MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-POLITYCZNY
Numer bieżący Archiwum Prenumerata Redakcja Kontakt
NR 3 (13)   MARZEC 2007

 WYBRANE ARTYKUŁY

W numerze marcowym

Ignacio Ramonet
Tajne loty CIA

Przemysław Wielgosz
Skok na iracką ropę

Roman Kuźmiar
Tarcza zimnowojennej iluzji

Gérard Punier
Darfur - kronika ludobójstwa

Andrzej Dominiczak
Koło gospodyń miejskich


 KOMENTARZE I POLEMIKI

Przemysław Wielgosz
Odzyskać europejskie marzenie

Tomasz Rafał Wiśniewski
Lewica postmodernistyczna

Zbigniew Marcin Kowalewski
Peryferyzacja Europy Wschodniej


 WARTO PRZECZYTAĆ

Pierre Bourdieu
O europejski ruch społeczny
LMD - kwiecień 2006



Tarcza zimnowojennej iluzji

Po zamachach z 11 wrzesnia rozwinal sie w Stanach Zjednoczonych prawdziwy mit tarczy majacej zapewnic Ameryce bezpieczenstwo. Propaganda rzadowa chetnie go podchwycila, mimo ze byl jaskrawo sprzeczny z doswiadczeniami zamachów. USA zostaly zaatakowane w najbardziej prymitywny, choc zarazem inteligentny sposób. Uderzenie przyszlo od wewnatrz i zadna tarcza nie bylyby w stanie go powstrzymac. W atmosferze jaka zapanowala po zamachach racjonalne argumenty nie mialy jednak znaczenia.

Sprawa tarczy antyrakietowej nie pojawiła się po raz pierwszy przy okazji obecnych planów rozmieszczenia elementów tego systemu w Polsce i Czechach. Pomysły otoczenia terytorium USA parasolem ochronnym, zdolnym zatrzymać ewentualny atak rakietami balistycznymi, pojawiły się już w latach 60. Bardziej konkretny kształt przyjęły w latach 80., gdy administracja Ronalda Reagana forsowała projekt SDI, czyli tzw. wojen gwiezdnych. Po osiągnięciu politycznego celu projektu, jakim było rzucenie na kolana Związku Sowieckiego, prezydent George Bush (ojciec) program zarzucił. Dopiero w połowie lat 90. Bill Clinton zainicjował powrót do prac nad tym projektem, co zaowocowało wersją, z którą mamy do czynienia obecnie. Wówczas też przeprowadzono pierwsze testy wykonalności tego projektu, jego wiarygodności i konfiguracji czyli geograficznego zasięgu. Prace te zostały jednak zawieszone. Na kilka miesięcy przed swoim odejściem Clinton odmówił podpisania ustawy przekazującej pieniądze na ten cel i, de facto zepchnął decyzję na swego następcę.

Sprawa nabrała impetu wraz z dojściem do władzy George’a W. Busha w 2000 r. Już w maju 2001 r., na kilka miesięcy przed atakami na Nowy Jork i Waszyngton, prezydent ogłosił wznowienie i intensyfikację prac nad projektem tarczy. Zyskał wówczas nie tylko poparcie polityczne, ale przede wszystkim wsparcie ze strony tego, co Eisenhower nazwał kompleksem militarno-przemysłowym. Po 11 września, kiedy rząd i administracja Białego Domu zaczęły zupełnie jawnie głosić kult wojny stawiając na „rozwiązywanie” problemów międzynarodowych przy użyciu siły, rozwinął się prawdziwy mit tarczy mającej zapewnić Ameryce bezpieczeństwo.

Propaganda USA chętnie go podchwyciła, mimo że był jaskrawo sprzeczny z doświadczeniami z 11 września. USA zostały zaatakowane w najbardziej prymitywny, choć zarazem bardzo inteligentny sposób. Uderzenie przyszło od wewnątrz i żadna tarcza nie byłaby w stanie go powstrzymać. Ale w atmosferze, jaka zapanowała po 11 września, racjonalne argumenty nie miały znaczenia, a szalejący militaryzm ekipy Busha stworzył znakomite warunki dla projektu tarczy antyrakietowej.

