Beton

Lato w Polsce nie przypomina lata nie tylko dlatego, że pogoda zasługuje raczej na miano jesiennej. Od kilku lat nie da się już mówić o czymś takim jak sezon ogórkowy w polityce. Więcej nawet, to właśnie w lipcu obserwujemy falę politycznego wzmożenia, która podkręca temperaturę sporów parlamentarnych, a tysiące ludzi wypędza na ulice. W tym roku wzbiera ona pod naciskiem politycznego betonu. Płynie on z różnych stron barykady.

Po raz kolejny narodowo-katolicki beton reprezentowany przez część obozu władzy podjął próbę zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Natychmiastowe protesty i groźba ich eskalacji przyczyniły się do zamrożenia projektu w sejmowej komisji specjalnej – zapewne do następnej próby jego odmrożenia za kilka miesięcy. Czarny Protest znowu okazał się skuteczny, ale determinacja i wpływy antyaborcyjnych fanatyków pokazują, że jesteśmy jeszcze bardzo daleko od bardzo katolickiej Irlandii, która na drodze powszechnego referendum wreszcie przyznała kobietom prawa reprodukcyjne.

O tym, że tak jest, świadczy też afera wokół łamania praw pracowniczych osób zatrudnionych przy obsłudze Kongresu Kobiet, który odbył się w Łodzi w przeddzień Czarnych Protestów. Ujawnienie nagannych praktyk wywołało gniewną reakcję władz Kongresu. Ale wypowiedzi Magdaleny Środy i innych liderek KK tylko potwierdziły słuszność krytyki kierowanej pod adresem Kongresu. Arogancja, bagatelizowanie wyzysku i uchylanie się od odpowiedzialności za jego praktykowanie, odrzucenie propozycji debaty wysuniętej przez Socjalny Kongres Kobiet, opluwanie krytyczek, a nawet obrzydliwe donosy na osoby, które ujawniły ciemną stronę KK skompromitowały je bardziej niż relacje wyzyskiwanych w imię słusznej sprawy ochroniarek. I to do tego stopnia, że dziś można się zastanawiać czy neoliberalny beton zainstalowany we władzach największej feministycznej organizacji w kraju nieświadomie nie stał się piątą kolumną mizoginistycznej prawicy.

Kwestia hegemonii neoliberalnej w strukturach KK była przez lata zamiatana pod dywan, a kiedy wreszcie wyszła na jaw, okazała się kluczowa dla wiarygodności całego polskiego feminizmu. Jak słusznie zauważyły redaktorki Codziennika Feministycznego, gdyby panie z gabinetu cieni KK sformowały rząd, byłaby to najbardziej neoliberalna ekipa w historii III RP. Przy okazji przekonaliśmy się, że wizja feminizmu ponad podziałami klasowymi jest nie tylko fałszywa, ale i wykluczająca. I podobna w tym do innych fałszywych uniwersalizmów – narodowego czy burżuazyjnego. Ignorowanie dyskryminacji i nierówności przecinających w poprzek wspólnotę narodową czy obywatelską (lub wspólnotę wszystkich kobiet) ma swoje konsekwencje. We wszystkich przypadkach rzekoma jedność osiągana jest kosztem nadmiarowych mniejszości lub klas podporządkowanych. Uwolnienie się od tej perspektywy wydaje się dziś najważniejszym wyzwaniem wewnętrznym, przed którym stoi polski feminizm.

Przed analogicznym zadaniem stoi dziś ta część lewicy, która nie docenia zagrożeń płynących z ataku na niezależność sądownictwa, w którym nie ustaje rząd, tym razem biorąc na celownik Sąd Najwyższy. O ile demokracja ma być czymś więcej niż tylko rytuałem co kilka lat oddającym pełnię niekontrolowanej władzy w ręce wyborczego zwycięzcy, lud musi mieć formalne narzędzia ograniczania zapędów rządzących. Należą do nich m.in. wolne sądy. Bez nich, tak jak bez wolności mediów, czy prawa do strajku, nawet wielkie demonstracje mogą się okazać za słabe w konfrontacji z aparatem państwa. W konkretnej sytuacji (a tylko konkretne sytuacje w konkretnych warunkach warto rozważać, jak naucza klasyk), w jakiej się znajdujemy w Polsce zalanie trójpodziału władzy przez beton prawicowego autorytaryzmu zagwarantuje mu sprawowanie władzy jeszcze bardzo długo, a co więcej, rozbroi i wystawi na bezkarne represje opozycję – polityczną, pracowniczą, każdą.

Nie jest zatem przypadkiem, że ataki na sądy nakładają się na manipulacje przy ordynacji wyborczej. Cel bowiem jest ten sam. Na pierwszy ogień PiS wybrał wybory europejskie, bo budzą one najmniejsze emocje i zainteresowanie (skądinąd z winy UE, która pozbawiła swój parlament inicjatywy ustawodawczej, czyli realnej władzy). Ale oczywiście to wstęp do przebudowy systemu wyborczego tak, aby ostatecznie zabetonować polską scenę polityczną. Projekt nowej ordynacji uprzywilejowuje duże partie polityczne, a zarazem marginalizuje siły mniejsze. Praktycznie jego przyjęcie oznaczałoby ograniczenie wyboru, jaki obywatele mają przy elekcji do dwóch sił – PO i PiS. W ten sposób istniejący od kilku lat duopol zostałby utrwalony na dekady, a nadzieje na jego demokratyczne przełamanie rozwiane. Groźba ta jest tym bardziej realna, że spór o Sąd Najwyższy właściwie przesłonił dyskusję o nowej ordynacji, co daje obozowi władzy większą swobodę w tej kwestii.

Na demokrację w Polsce leją się dziś potoki betonu – katolickiego, neoliberalnego i autorytarnego. Trzeba im stawiać opór zanim nie stężeją, bo w przeciwnym razie w bliższej lub dalszej przyszłości trzeba będzie je kruszyć znacznie większym kosztem i wysiłkiem.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry