Barack Obama

Barack Obama ma szczęście. Ma zająć miejsce jednego z najbardziej niepopu- larnych prezydentów w dziejach kraju; młody to człowiek, „mieszaniec” i wygląda na to, że cała planeta oczekuje na jego wprowadzenie się do Białego Domu. Wydaje się więc, że jest lepiej przygotowany niż ktokolwiek inny do „odnowy przywództwa amerykańskiego w świecie” [1], to znaczy do rehabilitacji marki „Ameryka” i zapewnienia większej skuteczności interwencji amerykańskich za granicą poprzez uzyskanie dla nich większej akceptacji i pozyskanie większej liczby sojuszników.

Także interwencji wojskowych, szczególnie w Afganistanie: „Zbuduję armię XXI w. i tak potężny układ partnerski, jak przymierze antykomunistyczne, które wygrało zimną wojnę, abyśmy wszędzie byli w ofensywie – od Dżibuti po Kandahar” [2]. Tym, którym marzy się jeszcze, że „wielokulturowy” prezydent, syn Kenijczyka, ipso facto sygnalizuje nadejście Ameryki new age i korowodu farandoli, w którym wszystkie chłopaki świata podadzą sobie ręce, kandydat demokratów dał już jasno do zrozumienia, że szukał będzie natchnienia nie u Pink Floydów czy George’a McGoverna, lecz w „realistycznej i dwupartyjnej” polityce zagranicznej George’a Busha-ojca, Johna Kennedy’ego i – pod pewnymi względami – Ronalda Reaga- na” [3]. Wielokulturowość to wcale nie pomysł na jutro; imperializm będzie jednak bardziej soft, zręczniejszy, bardziej układny, może mniej morderczy, choć warto pamiętać, że osiem lat embarga nałożonego na Irak za prezydentury Clintona zabiło mnóstwo Irakijczyków…

Barack Obama ma talent. Jego programowa książka, The Audacity of Hope, daje wyobrażenie o cechującym go melanżu wiedzy historycznej, przebiegłości, empatii politycznej w stosunkach z przeciwnikami – o których mówi: „rozumiem ich motywy i dostrzegam u nich wartości, które podzielam” – i zręcznie zrównoważonych sposobów wyrażania się, które niewiele wnoszą, ale zadowalają (prawie) każdego, a także humoru i przekonań. Przekonania te łagodzi jednak niepokojący hołd składany byłemu prezydentowi Clintonowi za to, że „wykorzenił w Partii Demokratycznej pewne ekscesy, które uniemożliwiłyby mu wygranie wyborów” [4]. Jakie ekscesy? Rezygnację z kary śmierci? Pomoc społeczną dla biedoty? Obronę wolności publicznych? Poszanowanie prawa międzynarodowego?

Barack Obama ma ambicję. Dokąd zawiedzie go uprawniona ambicja „wygrania wyborów”? Ostatnie miesiące zdają się sugerować odpowiedź: bardziej na prawo. Lecz nie na tyle, aby stał się wymienialny na Republikanina Johna McCaina i uzasadniał hasło: „wszystko jedno, który z nich”. Mimo to dość daleko od postę- powego dyskursu z początku kampanii i jeszcze dalej od dyskursu, który – jak im się wydawało – słyszeli jego najbardziej ideowi zwolennicy. Bo Yes we can teraz znaczy również: tak, możemy krytykować orzeczenie – skądinąd bardzo konser- watywnego – Sądu Najwyższego, w którym zakazuje się egzekucji gwałcicieli nie popełniających zabójstwa; tak, przed lobby proizraelskim możemy wygłosić przemówienie zgodne z najbardziej nieustępliwymi poglądami rządu Ehuda Olmerta; tak, możemy systematycznie kojarzyć kreatywność z sektorem prywatnym, doprowadzić do końca zadanie polegające na zdefiniowaniu na nowo postępowości, którego podjęli się William Clinton i Anthony Blair; tak, możemy promować sojusz klasowy, w którym kluczowymi aktorami byliby menedżerowie i kadry kierownicze.

Jest coś jeszcze bardziej niepokojącego. Obama, ośmielony napływem środków finansowych, które wypełniają kufry jego kampanii, zadał ciężki – być może miażdżący – cios systemowi publicznego finansowania wyborów. Ogłosił, że będzie pierwszym po skandalu Watergate kandydatem na prezydenta, który zrzeknie się dotacji państwowej (w 2008 r. wynosi ona 84,1 miliona dolarów) przyznawanej każdemu z dwóch głównych kandydatów w zamian za akceptację pułapu wydatków równego dotacji. A przecież w Stanach Zjednoczonych pieniądze w polityce to nie pomniejszy problem. Obama zasygnalizował, że go nie rozwiąże. W innych sprawach będzie miał jeszcze parę okazji nie zawieść prawdziwych przyjaciół narodu amerykańskiego. Pozwoliłoby to im mieć… the audacity of hope, zuchwałą nadzieję.

Serge Halimi
tłum. Zbigniew M. Kowalewski


[1] B. Obama, „Renewing American Leadership”, Foreign Affairs z lipca 2007 r.
[2] Tamże. Zresztą taka ambicja pociągnie za sobą zwiększenie budżetu Pentagonu i amerykańskich sił zbrojnych o „65 tysięcy żołnierzy i 27 tysięcy żołnierzy piechoty morskiej”.
[3] „The truth is that my foreign policy is actually a return to the traditional bipartisan realistic policy of George Bush’s father, of John F. Kennedy, of, in some ways, Ronald Reagan.” Przemówienie wygłoszone 28 marca 2008 r. w Greensburgu (Pensylwania).
[4] „He had wrung out of the Democratic Party some of the excesses that had kept it from winning elections.” B. Obama, The Audacity of Hope, Nowy Jork, Crown 2006, s. 35.

image_pdfPobierz artykuł w wersji PDFimage_printDrukuj artykuł
Udostępnij:

Polecane artykuły

Wpisz wyszukiwane hasło o naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Do góry