Wszystko to tworzy szerszy kontekst debaty o tarczy, zazwyczaj ignorowany przez większość jej polskich uczestników. Tymczasem sprawa budowy tego systemu jest niczym czubek góry lodowej. Od kilku już lat obserwujemy silną tendencję militaryzacji kwestii bezpieczeństwa międzynarodowego. W najważniejszym ośrodku władzy na świecie dominuje dziś myślenie w kategoriach wojskowych. Zapewnienie pokoju, bezpieczeństwa, a przede wszystkim kryteria tego, na co można sobie pozwolić, a na co nie, podporządkowano logice wojskowej. Bardzo pouczającym przykładem tej tendencji jest Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, przyjęta przez prezydenta Busha i jego ekipę we wrześniu 2002 r., równo rok po atakach z 11 września 2001 i na kilka miesięcy przed inwazją na Irak. W Strategii tej widać wyraźnie narastanie militaryzacji w sposobie myślenia amerykańskiego establishmentu o polityce zagranicznej, a zwłaszcza o polityce bezpieczeństwa.

Nie chodzi zresztą tylko o myślenie. Stany Zjednoczone wydają dziś na zbrojenia gigantyczne kwoty – mniej więcej połowę wszystkich wydatków wojskowych na świecie. Według kolejnych raportów Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI), najlepszego think tanku w tej dziedzinie, ok. 500 miliardów z biliona dolarów wydawanych przez świat na zbrojenia przypada na USA. Warto dodać, że na wszystkie państwa NATO przypada ok. 75-78% całej kwoty. Prymat Ameryki widać szczególnie w przypadku zbrojeń nuklearnych. Dysproporcje w tym względzie są ogromne. Stany Zjednoczone mogłyby dziś bez problemu wygrać wojnę nuklearną z resztą świata. Jeśli chodzi o głównego, do niedawna, adwersarza Ameryki – Rosję, jest wielce prawdopodobne, że w przypadku ataku ze strony USA Rosjanie zdaliby sobie sprawę, co się święci, dopiero w momencie, gdy pociski amerykańskie spadałyby na ich terytorium. Rosyjskie systemy ostrzegania są bardzo zawodne. Właściwie ich najlepszym elementem jest niewielka baza na Syberii, na którą zezwalał układ ABM z 1972 r. (zmodyfikowany w 1974 r.). W tej sytuacji niedawne supermocarstwo ginęłoby, wówczas dopiero zdając sobie sprawę, że właśnie znika z powierzchni ziemi.

Gwarancja imperialnej bezkarności

Ta gigantyczna przewaga strategiczna Stanów Zjednoczonych jest sama w sobie czymś bardzo niepokojącym, o ile nie niebezpiecznym. Historia pokazuje, że teorie głoszące pokojowy i dobrotliwy charakter mocarstwowej potęgi, także potęgi mocarstw uchodzących za liberalne, są fałszywe. Dowodzi też, że zbytnia przewaga jednego mocarstwa w systemie światowym zawsze staje się zagrożeniem dla innych państw. Dramatycznym przykładem takiej sytuacji jest wojna z Irakiem, będąca typową wojną hegemoniczną. Celem Amerykanów było w tym wypadku wywołanie efektu demonstracji, pokazanie, jaki los czeka każdego, kto ośmieliłby się zakwestionować pozycję USA, ich wizję porządku międzynarodowego i godzić w ich interesy. Te ostatnie zaś nie znają żadnych granic.

Rząd Stanów Zjednoczonych nie od dziś przejawia tendencję do rozciągania zakresu interesów amerykańskich, ale przewaga, jaką obecnie dysponuje, dodatkowo zachęca go do definiowania ich w taki sposób, że stają się zagrożeniem dla suwerenności wielu innych krajów. Gdziekolwiek spojrzymy z perspektywy Waszyngtonu, dostrzeżemy takie lub inne „interesy USA”. W takiej sytuacji naturalną reakcją „reszty świata” staje się poszukiwanie sposobów uniknięcia presji lub ekspansji Stanów Zjednoczonych. Pisał zresztą o tym niedawno na łamach „Foreign Affairs” Stephen Walt, jeden z najwybitniejszych amerykańskich badaczy stosunków międzynarodowych. [1] To oznacza m.in. nowy wyścig zbrojeń, napięcia i konflikty. Słabsze państwa, ale także różne ugrupowania antysystemowe, czy to wyzwoleńcze, czy terrorystyczne dysponują w nim pewnymi atutami. Przede wszystkim mogą rozwijać techniki walki asymetrycznej, które pozwalają skutecznie godzić w hegemona lub jego interesy, nawet bez konieczności dysponowania dużym i zaawansowanym technologicznie potencjałem wojskowym.

To właśnie rozwój teorii i praktyki walki asymetrycznej, a także świadomość istnienia wspomnianych atutów słabych państw skłania dzisiejsze elity w Waszyngtonie do rozwijania programu tarczy antyrakietowej. Nie chodzi tu wcale o obronę terytorium USA. Stawka jest zupełnie inna. Wraz z tarczą antyrakietową pojawiła się ogromna pokusa zapewnienia sobie całkowitej bezkarności. Mamy bowiem do czynienia z systemem bezpieczeństwa jednego mocarstwa, który ma objąć cały świat.

Tarcza ma cztery składniki: lądowy, morski, powietrzny, kosmiczny. To z tego powodu Amerykanie sprzeciwiają się konwencji ONZ zakazującej militaryzacji kosmosu. Stany Zjednoczone są dziś jedynym, krajem, który ją odrzuca. Kilka miesięcy temu administracja Busha otwarcie ogłosiła program zdobycia hegemonii w przestrzeni kosmicznej. Elementy tarczy ulokowane w kosmosie mają za zadanie zapewnić system systemowi globalny zasięg. Bazy wojskowe w Europie i w innych regionach, ale także pewne elementy ruchome, zainstalowane na pokładach amerykańskich okrętów, mają umożliwić rozpinanie swoistych „lokalnych parasolek”, które miałyby osłaniać operacje wojskowe USA w dowolnym punkcie globu. Konstrukcja ta nie pozostawia żadnych wątpliwości. Celem tarczy nie jest obrona Ameryki, ale jej mocarstwowych interesów („liberalnego imperium”, jak głosi jedna z ulubionych autodefinicji Stanów Zjednoczonych), czyli takiej wizji porządku międzynarodowego, jaki usiłuje przeforsować na całym świecie Waszyngton.

Gdyby budowa tarczy powiodła się, USA zyskałyby rodzaj bariery immunologicznej, zapewniającej im dość bezkarne podejmowanie jednostronnych decyzji o wszczynaniu operacji wojskowych, takich jak wojna w Iraku wedle własnego widzimisię. Zważywszy na katastrofalne konsekwencje wojen w Afganistanie i w Iraku, trudno sobie wyobrazić, że uzyskanie tego rodzaju poczucia bezkarności może być pozytywnie odbierane przez inne regiony świata. Obecne działania przeciw Iranowi ograniczają się przede wszystkim do gróźb i akcji politycznych tylko dlatego, że Ameryka obawia się irańskiego odwetu (a po części ze strachu przed powtórzeniem wariantu irackiego w większej skali). Gdyby jednak administracja Busha miała pewność, że zaatakowany Iran nie odda ciosu, na przykład uderzając w sojuszników USA w regionie, ten kraj zostałby zapewne już dawno zaatakowany uderzeniami z powietrza. Ludzie Busha nawet tego nie kryją! Plany tej wojny istnieją od pewnego czasu.

Nowy wyścig zbrojeń

Budowa tarczy antyrakietowej oznacza także nową fazę wyścigu zbrojeń. Pokazały to Chiny, które dwa miesiące temu zestrzeliły własnego satelitę. Akcja ta dowiodła, że można zniszczyć kosmiczne elementy tarczy, co wywołało wielką nerwowość w Waszyngtonie. Sygnał wysłany przez Pekin był jasny: nie idźmy w tę stronę, ponieważ próba absolutnej dominacji w kosmosie nie ma szans. Jednak wojownicze otoczenie prezydenta Busha postanowiło odrzucić ten komunikat. Odpowiedziano zapewnieniami o intensyfikacji prac nad militaryzacją przestrzeni kosmicznej. Nie zmienia to jednak faktu, że po chińskiej próbie prysł mit „tarczy nie do przebicia”. Ale nawet gdyby nie mijał się z prawdą, słabsze podmioty polityki międzynarodowej zawsze będą poszukiwać sposobów zadawania bolesnych ciosów imperialnej Ameryce, aby ją odstraszyć i zniechęcić do kontynuowania zagrażającej im ekspansji. Czasem będą uderzać w interesy gospodarcze USA, w ich sojuszników, w ludzi współpracujących z Ameryką – tak właśnie wygląda dziś sytuacja w Iraku.

