Boliwia: zwyczajne konwulsje oligarchii

Dnia 11 września br. w miejscowości El Porvenir w boliwijskim depar- tamencie Pando w grupa sympatyków prezydenta Evo Moralesa – pierw- szego prezydenta-Indianina – oraz Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) została zaatakowana przez zwolenników lokalnych władz. Grupa kierowała się w stronę Cobija, stolicy regionu, aby wziąć udział w manifestacji przeciwko jego prefektowi Leopoldo Fernándezowi, który obok innych prefektów Santa Cruz, Beni, Tarija i Chuquisaca, 4 z 9 boliwijskich depar- tamentów, tworzących tzw. Półksiężyc sprzeciwia się urzędującym władzom. Niechęć prefektów budzą projekt nowej konstytucji mający być poddany referendum 7 grudnia, oraz realizowane przez Moralesa reformy społeczne (alfabetyzacja, opieka medyczna i społeczna zwłaszcza dla marginalizowanej ludności indiańskiej). Z rąk działających na polecenie lokalnych władz najemnych paramilitarystów głównie z Peru i Brazylii, zginęło ok. 30 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

Konfrontacja pomiędzy rządem centralnym, który w styczniu 2005 r. po raz pierwszy w historii objęli stanowiący większość Indianie i rolnicy z altiplano, płaskowyżu, a białą mniejszością i elitą rządzącą w bogatych w złoża gazu wschodnich departamentach Półksiężyca początkowo miała charakter autonomicznych rewindykacji. Obecnie przerodziła się w otwarte walki pomiędzy zwolennikami Moralesa i lokalnymi bojówkami (z ofiarami po obu stronach). Towarzyszyły im ataki na budynki publiczne, blokady dróg, lotnisk i przerywanie dostaw gazu. Działania skupionych w Narodowej Radzie Demokratycznej (Conalde), prawicowych sił opozycyjnych i różnej maści komitetów obywatelskich rekrutujących się z lokalnych elit ziemskich i handlowych sprzymierzonych z proto-faszystowskimi bojówkami są nie tylko obroną „lokalnej samorządności”, próbą wymuszenia uznania niekonstytucyjnych i separatystycznych autonomii regionalnych, sprzeciwem wobec nowej konstytucji, walką o zwrot podatku od wydobycia bogactw naturalnych, (którego 30% Morales przeznaczył na Renta Dignidad – 30-to dolarowe bony dla osób w podeszłym wieku – łącznie ok. 200 mln dolarów), ale otwartą akcją obliczoną na destabilizację rządu w La Paz. Rządu realizującego reformy zakładające redystrybucję bogactw Boliwii, co godzi w interesy bogatych regionów i tamtejszych oligarchii. Ingerencja ambasadora Stanów Zjednoczonych Philipa Goldberga w te wydarzenia oraz jego zaangażowanie po stronie opozycyjnych prefektów było tak rażące, że Morales zdecydował się ogłosić go persona non grata.

W komentarzu do masakry i ostatnich wydarzeń w Boliwii, Ignacio Ramonet, były redaktor naczelny Le Monde diplomatique, powiedział: „Według mnie, to co wydarzyło się w Boliwii jest normalne. Ponieważ normalne jest gdy klasy społeczne które zdominowały kraj, które zawłaszczyły jego bogactwa, wyzyskiwały robotników boliwijskich przez wieki, nie mogą przyjąć do wiadomości, że szczęśliwe dla nich czasy się skończyły. Trudno im przyznać, że aktualny rząd posiada pełną legitymację (…) Mówiąc normalne mam na myśli, to, że wprowadzenie w życie takiego procesu [zmian] – w odpowiedzi na żądania boliwijskiego społeczeństwa – nie może nie wywoływać reakcji i sprzeciwu ze strony, tych, którzy tracą swoje przywileje raz na zawsze (…).” [1]

Elity, których rdzeń stanowi 100 najbogatszych rodzin dzierżących w swoim ręku m.in. ponad 30 mln ha ziemi zostały pokonane przez indiańskie rewolty w 2000 r. (tzw. wojna o wodę) i 2003 r., i „utraciły” w 2005 rząd centralny. Nie są one jednak w stanie przyjąć do wiadomości, że nadeszła „zmiana epoki”, w której rząd centralny zamiast służyć ich interesom stara się zniwelować historyczne, rasowe i społeczne nierówności Boliwii. Nie tylko zatem sprzeciwiają się opodatkowaniu zysków z wydobycia gazu (choć rząd Moralesa i tak zamiast je znacjonalizować wybiera drogę negocjacji z koncernami), reformie rolnej (rozdziałowi gruntów i wyznaczeniu limitu własności) i wsparciu mniejszych producentów, kosztem latyfundystów. Dla nich potwarzą jest samo istnienie prezydenta-Indianina, próbującego realizować tą „zmianę”. Mimo że czasem starają się mówić o sobie „metysi” (cholos), przedsiębiorcy i hacendados z Santa Cruz w rzeczywistości nie tolerują żadnego „mieszania ras”; to biali – k’aras – w dużej części potomkowie emigrantów z Niemiec czy Chorwacji. Rasizm zawsze był narzędziem ich dominacji. Również i dziś chętnie przenoszą konflikt o podłożu ekonomicznym na pole kulturowe.

„Masakra (…) oraz przerażające sceny poniżania, zadawania bólu i cierpienia Indianom na placu miejskim w Sucre, na ulicach Santa Cruz przez bandy młodocianych faszystów mówią całej Boliwii, że biała mniejszość wie dobrze jak wiele ma do stracenia: ich władza nie podlega więc negocjacji, ich prawo despotycznego rządzenia bierze się z koloru skóry, nie z obywatelskiego głosu. Biała mniejszość nie jest gotowa upowszechnić w jakikolwiek sposób tych przywilejów (…) ani tym bardziej poddać redystrybucji [swoich] własności i bogactw”. [2]

Neoliberalizm i tradycja buntu

Boliwia jeden z „pionierów” realizacji neoliberalnych założeń – dziś już martwego – Konsensu Waszyngtońskiego, była nie tylko obiektem „reinicjacji akumulacji kapitału”, która doprowadziła do radykalnego pogłębienia społecznych różnic, ale i scenerią rebelii przeciw kapitalistycznej „nie-twórczej destrukcji”. Neoliberalizm odniósł w tym andyjskim kraju – podobnie jak i w reszcie krajów regionu – ograniczony sukces: udało mu się dokonać redystrybucji bogactwa na rzecz klas uprzywilejowanych (akumulacja poprzez wywłaszczenie), zlikwidować dotychczasowe instytucje życia społecznego i spacyfikować przy pomocy strukturalnej i całkiem realnej przemocy stojące na jego drodze społeczności, lecz nie potrafił (i nie chciał) na nowo ich zagospodarować. W tym projekcie okazywały się one „zbędnymi odpadami”. Ale te „odpady” zorganizowały się same – ich emanacją są rządzące dziś MAS i Evo Morales.

Masakra w El Porvenir była najgorszym tego typu wydarzeniem od 2003 r., gdy na rozkaz prawicowego prezydenta Gonzalo Sáncheza de Lozady siły porządkowe otwierały ogień do nieuzbrojonych manifestantów. W ciągu roku – od stycznia do października – zginęło ponad 110 osób, a mająca kilka odsłon rewolta skończyła się zajęciem La Paz i obaleniem rządu. Tym razem – to jednak nie rząd centralny strzelał do ludzi, lecz władze regionalne, w których schroniły się stare elity.

W odpowiedzi na ten oraz kolejne ataki ponad 20 tys. Indian, rolników, cocaleros, górników, ta sama heterogeniczna baza społeczna, która przewodziła rewoltom z poprzednich lat, zablokowała Santa Cruz i była nawet gotowa iść na miasto. W obronie integralności Boliwii, przeciw secesjonistom i za nową konstytucją. Morales porównał te siły do sił powstania Tupac Katari, które w 1781 r. przez prawie 200 dni oblegały La Paz „w obronie terytorium, godności, równości, i w walce o niepodległość i wyzwolenie od europejskiej inwazji”. Zresztą walki ostatnich tygodni wyglądały jak sceny z konkwisty – masy indiańskie pod wielokolorową flagą wiphala, w starciu z bojówkami uzbrojonymi w zielone tarcze z bizantyńskim krzyżem, symbolem regionu. Ostatecznie na prośbę prezydenta blokadę zniesiono by podjąć rozmowy z opozycją.

Ataki oligarchii na rząd centralny nabrały na sile po tym jak w sierpniu Evo Morales zorganizował referendum, mające potwierdzić jego mandat, bądź odwołać go ze stanowiska (to z kolei krok w odpowiedzi na majowe i czerwcowe nielegalne referenda autonomistyczne w zbuntowanych departamentach gdzie opowiedziano się za wprowadzeniem w życie niekonstytucyjnych statutów przewidujących ustanowienie własnej policji, władz ustawodawczych i podatków) w którym poparło go 67% obywateli – o 13% więcej niż w wyborach z 2005 r. Morales zwyciężył w 95 ze 112 prowincji, zdobywając nawet 40% głosów w tradycyjnie nieprzychylnym mu Santa Cruz. Przegrał zaś w części regionów Santa Cruz, Pando, Beni i w stolicach regionów: w Cochabamba i Chuquisaca – choć w niektórych poprawił swoje wyniki wyborcze nawet o 20% . Obala to jednak forsowaną przez opozycję i kontrolowane przez nie media tezę o jedności Półksiężyca i integralności terytorialnej opozycji.

Jest paradoksem, i jednocześnie swoistym znakiem czasów oraz potwierdzeniem obecnych zmian na całym kontynencie Ameryki Łacińskiej, że po utracie wpływów w rządach centralnych – elity uciekają w sferę rewindykacji autonomistycznych. Sfery, która wykorzystywana była dotychczas jako pole walki głównie przez organizacje indiańskie zmagające się z zawłaszczonymi przez elity rządami narodowymi. Podczas jednak gdy dla Indian „autonomia” to sposób na nowe ułożenie stosunków w ramach i wewnątrz państwa i narodu – plurietnicznego i interkulturowego – dla k’aras to narzędzie separacji, apartheidu. Poza tym prawdziwe zagrożenie integralności państw pochodzi ze strony transnarodowych korporacji „kawałkujących” zasobne w naturalne bogactwa terytoria we współdziałaniu z lokalnymi elitami próbującymi „wyjąć” je spod jurysdykcji państwa celem „lepszego wykorzystania”.

Duża część analityków jest zgodna, że w scenerii lewicowego zwrotu na kontynencie, i bezprecedensowych zmian politycznych i społeczno-ekonomicznych [3] niechętny im Waszyngton dostrzegł w Boliwii najsłabsze ogniwo regionalnego procesu – zarówno z uwagi na względną siłę opozycji jak i na „korzystne” historyczne podziały i przepaści. Ponadto zintensyfikowanie wydarzeń w Boliwii nie tylko może stanąć na przeszkodzie wewnętrznych procesów politycznych, ale i osłabić sąsiednie rządy (zwłaszcza Wenezueli, Ekwadoru i Brazylii). Zaangażowanie amerykańskiej dyplomacji oraz agend rządowych po stronie oligarchicznej opozycji nosi bowiem wszelkie znamiona prób destabilizacji, jakich Waszyngton dopuszczał się już w przeszłości w stosunku do demokratycznie wybranych, progresywnych rządów Jacobo Arbenza w Gwatemali (obalonego 1954 r.) czy też Salvadora Allende w Chile (obalonego w 1973 r.). Tak jak to ujął Henry Kissinger: najbardziej niebezpieczny dla USA jest nie tyle rząd komunistyczny (np. kubański), lecz realizowany z powodzeniem „przykład demokratycznego socjalizmu”.

