Największy światowy miesięcznik społeczno-polityczny
NUMER BIEŻĄCY  ARCHIWUM   PRENUMERATA    BIBLIOTEKA   REDAKCJA    WYDAWNICTWO   KONTAKT
Spis treści numeru 08/102

sierpień 2014

  LMD na portalu Facebook

Wybrane artykuły

Serge Halimi
Kwestia „równowagi”

Przemysław Wielgosz
Izrael nie płaci

José Natanson
Argentyna: czy nadciąga
koniec kirchneryzmu?

Renaud Lambert
Pomysły w Shangri-La Palace

Wojciech Wojciechowski
Wokół Snowdena

Tylko na stronie www

DOKUMENTY

Europejska Konferencja w Obronie
Publicznej Służby Zdrowia
Deklaracja

Damien Millet i Eric Toussaint
Dekada globalizacji i oporu
(1999-2009)

Raport ONZ
Wpływ blokady ekonomicznej
na sytuację humanitarną Gazy

ARTYKUŁY

Lori Wallach
Dyktatura firm wielonarodowych

Achille Mbembe
Mandela i decyzje
których nie oczekiwano

Magda Qandil
Ucieczka z zastępczego raju

KOMENTARZE I POLEMIKI

Wywiad z Barbarą Prądzyńską
Pociąg do Meksyku

Przemysław Wielgosz
Prorocy na puszczy

Mikołaj Ratajczak
Odzyskać społeczną kreatywność

Warto przeczytać

Martine Bulard
Pekin na zakręcie
LMD - kwiecień 2011

Janet Biel
Kobiety i natura, czyli
recydywa mistycyzmu

LMD - maj 2011

Loïc Wacquant
Anatomia nowej miejskiej biedy
LMD - czerwiec 2008

Michel Löwy
Krytyka postępu technologicznego
LMD - maj 2008

Bernard Stiegler
Jak przemysł kulturowy
niszczy jednostkę

LMD - czerwiec 2008

José Natanson
Argentyna: czy nadciąga koniec kirchneryzmu?

W czerwcu tego roku Sąd Najwyższy USA zatwierdził decyzję zmuszającą Buenos Aires do spłaty długu wobec funduszy hedgingowych, odmawiając tym samym renegocjowania wartości argentyńskich papierów dłużnych. To kolejna porażka prezydentki Cristiny Fernandez, której łatwa reelekcja w roku 2011 wydaje się dziś odległym wspomnieniem.

Buenos Aires, 1 marca 2014 r. Po niedawno przebytej operacji prezydentka Cristina Fernández de Kirchner wchodzi do Pałacu Kongresu. Ten zbudowany w końcu XIX w. budynek z grecko-rzymskimi reminiscencjami przypomina o złotym wieku Argentyny. Przypadł on w czasach, gdy była całkowicie nastawiona na eksport produktów rolnych. Fernández de Kirchner wygłasza przemówienie inaugurujące sesję parlamentarną. Nikt nie oczekuje niespodzianek, gdyż ważne zapowiedzi tradycyjnie są zastrzeżone dla innych gremiów. Tak czy inaczej, prezydentka przemawia. Niespodzianki nie zawiera treść trzygodzinnego przemówienia, na które składa się 23 326 słów. Niespodziewany jest natomiast jego ton. W poprzednich latach prezydentka korzystała z takich okazji, aby napiętnować swoich przeciwników (opozycję, media, organizacje przedsiębiorców) i zaciekle bronić swoich decyzji. Tym razem przemawia z umiarem, a nawet ze słodyczą. Zaskoczony parlament usłyszał od niej nawet komplementy pod adresem przedstawicieli opozycji.

Czy po najdłuższym od powrotu do demokracji w 1983 r. cyklu politycznym jesteśmy świadkami początku transformacji? Czy, jak sugerują to niektórzy, jest to „początek końca kirchneryzmu"? [1] O ile jest za wcześnie na takie twierdzenie, o tyle faktem jest, że pozycja rządu uległa osłabieniu.

Co to jest kirchneryzm?

Przede wszystkim jednak – czym jest kirchneryzm? Ruch ten, kojarzony z małżeństwem Nestora Kirchnera (zmarłym w 2010 r.) i Cristiny Fernández de Kirchner, zasiadającym w fotelu prezydenckim bez przerwy od 2003 r., i wywodzący się z lewego skrzydła peronizmu, cechuje zerwanie z neoliberalizmem prawego skrzydła tego ruchu. Forsowny powrót państwa, wysiłki zmierzające do konsolidacji burżuazji narodowej, programy socjalne przeznaczone dla klas ludowych, sroga konfrontacja z organizacjami pracodawców i prywatnymi mediami: strategia ta zapewniła zgoła niezwykłe stopy wzrostu gospodarczego – zanim wzrost ten nie wpadł kilka miesięcy temu w zadyszkę. Od tej pory piętrzą się trudności.

Przede wszystkim w sferze gospodarczej. W końcu 2013 r, po raz pierwszy odkąd do władzy doszedł Néstor Kirchner, sytuacja gospodarki argentyńskiej zdaje się wymykać spod kontroli Casa Rosada – pałacu prezydenckiego. Oznaka poważnych tarapatów to fakt, że rezerwy Banku Centralnego topnieją jak śnieg na słońcu. W grudniu 2013 r. wynosiły one już tylko 27 mld dolarów: suma ta nie wystarcza na pokrycie półrocznego importu.

Argentyna nie wywiązała się w 2001 r. ze swoich zobowiązań płatniczych [2], toteż praktycznie nie ma dostępu do kredytu międzynarodowego – w przeciwieństwie do innych rządzonych przez lewicę państw latynoamerykańskich. Harmonogramu spłaty zadłużenia można dotrzymać jedynie dzięki rezerwom walutowym. Taka postawa pozwoliła Argentynie uwolnić się od Międzynarodowego Funduszu Walutowego i rynków finansowych, ale okazała się znacznie bardziej akrobatyczna odkąd w 2008 r. wybuchł kryzys finansowy. Wzrost gospodarczy oderwał się od swojego „chińskiego" tempa, które cechowało go w latach 2003-2008, i od tego czasu nie przekracza już około 3%. 30-procentowa inflacja nie cofa się ani na milimetr. [3] Perspektywy konsumpcji – głównego motoru kirchnerowskiego modelu gospodarczego – rewiduje się w dół. Podobnie jak perspektywy inwestycyjne…

Rząd, troszcząc się o to, aby rezerwy nie wyparowały, postanowił w 2012 r. wprowadzić ścisłą kontrolę kursów walut. Skutek był odwrotny: przyspieszyło to ucieczkę kapitałów, zarówno za granicę, jak i do skarpet klas średnich. To zwyczajowe zachowanie w Argentynie, gdzie społeczeństwo przywykło do oszczędzania zielonych banknotów na wypadek kryzysu. W ciągu trzech minionych dziesięcioleci przeżyło przecież dwie hiperinflacje (w 1988 i 1990 r.), dwie masowe konfiskaty depozytów bankowych (w 1989 i w 2001) i pół tuzina dewaluacji. Arbolitos, drzewka – tak nazywa się tu cinkciarzy – sterczące na skrzyżowaniach w handlowej dzielnicy Buenos Aires, zniknęły z życia codziennego Argentyńczyków. Teraz powracają.

Presja wielkiego kapitału

Wielcy producenci soi – siedem firm, na które przypada 82,4% eksportu soi, stanowiącego 40% tego wszystkiego, co kraj ten sprzedaje za granicę [4] – skorzystali z tego kontekstu finansowego, aby zażądać dewaluacji peso. Operacja taka pomnaża wartość dolarów, za które sprzedają oni swoją produkcję. Nie wahali się zatem z wywieraniem presji. Wystarczyło trzymać soję na polach. Objeżdżając w końcu 2013 r. kraj widziało się za ogrodzeniami metry sześcienne soi oczekującej na eksport. W styczniu 2014 r. postawiony pod ścianą Bank Centralny zgodził się na 20-procentową dewaluację.