Ruch powstańczy lub terroryści często nie jest w stanie dosięgnąć Amerykanów, bo są oni świetnie wyposażeni i uzbrojeni. Może jednak atakować ludzi, których uznaje za kolaborantów i robi to bardzo skutecznie. Według badań Instytut of Public Health z Baltimore do października ubiegłego roku w tej rozpętanej przez Stany Zjednoczone wojnie zginęło ok. 650 tys. ludzi. Z tej liczby około 1/3 czyli ok. 200 tys. to ofiary działań wojsk amerykańskich. Reszta to ofiary walk wewnętrznych, a znaczna część tej liczby to żołnierze armii i policji podległych rządowi w Bagdadzie, urzędnicy administracji, sędziowie, biznesmeni i działacze polityczni powiązani z rządem lub siłami okupacyjnymi. Tarcza antyrakietowa nie jest w stanie zatrzymać przemocy tego rodzaju, ani zapewnić armii amerykańskiej sukcesu w takich wojnach. Może się natomiast przyczynić do ich eskalacji, do przeniesienia ich na poziom globalny.

Biorąc to wszystko pod uwagę należy stwierdzić, że system obrony przeciwrakietowej może stanowić zagrożeniem dla bezpieczeństwa i zrównoważonego porządku międzynarodowego, a jako taki nie służy ludzkości. Nie jestem pacyfistą, lecz przedstawicielem studiów strategicznych i dobrze wiem, że czasem trzeba użyć siły zbrojnej. Rzecz jasna, także w dzisiejszym świecie pojawiają się realne zagrożenia. Nie wymagają one jednak tego rodzaju odpowiedzi. Odpowiedzi, które formułuje Ameryka pod rządami George’a W. Busha, są nie tylko błędne, ale, co gorsza, prowadzą do wywoływania ciągle nowych zagrożeń.

Dzisiejsza amerykańska polityka bezpieczeństwa nie tylko nie rozwiązuje problemów bezpieczeństwa międzynarodowego, ale sama bywa poważnym problemem. Z tym problemem muszą zmagać się inni. Wbrew mitowi, wedle którego mocna Ameryka zawsze ratuje słabą Europę z opresji, rzeczy mają się obecnie zgoła odwrotnie. W ciągu ostatnich lat już kilkakrotnie Europejczycy musieli wyciągać Amerykę z kłopotów. Przykładów dostarczają zarówno Afganistan jak i Irak. W obu przypadkach Amerykanie rozpoczęli wojnę, prowadzili ją źle, po swojemu, a następnie zaczęli wzywać Europę, NATO, ONZ i inne organizacje międzynarodowe do pomocy w ich zakończeniu.

Zagrożenie dla Polski

Wejście Polski do systemu antyrakietowego byłoby wielkim błędem. Po pierwsze dlatego, że nie należy przystępować do rzeczy złych. Po drugie, teza o rzekomym zagrożeniu bezpieczeństwa, które miałoby się zmniejszyć po instalacji elementów tarczy w Polsce, jest zwyczajnie nieprawdziwa. Wbrew zwolennikom tarczy promującym zacieśnianie stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, Polska nie jest dziś przez nikogo zagrożona. Uczestnictwo w NATO oraz w instytucjach europejskich daje nam takie gwarancje bezpieczeństwa, którymi nie może cieszyć się żadne z państw pozostających poza tymi organizacjami. Reszta świata, łącznie z Rosją z jej milionową armią i tysiącami czołgów, może tylko zazdrościć Polsce poziomu bezpieczeństwa. To Rosja jest dziś zagrożona i to władze w Moskwie boją się destabilizacji. Od kilkunastu lat nie mogą sobie poradzić z konfliktami na Kaukazie i w Azji Środkowej. Dodatkowe napięcie na granicach zachodnich nie jest im do niczego potrzebne, bo tylko pogarszałoby rosyjskie położenie.

W tej sytuacji reakcja prezydenta Putina na plany budowy tarczy nie jest zaskakująca, a przedstawiona przez niego w Monachium ocena polityki zagranicznej USA obecnej administracji jest zasadniczo poprawna. Stany Zjednoczone są dziś odpowiedzialne za wyścig zbrojeń, o czym świadczą nie tylko liczby, ale i oficjalna strategia oraz czyny. Biorąc pod uwagę postępującą militaryzację amerykańskiej polityki zagranicznej, nie tylko Rosja ma powody do obaw.

Takiej polityki nie powinna popierać także Polska. Budowa elementów tarczy antyrakietowej na jej terytorium oznacza, że terytorium to stanie się częścią globalnego systemu bezpieczeństwa USA i środkiem do realizacji amerykańskich interesów. Polska może stać się faktycznym zakładnikiem Stanów Zjednoczonych. W oczywisty sposób będzie się to wiązać to z utratą części suwerenności na rzecz Waszyngtonu. Aby tak sądzić, nie trzeba wcale wyznawać jakiejś anachronicznej koncepcji suwerenności. Jest bowiem jakościowa różnica między np. delegowaniem części suwerennych uprawnień państwa na organizacje międzynarodowe w rodzaju Unii Europejskiej, a faktycznym zrzeczeniem się prawa do decydowania o angażowaniu się w operacje militarne innego mocarstwa.

Sposób działania tarczy może naruszać zapisy polskiej konstytucji z 1997 r. Eksterytorialna baza może być wykorzystywana do osłaniania operacji ofensywnych, o których decydować się będzie za oceanem. Konstytucyjne organy odpowiedzialne za bezpieczeństwo Polski nie będą miały nad tym żadnej kontroli. Tymczasem ewentualne koszty użycia tarczy spadną także na Polskę. Jest oczywiste, że żadne państwo z listy tych, które Waszyngton określa mianem „osi zła” nie zaatakuje amerykańskich instalacji wojskowych. Takie postawienie sprawy nosi znamiona absurdu. Gdyby, na przykład, Iran zdecydował się na taki krok, podpisałby na siebie wyrok śmierci. To samo dotyczy Chin czy Rosji. Dziś żadne państwo nie zdecyduje się wystrzelenie choćby jednego pocisku w stronę USA: państwa nie są samobójcami. Z kolei terroryści nie są w stanie wejść w posiadanie rakiet balistycznych. Dlatego użycie tarczy może nastąpić prędzej w kontekście jakiejś rzekomej wyprzedzającej akcji amerykańskiej. Każda taka akcja może wywołać odwet, którego pierwszym prawdopodobnym celem będą komponenty tarczy antyrakietowej gdziekolwiek, a zatem także na terytorium Polski.

Tarcza przeciw Europie

Projekt tarczy antyrakietowej wzmacnia opcję atlantycką w Europie – w jej amerykańskiej, czyli niezrównoważonej wersji. Europejska polityka bezpieczeństwa waha się obecnie między wizją zacieśnienia związków atlantyckich z USA a próbami wypracowania bardziej autonomicznych form obrony w ramach samej Unii. Jeśli takie państwa jak Polska zgodzą się na instalację tarczy, przekreśli to szansę na stworzenie wiarygodnej polityki europejskiej w tej dziedzinie, lub powstanie ona bez naszego udziału. Spójrzmy na fakty. Od kilku lat mamy do czynienia z radykalnym powrotem do perspektywy narodowej w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa USA. Stany Zjednoczone wracają do wzorców mocarstwowych, właściwych imperiom z pierwszej połowy XX w. i wcześniejszych, a ich unilateralizm wyklucza rzeczywiste konsultacje na forum organizacji międzynarodowych, takich jak ONZ, czy w stosunkach z Unią Europejską. To sprawiło, że w Europie pojawiły się głosy o potrzebie uniezależnienia się od woli i humorów sojusznika zza oceanu, które szczególnie nasiliły się po doświadczeniach konfliktu bałkańskiego.

W pierwszej połowie lat 90. Europa była zupełnie pozbawiona narzędzi militarnych, których użycie mogłoby położyć kres wojnie. Istniała wprawdzie NATO, ale pakt znajdował się pod kontrolą USA, a te nie zgadzały się na użycie jego sił. Dopiero pod presją Chiraca i Blaire’a w 1995 r. Amerykanie zgodzili się na użycie sił NATOwskich. Chcieli wystąpić w roli wybawicieli na tle biernej Europy, choć to właśnie oni wcześniej nie chcieli użyć wspólnego narzędzia, czyli NATO. Rezultaty były dwuznaczne. Chodzi w szczególności o interwencję w Kosowie/Jugosławii z wiosny 1999 r., która mimo humanitarnych haseł została przeprowadzona nieudolnie i doprowadziła do wytworzenia sytuacji zagrażającej bezpieczeństwu tego regionu Europy do dzisiaj.