Nowa strategia amerykańskiej interwencji

Jednakże zamiast bezpośrednio obalać tak jak to czynił w przeszłości, czy też inspirować lub popierać zamachy stanu (nieudana próba puczu przeciwko Chávezowi, w kwietniu 2002 r. pokazała ograniczenia takiego rozwiązania), Waszyngton stosuje obecnie strategię soft power, będącą połączeniem manipulacji medialnych (w Boliwii kontrolowane są przez oligarchię), selektywnych działań dyplomatycznych oraz wsparcia opozycji pochodzącego od organizacji rządowych i pozarządowych. Dobrym tego przykładem jest działalność ambasadora Philipa Goldberga, oraz agencji USAID. Goldberg w latach 2004-06 był szefem misji USA w Kosowie – i według polityków boliwijskich dążył do realizacji w Boliwii secesji a la Kosowo, rękami opozycji i przy wsparciu funduszy pochodzących z USAID. Ta podległa Departamentowi Stanu agenda zajmująca się oficjalnie pomocą rozwojową, służy de facto jako narzędzie wywiadu i zmiany „nieprzychylnych” USA rządów (stała m.in. za obaleniem Jeana-Bertranda Aristide’a na Haiti oraz puczem w Wenezueli). [4]

Według Jorge Mansilli, ambasadora Boliwii w Meksyku, nie trzeba czekać kolejnych 25 lat, aby zajrzeć do odtajnionych materiałów z Waszyngtony czy też z Langley, i dowiedzieć się, jaką rolę w próbie zatrzymania procesu zmian w Boliwii w 2008 r. odgrywają Stany Zjednoczone (dzięki takim dokumentom wiadomo np. jaką rolę odgrywała ambasada USA wspierając zamach stanu Hugo Bánzera w 1971 r.) – już dziś dowody na to widać jak na dłoni: USAID wraz z National Endowment for Democracy w latach 2005-08 wsparła boliwijską opozycję kwotą ponad 120 mln dolarów, przeznaczonych rzekomo na projekty społeczne oraz walkę z narkotykami, a w rzeczywistości wg dyplomaty na polityczną walkę z rządem centralnym. [5]

Oficjalnego wyjaśnienia roli USAID oraz kierowanego przez nią (niedawno rozwiązanego) specjalnego Biura Inicjatyw Zmian (podobne działało m.in. na Haiti) w Boliwii domaga się w specjalnym liście grupa amerykańskich intelektualistów (wśród nich m.in. Naomi Klein i Mike Davis). Według nich USAID w samym tylko 2007 r. wydała 89 mln dolarów – jak podkreślają autorzy listu sumę bardzo znaczącą w porównaniu z rozmiarami boliwijskiej gospodarki, i porównywalną do tej jaką – proporcjonalnie – USA przeznaczają na wojnę w Iraku. Autorzy listu krytykują także brak stanowiska Waszyngtonu wobec wydarzeń wrześniowych oraz całej serii wcześniejszych rasistowskich wystąpień. [6]

Jak podkreśla ambasador Mansilla oprócz podobieństw pomiędzy rokiem 1971 i 2008 w postaci ingerencji USA, istnieją także i zasadnicze różnice. Tym razem i po raz pierwszy w historii zagrożenie nie pochodzi ze strony wojska (Morales odsunął starszych pochodzących z elit oficerów i zrobił w wojsku miejsce dla młodszych, pochodzących z awansu społecznego) a poza tym w całym regionie panuje zupełnie inny klimat polityczny. Wówczas w latach 70. i 80. w regionie władzę sprawowały krwawe dyktatury, które realizowały założenia neoliberalizmu (Pinochet w Chile, i inni wojskowi w Argentynie, czy też w Brazylii) – dziś rządzi lewica, która pomimo różnic, próbuje mówić jednym głosem. Jedność ta jest miarą zmian na kontynencie, jakie zaszły w przeciągu ostatniej zaledwie dekady.

Reakcją sąsiadów Boliwii na wydarzenia było zwołanie nadzwyczajnego szczytu Unii Państw Południowoamerykańskich (Unasur) – nowego regionalnego podmiotu powołanego do życia zaledwie w maju 2008 r., (pierwszej regionalnej organizacji bez udziału USA i Kanady) w Santiago de Chile z udziałem prezydentów Chile, Boliwii, Kolumbii, Wenezueli, Ekwadoru, Brazylii, Argentyny, Urugwaju i Paragwaju na którym odrzucono separatystyczne tendencje prefektów zbuntowanych prowincji oraz – choć nie explicite – próby ingerencji USA. [7] Stworzono także ramy do dialogu pomiędzy rządem z La Paz a przedstawicielem prowincji Santa Cruz, Tarija, Beni, Pando i Cochabamba (tymczasem Leopoldo Fernándeza oraz 11 innych osób aresztowano pod zarzutem „ludobójstwa”). Zgodnie ze wstępnymi warunkami rząd Moralesa zobowiązał się – w zamian za spokój społeczny – do zwrotu części podatku, i przełożenia referendum konstytucyjnego. „Zwycięstwo czy też porażka?” – pyta Raúl Zibechi – „Zależy jak na to spojrzeć. Jeśli patrzymy z punktu widzenia wygranego sierpniowego referendum (…) jest to niewątpliwie krok w tył. Jeśli jednak wierzyć wcale niebezpodstawnym wersjom mówiącym o tym, że szykował się prawdziwy zamach stanu, Moralesowi udało się przezwyciężyć największe zagrożenie od 30 miesięcy.” [8] Sam prezydent nie miał wątpliwości – w ostatnich dniach realizowany był „cywilny zamach stanu”.

Nie mniej jednak opozycja poczuła wiatr w żagle. Prawicowy blok Podemos zaczął wysuwać żądania dotyczące modyfikacji zapisów zatwierdzonego już przez Konstytuantę, projektu nowej Ustawy Zasadniczej. Według wiceprezydenta Garcíi Linery „To nie w porządku, to nie ma sensu i nie odpowiada realiom politycznym”. Jeśli bowiem prefekci i Podemos chcą dokonywać zmian w konstytucji (prace nad projektem zakończono w grudniu 2007 r.), mogli wcześniej wygrać wybory do zgromadzenia konstytucyjnego (zdobyli tylko 15% miejsc). [9]

Maciej Wiśniewski


[1] Rozmowa z Ignacio Ramonetem, „El parto que está teniendo Bolivia no es posible sin dolor”, dostępne na: www.alainet.org, 20 września 2008.
[2] Adolfo Gilly, „Racismo, dominación y revolución en Bolivia”, [w:] La Jornada, 23 września 2008.
[3] Patrz szerzej: Carlos Antonio Aguirre Rojas, Ameryka Łacińska na rozdrożu. Ruchy społeczne i śmierć nowoczesnej polityki, Książka i Prasa, Warszawa 2008.
[4] Patrz szerzej: Michel Chossudovsky, „La desestabilización de Bolivia y la opción de Kosovo”, dostępne na: www.rebelion.org, 23 września 2008.
[5] La Jornada, 25 września 2008.
[6] La Jornada, 22 września 2008.
[7] W odpowiedzi na wydalenia amerykańskich ambasadorów z Boliwii i Wenezueli (Chávez zdecydował się na taki krok w geście solidarności z Moralesem) Waszyngton również usunął dyplomatów tych państw, a także wpisał je na swoją „czarną listę” za „niewystarczającą walkę z narkotykami” oraz zarekomendował Kongresowi cofnięcie Boliwii prawa do korzystania z preferencyjnych stawek celnych w handlu z USA.
[8] Raúl Zibechi, La Unasur apaga su primer incendio. Brasil hace la diferencia, dostępne na: www.ircamericas.org/esp/5551, 23 września 2008. Autor podkreśla także, że najbardziej wzmocniona z tego kryzysu wyszła wyrastająca na prawdziwą regionalną potęgę Brazylia, która w różny sposób kontroluje ok. 20% PKB Boliwii a jej przemysł zależy od nieprzerwanych dostaw boliwijskiego gazu, ale której interesy niekoniecznie są zgodne z interesami samej Boliwii, czy też innych lewicowych rządów na kontynencie.
[9] Página 12, 28 września 2008.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry