Bombaj

Mój przyjaciel, który mieszka w Delhi, zdenerwował się, kiedy zadzwoniłem spraw- dzić, czy nie był akurat 26 listopada 2008 r. z wizytą w Bombaju. „A nie martwiłeś się o mnie kiedy bomby wybuchały tu, w samej stolicy?” – spytał ironicznie. Przypomniał mi wszystkie liczne zamachy w Indiach z ostatniego roku. „Nagle Zachód zainteresował się sytuacją tutaj, bo terroryści wkroczyli do drogiego hotelu! A przecież spośród tych prawie dwustu ofiar tylko dwadzieścia osób to obcokrajowcy” – usłyszałem jeszcze.

Zamachy wydarzyły się w symbolicznym, starym i bogatym centrum czternasto- milionowego miasta. Kiedy na Colabie toczyły się walki, reporterów i gapiów obstępowali żebracy, tak jak mnie przed laty. Epicentrum wydarzeń znajdowało się tuż obok pomnika, atrakcji turystycznej czyli „Bramy do Indii”, zbudowanej na początku wieku z okazji przybycia angielskiej pary królewskiej. Stamtąd odpływały też ostatnie wojska kolonistów po uzyskaniu przez kraj niepodległości. Okolica zabytku idealnie pasowała do krwawego spektaklu. Specjaliści podkreślali, że to co się wydarzyło między 26 a 29 listopada 2008 r. było próbą stworzenia nowej jakości przez terrorystów. Strzelanie na oślep, zajmowanie budynków, branie zakładników i zabijanie ich, pożary. Próba przebicia wszystkiego, co przez ostatnie sześćdziesiąt lat wydarzyło się w Indiach, gdzie „bojownicy” zajmowali już nawet parlament w stolicy, Delhi. Tego roku w Bombaju zginęło mniej osób niż w poprzednich zamachach na lokalną, zawsze zatłoczoną kolejkę. Ale dużo bardziej niż wtedy wydarzenia przyciągnęły uwagę świata, były bardziej medialne. Spektakl trwał przez trzy dni i terrorystom o to chyba chodziło. Nie byli wcale świetnie wyszkoleni. Sukces odnieśli dzięki zaskoczeniu i swojemu szaleństwu, a także dzięki kompletnej bezradności zarówno lokalnych jak i krajowych służb bezpieczeństwa. O możliwości zamachów ostrzegał nawet amerykański wywiad, ale władze Bombaju zbagatelizowały sprawę. Po raz kolejny okazało się, że Indie są wciąż rozdzierane przez wewnętrzny konflikt między rządem centralnym a władzami poszczególnych stanów. Kraj o rozmiarach kontynentu jest zbyt różnorodny aby sprawować nad nim kontrolę ze stolicy.

Gniew ulicy Bombajskiej był dużo większy niż kiedykolwiek przedtem prawdopodobnie także dlatego, że ludzie wyraźnie zobaczyli słabość swojego państwa i stanu Maharasztra. Policja, armia i komandosi skompromitowali się, ale winę za braki w ich wyposażeniu i przygotowaniu ponosi oczywiście biurokracja i politycy. „Downgrade VIP security, upgrade citizen security” głosiły hasła obywatelskiej demonstracji tydzień po zamachach, której uczestnicy domagali się „mniej ochrony dla polityków a więcej dla obywateli”. Tuż po odbiciu hoteli rozemocjonowany tłum skandował po prostu „Śmierć Pakistanowi”. Na takiej właśnie reakcji, wskazującej zewnętrznego wroga, zależało policji.

W ogniu walk premier Indii Manmohan Singh wiedział od razu, że winien jest, jak zwykle, Pakistan. Ale nowe władze cywilne w Islamabadzie, też jak zwykle, odcięły się od powiązań z zamachowcami. Chciały nawet wysłać swoich specjalistów do pomocy. Od odejścia generała Parweza Muszarrafa starają się łagodzić napięcia z potężnym sąsiadem. Pakistan nie ma siły na kolejny konflikt. Poza tym są w tym kraju środowiska, które chciałyby po prostu robić interesy z Indiami. Także w tej „największej demokracji świata” nie wszyscy dążą do eskalacji konfliktu. Producent Bollywoodzkich filmów skarżył mi się kiedyś, że z powodu permanentnej wojny między krajami jego „wyroby” są oglądane w Pakistanie tylko na pirackich kopiach. Chciał więc „normalizacji”, żeby więcej zarabiać. Niestety władze z Islamabadu nie kontrolują na tyle sytuacji, żeby móc cokolwiek zrobić. Powrót do otwartej wojny byłby na rękę jastrzębiom w obydwu stolicach. Dlatego należy z pewnym sceptycyzmem przyjmować informacje podawane przez policję w Bombaju.