Dlatego w czerwcu 1999 r., w chwilę potem jak rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ zakończyła konflikt w Kosowie, w Kolonii odbył się szczyt Unii Europejskiej, na którym zdecydowano o ustanowieniu Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony (ESDP), autonomicznego europejskiego instrumentu bezpieczeństwa. Siły ESDP mają już za sobą pierwsze udane operacje reagowania kryzysowego na Bałkanach, w Afryce, a nawet we wschodnim Timorze. Europejczycy chcieli przy tym uniknąć, jak mawiał de Gaulle, wciągania do wojen, które nie są ich wojnami, do czego mogłoby dochodzić za pośrednictwem kontrolowanej przez Stany Zjednoczone NATO. Proces ten został jednak poważnie zakłócony wskutek wojny z Irakiem. W czasie przygotowań do tej wojny Amerykanom udało się podzielić Europę. Wykorzystali w tym celu nowe kraje Unii – przede wszystkim Polskę. Bezkrytyczne poparcie Warszawy dla ataku na Irak odegrało wtedy bardzo negatywną rolę i sprawiło, że zasłużyliśmy na miano konia trojańskiego Ameryki w Europie. Gdyby w 2002 czy 2003 r. cała Europa solidarnie powiedziała Amerykanom „nie”, jest prawie pewne, że interwencji w Iraku by nie było.

Syndrom sierocy polskiej polityki

W ten sposób dochodzimy do problemu dojrzałości polskiej klasy politycznej. Ów brak dojrzałości wydaje się główną skazą polskiej polityki zagranicznej ostatnich kilku lat. To on sprawia, że nasze elity tak łatwo poddają się urokowi Wielkiego Brata zza oceanu. Źródłem tej postawy jest swoisty kompleks sierocy, który każe szukać kogoś silnego, za kim będzie można podążać „sprawdzoną i słuszną drogą” – najlepiej zresztą, żeby poprowadzono nas za rękę. Jest to sytuacja w pewnym sensie luksusowa, jako że zwalnia od odpowiedzialności za nasze błędy i złe decyzje. W tej konwencji najczęściej winna jest oczywiście „Europa” (czegoś od nas chce, a przecież sami zrobilibyśmy to lepiej), a czasem dajemy się zwieść Amerykanom. Zobaczmy, jak to się przebiega w przypadku Iraku. W Stanach Zjednoczonych po kilkunastu miesiącach nacjonalistycznej histerii, której przejawem był Patriot Act, doszło do potężnej fali krytyk. Obecnie przyłączają się do niej nawet ludzie z obozu władzy, którzy nie boją się samokrytyki. Nawet Colin Powell przyznał, że był w błędzie, gdy w lutym 2003 r. na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przedstawiał rzekome dowody na obecność broni masowego rażenia w Iraku. Przyznał nawet, że świadomie wprowadzał opinię międzynarodową w błąd, ponieważ już wtedy zdawał sobie sprawę z fałszywości oskarżeń. Grupa prawników z Niemiec i innych krajów oskarżyła Donalda Rumsfelda o zbrodnie wojenne i złożyła wniosek o jego ściganie. Mimo że postępowanie w tej sprawie nie zostanie podjęte, fakt ów wskazuje na rozmiary, jakie przyjęły krytyki polityki amerykańskiej za wojnę iracką. Bardzo poważni politycy, m.in. Madeleine Albright, nazywają ją najcięższym błędem w całej historii polityki zagranicznej USA.

Tymczasem w Polsce żaden z polityków odpowiedzialnych za wciągnięcie naszego kraju do tej krwawej operacji nie uważa, że stało się coś złego. A przecież, dopóki nie uznamy tego błędu, nie będziemy mieli możliwości wyciągnięcia z niego wniosków, jakiejś nauki, aby w przyszłości nic podobnego się nie wydarzyło! Dotyczy to całej grupy ekspertów, propagandystów i ideologów tej wojny. Nikt z tej dużej grupy nie zająknął się ani słowem. Tu nie chodzi o konkretną odpowiedzialność za nasz udział w tej wojnie, tylko o poważną refleksję nad tym, jak to się stało, że daliśmy się w to wciągnąć. Nic z tych rzeczy, ani tym bardziej żadne „uderzenie się w piersi” nie miało miejsca. To milczenie, to udawanie, że nic się nie stało, coś mówi o naszej klasie politycznej. Ale dla niej to nie my jesteśmy odpowiedzialni za cokolwiek, to Ameryka, za którą „mieliśmy obowiązek” pójść. Podobne postawy widać dziś przy okazji debaty nad sprawą tarczy antyrakietowej. Znów ci sami politycy, publicyści, eksperci są bez mrugnięcia okiem „za”. Podobnie jak cztery lata temu rzecz rozgrywa się nie na poziomie rzetelnej samodzielnej analizy, tylko ideologii i ślepej wiary. I słyszymy te same duby smalone o racji stanu i interesach bezpieczeństwa...

