujących członkiń Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z ulicy pod kancelarią premiera. Gdy w odpowiedzi protestujące wysłały do premiera delegację, a po jej zignorowaniu założyły pod KPRM miasteczko namiotowe, na ich głowy posypały się groźby, kalumnie i oszczerstwa. Premier, który butnie odmówił przyjęcia delegacji protestującej grupy zawodowej, wytoczył najcięższe działa. Gdy już nie można ich było zbagatelizować oskarżono pielęgniarki o haniebną akcję polityczną, szkodzenie interesom Polski i reprezentowanie grup uprzywilejowanych w III RP. Grożono kryminalizacją protestu oraz usiłowano podzielić pracowników na lepszych (tych z „Solidarności”) i gorszych (czyli wszystkich innych). Premier nie odmówił sobie słów pogardy dla desperackiego gestu jakim była głodówka kilku pielęgniarek („niezjedzenie kolacji jeszcze nikomu nie zaszkodziło”) i próby szczucia społeczeństwa na strajkujących przez straszenie, że spełnienie postulatów doprowadzi do podwyższenia wszystkim podatków.

Premier Kaczyński dowiódł, że pilnie odrobił lekcję z Carla Schmitta, osławionego ideologa III Rzeszy, którego tłumaczem i zapalonym propagatorem jest jego minister stanu Marek Cichocki. Schmittowska pochwała antagonizmu, którą tak nieodpowiedzialnie zachwycają się niektórzy lewicowi intelektualiści w Polsce, znalazła twórcze zastosowanie w postawie szefa rządu. Rzucane przezeń oskarżenia nie miały na celu krytyki postawy politycznej czy ekonomicznych interesów protestujących, ale personalne poniżenie pielęgniarek, pozbawienie ich godności jako jednostek ludzkich, demonizację i przeciwstawienie „zdrowej” reszcie społeczeństwa. Metoda aż nadto przypominająca retorykę władz PRL, które uwielbiały piętnować opozycję jako piątą kolumnę obcych sił zmierzającą do odebrania Polsce ziem odzyskanych.

W jednym Jarosław Kaczyński ma rację. Premier powinien się denerwować. Siła pielęgniarek nie bierze się wyłącznie z determinacji grupy wyzyskiwanych kobiet. Nie walczą jedynie o własny interes. Są silne gniewem wszystkich pracowników. Nic dziwnego, że w proteście pod urzędem premiera dzień i noc byli z nimi górnicy, a pojawiali się także nauczyciele i przedstawiciele innych grup zawodowych. Nic dziwnego, że kilka namiotów z pięćdziesięcioma protestującymi szybko zamieniło się w całe miasteczko, w którym koczowało do 1500 osób. Nic wreszcie dziwnego, że na fali protestu pojawiło się hasło strajku generalnego. Prawdziwą siłą pielęgniarek była właśnie solidarność pracowników – wartość, którą po 1989 r. kapitalizm skutecznie rozbił, a która dziś powraca. Uniwersalny charakter buntu pielęgniarek dobrze widać jeśli porównać go z protestem lekarzy.

Niektórzy działacze związków lekarskich przejawiają skłonność do traktowania publicznej służby zdrowia jak majątku do parcelacji między członków swojej kasty i obietnicę dobrego, bo prywatnego biznesu. Sprzeczność tych pomysłów z fundamentalnymi potrzebami większości społeczeństwa jest zbyt oczywista, aby zapewnić im masowe poparcie.

W odróżnieniu od lekarzy pielęgniarek nie sposób kupić wizją totalnej prywatyzacji służby zdrowia, która tak miła jest sercu ministra Religi. Właśnie dlatego ich protest jest tak bezkompromisowy i radykalny. Dlatego też nie chodzi w nim jedynie o załatwienie partykularnego interesu. W tym proteście nie chodzi tylko o bardzo konkretne pieniądze, płacę minimalną i układy zbiorowe, ale też o całą antypracowniczą politykę, która łączy koalicję PiS-LPR-Samoobrona z poprzednimi rządami III RP. Dlatego też, jakikolwiek będzie finał tej walki, wyrażają się w niej najważniejsze konflikty społeczne polskiego kapitalizmu, konflikty, które narastają od wielu miesięcy i lat. Postawa pielęgniarek reprezentuje nastroje wszystkich pracowników, czyli tej części społeczeństwa, która od 1989 r. stanowi przedmiot agresywnej kampanii zjednoczonych sił państwa i kapitału. Tu nie chodzi o obłudne „wspieranie najsłabszych” czy „pomaganie tym, którzy nie potrafią się odnaleźć w rynkowej rzeczywistości” – jak zwykła mawiać socjaldemokracja, kapitulująca przed dogmatami neoliberalnego fundamentalizmu. Chodzi raczej o rachunek wstawiony neoliberalnej dyktaturze kapitału, która zepchnęła prawie 60% obywateli Polski poniżej progu minimum socjalnego. O odrzucenie klasowego egoizmu tzw. pracodawców, którzy wszystkie rządy po 1989 r. utożsamiają z interesem ogólnonarodowym.

Protest ten ujawnił też prawdziwą naturę projektu politycznego i społecznego PiS. „Polska solidarna” ma dotyczyć mitycznych skrzywdzonych przez transformację, nad którymi tak uwielbiają ronić łzy redaktorzy springerowskiego Dziennika, ale gdy tylko puste hasło wypełnia się realnymi potrzebami realnych grup społecznych opluwa się ich jako agentów III RP.

Rzecz jasna „Polska solidarna” to nie tylko frazes. To bardzo niebezpieczna koncepcja, obca idei demokracji i kulturze oddolnego samostanowienia ludu. Sprowadza się ona do afirmacji paternalistycznej łaski, którą państwo wspaniałomyślnie obdarza swych obywateli. Założeniem wspaniałomyślnej łaskawości musi być jednak omnipotencja państwa i zduszenie walk pracowniczych. Tylko wszechmocny władca może obdarzać łaską, tylko posłuszny, bo zglajchszaltowany naród może być jej adresatem. Ci, którzy sami upomną się o swoje prawa, nie mają co na nią liczyć. Dla nich solidarna IV RP ma obelgi, pogróżki i represje. PiS chce być solidarny, ale jedynie z ubezwłasnowolnionymi, jedynie z tymi, których wcześniej powali na kolana. Tymczasem pielęgniarki odważyły się z kolan wstać. Odważyły się pokazać, że prawdziwa solidarność jest zaprzeczeniem pisowskiej „Polski solidarnej”. To właśnie jest ich największa wina w oczach władz, ale zarazem to największa zasługa dla budzenia pracowniczej podmiotowości, bez której demokracja jest tylko pustą fasadą kapitalizmu.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top