Największy światowy miesięcznik społeczno-polityczny
NUMER BIEŻĄCY  ARCHIWUM   PRENUMERATA    BIBLIOTEKA   REDAKCJA    WYDAWNICTWO   KONTAKT
Spis treści numeru 3/61
Wybrane artykuły
Tylko na stronie www

DOKUMENTY

Damien Millet i Eric Toussaint
Dekada globalizacji i oporu
(1999-2009)

Raport ONZ
Wpływ blokady ekonomicznej
na sytuację humanitarną Gazy

Rozmowa z Sahar Francis
Zapomniani więźniowie Izraela

ARTYKUŁY

Andrzej Papuziński
Ekoestetyka

Wywiad z Hosseinem Bashiriyehem
Kontrrewolucja i rewolta w Iranie

Marcin Pazurek
Egipt – tu wszystko się zaczyna

KOMENTARZE I POLEMIKI

Jerzy Szygiel
Polska, Izrael i neonaziści

Nafeez Mosadek Ahmed
Tunezja, Egipt i przewlekły upadek
amerykańskiego imperium

Ryszard Rauba
Ostatni artykuł Jeana Jaurèsa

Warto przeczytać

Philip S. Golub
Bieda buduje miasta
LMD - kwiecień 2010

Martine Bulard
Systemy opieki zdrowotnej
na świecie

LMD - marzec 2010

Akram Belkaïd
Ratować euro – po co i dla kogo?
LMD - czerwiec 2010

François Ruffin
Jak działa lobbing w Brukseli?
LMD - czerwiec 2010

Anne-Cécile Robert
Afryka, demokracja i my
LMD - marzec 2010

Anne-Cécile Robert  (LMD - marzec 2010)
Afryka, demokracja i my

„Serce waliło mi jak młotem. Otworzyłem ogień do prezydenta i trafiłem go w kark, z prawej strony. Upadł. Jego ochrona nadbiegła z karabinami. Zrobiło się zamieszanie. Uciekłem, gdy zabierali rannego”. „Prezydent” to kapitan Moussa Dadis Camara, który w wyniku puczu objął 23 grudnia 2008 r. władzę w Gwinei. Zamachowiec to jego adiutant, Toumba Diakité, który ukrywa się od 3 grudnia 2009 r. – dnia, gdy rozegrały się te wydarzenia. W tej chwili rolę „tymczasowej” głowy państwa pełni generał Sekouba Konaté, podczas gdy kapitan Camara, który opuścił już szpital w Rabacie, wraca do zdrowia w Burkina Faso.

W Gwinei znajdziemy wszystkie składniki typowego afrykańskiego koszmaru politycznego: zamach stanu (przed aktualną juntą także prezydent Lansana Conté zdobył władzę dzięki puczowi w 1984 r.), militarnego wodza-zbawcę, mniej lub bardziej zdrowego na umyśle (od czasu krwawego stłumienia manifestacji w Conakry 28 września 2009 r. nie można mieć już wątpliwości co do morderczej megalomanii Camary), oraz epidemię przemocy i biedy, napędzaną grabieżczą polityką rządzących.

Regres po euforii

Po okresie demokratycznej euforii, jaka ogarnęła Afrykę na początku lat 90. ub. wieku, gdy jeden po drugim znikały jednopartyjne reżimy, a kolejne kraje przyjmowały demokratycznie zorientowane konstytucje, początek nowego tysiąclecia to w wielu miejscach tego kontynentu moment politycznego regresu (zob. ramka).

Widmo wojny domowej, prześladujące liczne kraje od czasów kolonizacji, nie rozwiało się do tej pory, a w 2002 r. nawiedziło nawet państwo znane z wewnętrznej stabilności – Wybrzeże Kości Słoniowej. Niezdolny do wyłonienia ciała wyborczego, które zaakceptowałyby wszystkie walczące ze sobą stronnictwa, kraj ten od 2005 r. nie jest w stanie zorganizować wyborów. Wciąż odkłada się je na później za zgodą „społeczności międzynarodowej”, co czyni prezydenta Laurenta Gbagbo kimś w rodzaju faktycznego monarchy.