Ta sytuacja ma swoje głębokie przyczyny historyczne i psychologiczne. Skłonność do delegowania odpowiedzialności na wielkiego sojusznika, którego postrzega się jako opiekuna, wywodzi się chyba z okresu uzależnienia Polski od ZSRR. Wtedy uformowała się kultura polityczna oparta na przeświadczeniu, że to nie my decydujemy, że decyzje podejmowane są za nas. Takie postrzeganie świata okazało się trwalsze niż realny socjalizm. Źródeł specyficznego polskiego trwania przy Ameryce, niezależnie od racji moralnych i merytorycznych, należy też szukać w kompleksach, lękach i fobiach. Nie jesteśmy pewni własnej wartości ani swego miejsca na świecie. Wielu polityków nosi w sobie anachroniczną wizję osamotnionego kraju, na którego bezpieczeństwo czy tożsamość czyhają jakieś ciemne siły. To nie sprzyja głębi namysłu i samodzielnemu podejmowaniu decyzji. Bezkrytyczny potakiewicz wcale nie jest dobrym sojusznikiem. Przypomnijmy, że nawet Francja, której samodzielność jest często drażniąca dla Waszyngtonu, jest w tym samym Waszyngtonie uważana za solidnego sojusznika – członka zachodniej wspólnoty. Z drugiej strony, kiedy już czujemy się bezpieczni pod opieką starszego brata, przestajemy dbać o dobre stosunki z naszym otoczeniem. Zaczynamy się zachowywać trochę tak, jak ów wojowniczy zajączek ze znanej opowieści. Jego zaskakująca dla innych zwierząt leśnych skłonność do zaczepek brała się stąd, że w krzakach nieopodal siedział niedźwiedź, który miał się rozprawiać z mieszkańcami lasu wyzwanymi przez zajączka na pojedynek.

Inną przyczyną tego bezkrytycznego postawienia na USA jest podobny do amerykańskiego, zimnowojenny styl postrzegania świata. Stosunki międzynarodowe anachronicznie rozumie się jako pole konfliktu, gdzie toczy się gra o sumie zerowej. To jest niesłychanie doraźne myślenie. Nie uwzględnia się w nim wielu czynników długofalowych, szerszego kontekstu, delikatnej sieci współzależności, itd., które w sumie mają decydujące znaczenie o pozycji danego kraju i możliwości realizacji jego żywotnych interesów. W takim ujęciu stawia się na krótkotrwałe i zmienne koniunktury, na konfrontację i manewry w rodzaju „kto kogo”. Tu nie ma miejsca na trwałe priorytety, wartości, kompromis i odpowiedzialność za przyszłość. Tymczasem, wbrew teoriom sprowadzającym politykę do teorii gier, jest ona czymś więcej. Polega ona na budowaniu wewnętrznej siły, umiejętnym uwzględnianiu różnych racji i odpowiedzialności za całość. Bezpieczeństwo nie wynika tylko z potęgi wojskowej. Jak pokazuje przykład Ameryki pod rządami prezydenta Busha, potęga militarna tworzy problemy, a nie je rozwiązuje. Długofalowa, odpowiedzialna i skuteczna polityka bezpieczeństwa musi wspierać przede wszystkim budowę nowoczesnego, wykształconego, wolnego od fobii i kompleksów, dostatniego społeczeństwa. W tym celu państwo powinno zapobiegać zbyt głębokim nierównościom społecznym, aby nie prowadziły one do konfliktów wewnętrznych, kontestacji ustroju i niestabilności.

Roman Kuźniar


Roman Kuźniar - politolog, dyplomata, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, członek Komitetu Nauk Politycznych PAN. Od 1995 r. wchodzi w skład polskiej delegacji do Komisji Praw Człowieka ONZ. W latach 2005-2007 pełnił funkcję dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

[1] S. Walt, „Taming American Power”, Foreign Affairs, wrzesień/październik 2005 (przyp. red.).

Powrót do początku tekstu