Jedyny zatrzymany podczas walk terrorysta jest według nich obywatelem Pakistanu, ma 21 lat, przeszedł szkolenie w obozach szkoleniowych związanych z Al-Kaidą. Powiedział podobno, że kazano mu „strzelać bez tchu i celować w białych”. Dlatego otworzył ogień na dworcu kolejowym? Nie mogę nadal zrozumieć dlaczego akurat tam mieliby być obcokrajowcy. Hindusom bardzo zależy na takich właśnie zeznaniach. Wskazujących na Pakistan, a zarazem wpisujących zamachy w ogólnoświatową wojnę z terroryzmem, a nie w wewnętrzne problemy Indii. Na pewno terroryści i cała akcja mieli mniej lub więcej wspólnego z ISI, pakistańskim „ukrytym państwem” i organizacjami radykalnych muzułmanów. Trzeba jednak pamiętać, że w całym zamieszaniu bardziej liczy się polityka niż to jak było naprawdę. Indie potrzebują „złego Pakistanu” do celów propagandowych, aby wyborcy nie interesowali się słabością własnego państwa.

Sąsiedni kraj jest zresztą także ofiarą terroryzmu. Obecny prezydent Asif Ali Zar- dari to przecież wdowiec po Benazir Bhutto, która zginęła w zamachu zorganizo- wanym przez islamskich radykałów. To, że obecna władza w Pakistanie nie kontroluje nawet całego terytorium swojego kraju, jest wynikiem aktywności neo- talibańskich ugrupowań, sojuszu plemion pogranicza z międzynarodówką ekstremistów muzułmańskich. Autor książki Talibowie, Ahmed Rashid po zamachach w Bombaju pisał dla BBC, że paradoksalnie mogą być one początkiem prawdziwego pokoju między Indiami a Pakistanem. Jeśli tylko rząd z Delhi zda sobie sprawę, że obydwa kraje mają wspólnego wroga, jeśli zrozumie, że atak na Colabie był swego rodzaju prowokacją pchającą potęgi nuklearne do nowego konfliktu. Prze- mieszczenie wojsk pakistańskich znad granicy Afgańskiej na wschód utrudniłoby działania Amerykanów w tym kraju. Nic dziwnego, że wysocy urzędnicy z Waszyngtonu natychmiast polecieli uspokajać sytuację w Azji południowej.

Zamachy w Bombaju pokazały też, jak pozorne są zmiany w „największej demokracji świata”. Tak jakby wszystko co napisałem o tym kraju przed laty w Masali było wciąż aktualne, a chciałem żeby tak nie było. Pojawiła się klasa średnia (choć można dyskutować, czy nie są to po prostu wzbogacone stare elity kastowe), centra handlowe, powierzchowny neoliberalny sztafaż, ale samo państwo nie zreformowało się. Wręcz przeciwnie, osłabło. Kraj bardziej niż kiedyś rozdzierany jest wewnętrznymi konfliktami, Assam, maoiści w Biharze, Kaszmir itd. Reformy gospodarcze wprowadzano przy jednoczesnej eskalacji hinduistycznego nacjonalizmu, a ich skutkiem było coraz większe a nie mniejsze rozwarstwienie społeczne. Jak powiedział indyjski publicysta Pankaj Mishra w wywiadzie dla Europy: elity „gardzą stworzoną przez Nehru wizją równości gospodarczej i sprawiedliwości społecznej” uważają, „że należy zacząć od tworzenia bogactwa narodu, a dopiero potem można zająć się walką z biedą, epidemiami czy analfabetyzmem.” Dodał też: „nic dziwnego, że hinduski nacjonalizm nasilił się w ciągu ostatnich 20 lat, gdy modernizacja nabrała tempa. Wszystko się tutaj łączy – narodziny klasy średniej, nacjonalizm i zmiany gospodarcze. W Indiach jest bardzo silne poczucie, że hinduski nacjonalizm będzie użytecznym narzędziem tworzenia nowoczesnego, skutecznego państwa narodowego. Że stanowi spoiwo, którego przez bardzo długi czas brakowało.” Każda taka ideologia musi mieć jasno określonego wroga, na subkontynencie jest nim Pakistan i muzułmanie w Indiach.

W Bombaju zawsze najbardziej widać było, że Indie zgodnie z banalnym hasłem w przewodnikach są „krajem kontrastów”. Strzelając na pięknym dworcu zbudowanym przez Brytyjczyków, terroryści nie patrzyli jakiego wyznania i koloru skóry są ofiary. Miejscowa wielka społeczność muzułmańska nie chce pochować zamachowców na swoich cmentarzach. Bombaj padł ofiarą historii całego subkontynentu, tej dawnej i najnowszej.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top