Dochodzi do tego nowy sposób omijania demokracji: manipulowanie przepisami konstytucji albo ich doraźne autorytarne zmienianie przez głowę państwa, aby zapewnić sobie reelekcję. Tak było w Gwinei w 2001 r. i w Kamerunie w 2008 r.., gdzie zlikwidowano ograniczenie liczby kolejnych mandatów, a także w Togo w 2002 r. – tam przyjęto głosowanie w jednej turze, co było rozwiązaniem sprzyjającym dotychczasowym władzom. W Nigrze w 2009 r. prezydent Mamadou Tandja rozwiązał zgromadzenie narodowe i zorganizował referendum (zbojkotowane przez opozycję) w celu wprowadzenia takich zmian w konstytucji kraju, które pozwoliłyby mu kandydować przez czas nieokreślony w każdych kolejnych wyborach.

Demokratyzacja i modernizacja zamachów stanu

Chociaż trudno mówić o politycznej stabilizacji na czarnym lądzie, ostatnie 20 lat przyniosło rzeczywisty postęp i nikt już dzisiaj nie ośmieliłby się twierdzić, jak Jacques Chirac w 1990 r., że „Afryka nie dojrzała jeszcze do demokracji”. Natomiast prawdą jest, że Afrykanie korzystają ze zdobytych swobód politycznych w warunkach, które zagrażają trwałości demokratycznych przemian. Powszechne wybory na całym kontynencie uważane są za normalne prawo obywateli i niezbędny element każdego „nowoczesnego” społeczeństwa. Jedynie Erytrea, jednopartyjny reżim, nie organizuje ani wyborów prezydenckich, ani wyborów do parlamentu, a Somalia, państwo teoretyczne, nie jest w stanie ich zorganizować. Choćby nieudolnie i nie do końca uczciwie, głosowanie przeprowadzane jest prawie wszędzie. W 2007 r. w Togo po raz pierwszy wszystkie partie mogły wziąć udział w wyborach prezydenckich, a w lipcu 2006 r. Demokratyczna Republika Konga zorganizowała pierwsze w swojej historii wolne wybory powszechne. Głównym celem działalności Unii Afrykańskiej jest poszanowanie demokracji i praw człowieka. Potępia ona zamachy stanu i, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, Organizacji Jedności Afrykańskiej, przewiduje sankcje za łamanie odnośnych przepisów. I tak Gwinea kapitana Camary została ukarana zawieszeniem jej praw w Unii. Także finansiści zaczynają uzależniać swoją „pomoc” w politycznych porachunkach od spełnienia pewnych politycznych warunków. „Modernizuje się” sama praktyka zamachu stanu: w 2003 r. Wojskowi z Gwinei Bissau oficjalnie powiadomili telefonicznie ówczesnego przewodniczącego Wspólnoty Państw Afryki Zachodniej, że właśnie przeprowadzają pucz, ale wkrótce zorganizują wybory (co zrobili w latach 2004 i 2005). Zdarzają się także „demokratyczne” zamachy stanu, mające na celu obalenie dyktatury i oddanie władzy w ręce cywilów (Mali w 1991 r., Mauretania w 2003 r.).

Ludność, która zaczyna zdawać sobie sprawę z władzy, jaką zdobyła, nie waha się stawiać zdecydowanych wymagań kandydatom do udziału w rządach. Debaty wyborcze są gorące, a wyborcy zmobilizowani. „W wielu wioskach – opowiada francuski politolog Richard Banegas – mieszkańcy zawiązują komitety powitalno-animacyjne. Ilekroć jakiś kandydat do parlamentu albo szef partii politycznej zapowiada swoje przybycie, wywiesza się jego zdjęcia i wystawia ulotki (…). Kilka godzin po jego odjeździe inna grupa przystępuje do usuwania dekoracji i wkrótce wieś jest gotowa na przyjęcie nowego kandydata. W tych miejscowościach tam-tamów, ławek, krzeseł i tym podobnych nigdy się nie chowa – tak częste i regularne są wizyty polityków”. Wolność prasy stała się powszechna, a jej działalność uzupełniają blogerzy przez swoje krytyczne, wojownicze, a nieraz zjadliwe komentarze.

Inaczej niż to było w epoce jednopartyjnych systemów, opozycja stała się akceptowanym elementem gry społecznej, podobnie jak „żywe siły narodu”, tzn. związki zawodowe, a zwłaszcza stowarzyszenia. Te ostatnie, rozwijane dzięki międzynarodowej pomocy, były w latach 70. ub. wieku alternatywą dla bardzo wówczas rzadkiego pluralizmu politycznego. Demokratyzacja zaczęła się dzięki tym działaczom i organizacjom podczas „krajowych konferencji” na początku lat 90.

Zmiany były gwałtowne – beniński dyktator Mathieu Kerekou, obalony przez własny naród w 1990 r., z mimowolnym humorem grzmiał przeciwko „cywilnemu zamachowi stanu”. Ludzie manifestują teraz, ilekroć dochodzi do zablokowania życia politycznego, co czasem prowadzi do niejasnych sytuacji, gdy po ten środek sięgają wszystkie obozy konfliktu. Na Madagaskarze przywódca opozycji Andry Rajoelina i prezydent Marc Ravalomanana prześcigali się w organizowaniu wielkich meetingów w związku z kontrowersjami wokół ważności wyborów z końca grudnia 2008 r.. Prezydent ostatecznie musiał ustąpić ze stanowiska, ale jego przeciwnik nie jest w stanie zyskać wystarczającego społecznego poparcia. Formowanie się rządu jedności narodowej pod egidą Unii Afrykańskiej dokonuje się wśród ogromnych napięć.

Oszustwa są na porządku dziennym

Mimo tego zasadniczo postępu etyka wyborczego współzawodnictwa jest bardzo chwiejna, a politycy dbają przede wszystkim o pozory i jednocześnie bez wahania manipulują wynikami głosowań. Oszustwa są na porządku dziennym (ach, te karty do głosowania, które całymi dniami odpoczywają w hangarach, zanim się je przeliczy!), a „społeczność międzynarodowa” nie zawsze ma ochotę zbyt dokładnie im się przyglądać. Była surowa – i słusznie – dla Roberta Mugabe w Zimbabwe, ale okazje się bardzo wyrozumiała, jeśli chodzi o Alego Bongo (Gabon) i Blaise’a Compaoré (Burkina Faso), wielkich przyjaciół Francji. W związku z wyborami prezydenckimi w Gabonie w 2009 r. bloger z Wybrzeża Kości Słoniowej Teofil Kouamouo pisał o „aprobujących półsłówkach Paryża” i „milczeniu Waszyngtonu i Londynu, które są zainteresowane demokracją tylko w Iranie”.

Autorytarne pokusy nadal dochodzą do głosu, nawet w krajach dawniej przykładnych – np. w Senegalu, gdzie ostatnio grożono dziennikarzowi Mamadou Coulibalyemu, autorowi książki krytycznej wobec prezydenta Wadego. Najczęstszym nadużyciem jest wykorzystywanie przez rządzących państwowych środków na kosztowne kampanie własnych partii, często z pomocą europejskich doradców i specjalistów od wizerunku. W porównaniu z nimi opozycja ma często po prostu zbyt biedny elektorat. Jeśli kraje takie jak Francja zaczęły regulować finansowanie kampanii wyborczych i samych partii w latach 90. XX w. na skutek głośnych skandali, w Afryce takie regulacje są dopiero w zarodku i rozwijają się w o wiele bardziej napiętym kontekście społecznym. W dodatku, wobec autokratycznej natury niektórych reżimów, opozycja postrzega nieraz przyznanie jej środków publicznych jako formę przekupstwa.

By utrzymać się przy władzy, rządzący wspomagają tworzenie drobnych partii opozycyjnych i rozpraszanie przeciwnych im głosów (Gabon, Kamerun, Burkina Faso itd.). W niektórych krajach istnieje ponad 100 formacji, na które wyborcy mogą głosować. Demokratyzacja nie położyła przy tym kresu „polityce brzucha” opisanej przez francuskiego polityka Jean-François Bayarta. Gdy rządzi klientelizm, kandydaci nigdzie nie ruszają się bez prezentów, banknotów do rozdania itp. Wobec powszechnej biedy i skrajnie nierównego podziału społecznych dochodów wyborcy utożsamiają tę grę ze słuszną kompensacją: „Odzyskujemy to, co nam ukradli” – słyszy się nieraz. „Doprowadzili nas do nędzy i nadal okradają kraj. Niech zapłacą za nasze głosy.”

Jeśli nie dręczy się już opozycji w takim stopniu, jak dawniej (opuchnięta twarz Morgana Tsvangirai, przeciwnika Mugabe, po przesłuchaniu przez siły porządkowe w 2008 r. pokazuje, jak niepewna to tendencja), jest wiele sposobów, na które można zamknąć komuś usta. „Jeśli to urzędnik – opowiada kameruński dziennikarz Etienne de Tayo, przewodniczący sieci Afrique intègre – robi się wszystko, by go zmusić do dymisji. Jeśli pracuje w sektorze prywatnym, naciska się na pracodawcę, by go zwolnił. Jeśli działa samodzielnie, władze postarają się, by stracił dostęp do rynków zbytu. Wywiera się presję na jego otoczenie, by się od niego odsunęło. Czasem na jego żonę, by go opuściła.” Odizolować i zmarginalizować przeciwnika – nazywa się to „szantażem kociołkowym”.

Niektórzy rządzący wykorzystują także „walkę z korupcją” – rozwijaną w ostatnich latach pod presją ludności i świata finansów – do eliminowania przeciwników politycznych, których stawiają przed sądem w związku z niezbyt zazwyczaj jasnymi zarzutami. Tak było w Nigerii w przypadku Atiku Abubakara w 2007 r. i w Senegalu w przypadku Idrissy Seck. In fine, część opozycji woli wygnanie niż życie pogrążone w powszechnej obojętności. Trzeba przy tym zauważyć, że poparcie „społeczności międzynarodowej” nie zawsze wychodzi jej na dobre. Może nawet okazać się „pułapką”, według Tayo, gdy opozycjoniści, jak Tsvangirai, wychodzą na rzeczników interesów Zachodu i stopniowo tracą kontakt z ludem.

Państwa pod ciosami dostosowań strukturalnych

W związku z gwinejską juntą i majstrowaniem przy konstytucji Nigru pisarz z Wybrzeża Kości Słoniowej Venance Konan ironizuje: „Kto spośród naszych przywódców może pouczać Tadję i Dadisa Camarę w kwestii demokracji i przestrzegania praw człowieka i nie wywoływać przy tym śmiechu?”.

W Afryce demokratyzacja dokonuje się w państwach, które straciły wiele ze swojej wiarygodności na skutek niepowodzenia strategii rozwojowych uruchomionych po uzyskaniu niepodległości. Nadejście politycznego pluralizmu zbiegło się z ograniczeniem międzynarodowej pomocy finansowej po eksplozji afrykańskiego zadłużenia w latach 80. ub. wieku. Kredytodawcy – międzynarodowe instytucje finansowe, Unia Europejska, itd. – uzależnili swoją „pomoc” od wprowadzenia systemu wielopartyjnego i od poszanowania praw człowieka i nałożyli ograniczenia ekonomiczne. Wynika stąd polityczna gra pozorów, gdzie wszystkie partie mają tylko jedną opcję makroekonomiczną: plany strukturalnego dostosowania i inne „strategie redukcji ubóstwa”. Żaden kandydat nie jest wiarygodny, jeśli nie uzyska akceptacji międzynarodowych instytucji finansowych i wydaje się, że klasa polityczna często bardziej troszczy się o nią niż o poparcie wśród ludności. Czy państwo afrykańskie, ubogie w środki, upupiane i ograniczane z zewnątrz do stanu państwa minimalnego, może stanowić ramy dla rozwoju demokracji?

Bezinteresowne często elity lat 60. XX w. (weźmy pod uwagę choćby rolę, jaką odegrała Federacja Czarnych Studentów Francji) zostały zastąpione przez skorumpowane kasty, dbające tylko o własne interesy. Międzynarodowe koncerny, obce rządy (Francji, Wielkiej Brytanii, Chin itd.) i przekupne krajowe elity dzielą między siebie role w niepokojącej sztuce, w której obywatel jest tylko widzem. „W moim kraju – opowiada alterglobalistyczny działacz z Kongo-Brazzaville, gdzie Elf długo odgrywał decydującą rolę, a nawet popierał zamach stanu – jest sprawiedliwość demokratyczna i sprawiedliwość naftowa”. Choć niektóre postępowe postaci zostały fizycznie wyeliminowane przy poparciu zewnętrznych czynników (Patrice Lumumba w Kongo, Thomas Sankara w Burkina Faso), wielu afrykańskich obserwatorów oskarża przede wszystkim władze lokalne. Ekonomista z Ghany George Ayittey pokazuje palcem „leniwe hipopotamy, które zrujnowały postkolonialną Afrykę” i zdradza swoich pobratymców (Joseph Mobutu np. był narzędziem belgijskich tajnych służb w dziele eliminacji Lumumby). Oskarża „wampirze rządy”, które dokonują grabieży zasobów swoich krajów, ale za nędzę ich mieszkańców winią kolonizację.

Sytuację pogarsza fakt, że polityka międzynarodowych instytucji finansowych narzuciła krajom afrykańskim „lekarstwa, które zabijają”: wolny rynek i „wolną i niezafałszowaną” konkurencję. Fatalny paradoks polega na tym, że zdobyte swobody koincydują z pauperyzacją. Jak podkreśla Francis Akindes, profesor socjologii w Bouaké (Wybrzeże Kości Słoniowej), „wolność słowa współistnieje z ekonomiczną bezkarnością”. I dodaje: „To cała kwestia nieprzezwyciężalnej sprzeczności między logiką skuteczności polityki strukturalnego dostosowania z koniecznymi wyrzeczeniami, a sprawiedliwością, bez której nie ma demokracji”. Ludność traci zaufanie do partii, a wówczas, wobec niesprawiedliwości, które kompromitują demokrację, wojskowi występują jako obrońcy ludu, a zbrojna rebelia zaczyna się jawić jako logiczne wyjście z politycznego impasu, jak to było np. w Czadzie. Ponadto skrajne nierówności społeczne tworzą sprzyjające podłoże dla konfliktów zawsze gotowych przerodzić się w wojnę domową, jak to było w Demokratycznej Republice Konga.

Podczas tworzenia bilansu demokratyzacji własnego kraju, były minister w rządzie Togo Atsuste Kokouvi Agbobli pytał słusznie: „Czy da się zdemokratyzować kraje poddane zewnętrznej dominacji?” Dla zaistnienia demokracji trzeba, by suwerenność państwa i jego obywateli miała jakiś sens. Tymczasem ekonomicznemu nadzorowi towarzyszy dzisiaj wszechobecność „społeczności międzynarodowej”. ONZ (i jej agencje), Unia Europejska i międzynarodowe organa sprawiedliwości istotnie mieszają się w wewnętrzne życie wielu krajów Afryki. Nawet jeśli te działania w większości są konieczne dla ratowania życia ludzi (jak w przypadku akcji humanitarnych i pośredniczenia w negocjacjach między stronami konfliktów), ludność Afryki zauważa, że pomimo wagi zbrodni popełnionych przez niektóre państwa Bliskiego Wschodu, to Afrykanom przypadła inauguracja działalności Międzynarodowego Trybunału Karnego. Tego rodzaju stosunki przeradzają się czasem w absurd, np. gdy ONZ ręczy za wyniki wyborów na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Kontynent wydaje się w coraz większym stopniu administrowany z zewnątrz i mało kto zastanawia się nad tym, że przecież jedną z najważniejszych przyczyn jego niestabilności są niesprawiedliwe i oparte na przemocy stosunki na świecie.

Dobre zarządzanie czy dobry rząd?

Żarłoczna, sprzedajna, ekstrawertyczna – cała afrykańska przestrzeń polityczna wymaga przemiany. Nie ma postkolonialnego pojęcia wspólnego dobra. To zresztą jeden ze skutków ubocznych kultywowania idei „dobrego zarządzania”: z księgowej perspektywy świata finansów nic nie jest bardziej odległe od „dobrego rządu” (służącego ludziom) niż „dobre zarządzanie”. Debatę i stosunki publiczne zdominował utylitaryzm, a odradzającą się od kilku lat klasę średnią interesuje przede wszystkim użycie – co niepokoi historyka Achille’a Mbembe, profesora uniwersytetu w Johannesburgu, gdy zastanawia się nad przyszłością południowoafrykańskiego giganta.

Dochodzi do tego trudna kwestia wspólnot etnicznych. Nawet jeśli patriotyzm wydaje się bardzo żywy w takich krajach, jak Demokratyczna Republika Konga, wielopartyjność często przybiera w Afryce charakter regionalny i etniczny, co tworzy więzi solidarności nie mające nic wspólnego z jakimikolwiek kategoriami politycznymi. Zdaniem kongijskiego prawoznawcy Mwayili Tshiyembé do pomyślenia byłyby mechanizmy reprezentacji, które wzięłyby pod uwagę te zjawiska, i jednocześnie respektowały zasady gry wyborczej. Pozwoliłoby to zarazem położyć kres manipulowaniu „tożsamością etniczną”, do którego (np. w Kenii) uciekają się czasami polityczni rywale.

Chodzi być może o wypracowanie afrykańskiego modelu demokracji, który odbiegałby od modelu zachodniego indywidualizmu. Wiele tutejszych instytucji powstało na wzór instytucji europejskich, a francuska konstytucja V republiki posłużyła za model wielu frankofońskim krajom. Czy spełniają one wymagania tutejszej rzeczywistości? Zdaniem Kamerunki Marie-Louise Eteki Otabela, której „z przyczyn administracyjnych” odmówiono prawa do kandydowania w wyborach prezydenckich w jej kraju, należałoby zwołać powszechne zgromadzenie konstytucyjne, które przyjęłoby nową ustawę zasadniczą bardziej odpowiadającą aspiracjom Afrykanów.

Kameruński pisarz Celestin Monga podkreśla ze swej strony powagę sytuacji: „Afrykańskie cywilizacje poniosły w ostatnich wiekach ogromne straty”. Jego zdaniem kontynent „cierpi z powodu braków, które nawzajem się pogłębiają: deficytu miłości własnej i zaufania do samego siebie, deficytu wiedzy i umiejętności, deficytu przywództwa i deficytu komunikacji”. Wzywa zatem do wyjścia z „administracyjnej wielopartyjności” w kierunku podjęcia podstawowych problemów, zwłaszcza problemu edukacji i przekładania refleksji teoretycznej na praktykę.

W tym właśnie duchu pracuje kenijski pisarz Firoze Manji, twórca stowarzyszenia Fahamu („wiedza” w suahili). Chodzi mu o nauczanie na odległość działaczy na całym kontynencie w takich kwestiach, jak różne sposoby obrony praw człowieka, zapobieganie konfliktom i posługiwanie się wpływem mediów. Wszyscy liczą na tych, których Ayittey nazywa „cheetah”: na młodych, którzy nie zaznali kolonizacji, nie mają kompleksów, które ona wywołuje, i myślą samodzielnie. To nie jest praca na jeden dzień.

tłum. Agata Łukomska

 
Biblioteka  LMD
Walden Bello

Fundamentalne wady współczesnego systemu handlu światowego znalazły swój wyraz w gwałtownych protestach na Globalnym Południu w reakcji na nagły wzrost cen żywności w latach 2006-2008. Kolejne uderzenie kryzysu żywnościowego nastąpiło w drugiej połowie 2010 r., a jedną z jego konsekwencji jest arabska Zima Ludów 2011 r. Książka ta, pełna śmiałych wizji i napisana z wielką pasją, stanowi protest przeciwko haniebnym nierównościom w dostępie do podstawowych dóbr między półkulą północną i południową.


Galeria książek

LMD  poleca

Kogo nie zadowala obraz i wizja rzeczywistości i środowiska naturalnego tylko na miarę folderu reklamującego np. urlop w Maroku czy wczasy pod gruszą, niech to czyta.


Galeria książek

Książki i czasopisma naszego wy- dawnictwa są do nabycia w księgar- niach i Empikach lub do zamówienia bezpośrednio w redakcji za zalicze- niem pocztowym.