Decyzja nie wynikała tylko z czynników koniunkturalnych, takich jak ewolucja międzynarodowego kontekstu finansowego czy presja wielkich eksporterów. Gospodarka argentyńska zależy od eksportu surowców: soi, pszenicy, kukurydzy i w coraz większym stopniu minerałów. Nie tylko przemysł jest mało konkurencyjny (poza kilkoma gałęziami związanymi z przemysłem rolno-spożywczym), ale również bilans handlowy wykazuje deficyt strukturalny. Argentyna, aby się rozwijać, musi bowiem importować wielkie ilości półproduktów, których nie wytwarza się na miejscu. Uruchamia się zatem dobrze znany cykl: przemysł rozrasta się i potrzebuje coraz większego importu, którego koszty pokrywa nadwyżka handlowa sektora rolniczego… aż do chwili, gdy przestaje ona wystarczać. „Pod pewnym względem nadwyżka pochodząca ze wsi stanowi granicę argentyńskiej ekspansji przemysłowej, tzn. granicę wzrostu, zatrudnienia i dobrobytu", stwierdza heterodoksyjny ekonomista Aldo Ferrer. [5]

Dla neoliberałów to nie żaden problem: rynek ma decydować o tym, jakie sektory gospodarki są naprawdę konkurencyjne. W tym przypadku są to agrobiznes i jego odgałęzienia finansowe lub nieruchomościowe. Sęk w tym, że ten sektor gospodarki nie wystarcza do zapewnienia dobrobytu ponad 40-milionowego kraju, który w przeszłości, spośród wszystkich krajów Ameryki Łacińskiej, miał najliczniejszą klasę średnią i najbardziej rozwinięte państwo opiekuńcze. Zresztą dziś Argentyńczycy nie są gotowi zagłodzić się w nadziei, że jutro będą mieli na chleb. Droga obrana przez Koreę Południową, która przez dziesięciolecia narzucała swojemu społeczeństwu wyrzeczenia w celu przyspieszenia rozwoju, jest więc zablokowana.

Strategia rządów kirchnerowskich zmierzała do zapewnienia transferu części bogactwa wytwarzanego na polach do przemysłu, za pośrednictwem różnych rodzajów interwencjonizmu państwowego: posunięć protekcjonistycznych, podatków od eksportu produktów rolnych itd. Rządom tym udało się również zrekonstruować część tkanki przemysłowej, zniszczonej w okresie rządów neoliberalnych, i tak szybko, jak w innych krajach regionu (w Brazylii czy w Peru, które przecież oklaskiwano w międzynarodowej prasie finansowej [6]) zapobiec wzrostowi wagi surowców w gospodarce. Argentyński eksport surowców (soi, oleju, minerałów) pozostał w ostatniej dekadzie (2003-2013) stabilny i stanowił 46% ogółu eksportu, podczas gdy w Brazylii wzrósł on z 30 do 46%. [7] Sytuacja ta pozwoliła zapewnić dwukrotnie wyższą stopę wzrostu gospodarczego niż stopa wzrostu osiągnięta w tym samym czasie przez Brazylię. W końcu – podobnie jak miało to miejsce w przeszłości – nadwyżka uzyskiwana przez rolnictwo argentyńskie okazała się niewystarczająca na pokrycie deficytu bilansu handlowego przemysłu, co spowodowało nawrót napięć politycznych.

Co dalej?

Trudności rządu nie ograniczają się bowiem do sfery rachunkowości. Gdy produkcja bogactwa się kurczy, chroniczna korupcja i klientelizm władzy bardzo irytują społeczeństwo. Z tego niewątpliwie powodu Partia Justycjalistyczna (PJ) Cristiny Fernández de Kirchner otrzymała tylko 30% głosów w wyborach parlamentarnych w 2013 r., choć dwa lata wcześniej ją samą ponownie wybrano na prezydentkę w pierwszej turze, z 54% głosów. PJ, dysponując względną większością, pozostaje pierwszą siłą w Kongresie, ale sytuacja ta może skomplikować się podczas wyborów prezydenckich w 2015 r., w których konstytucja wyklucza jej udział.

Dotychczas przy sukcesjach lewicowi prezydenci w Ameryce Łacińskiej stosowali dwa rodzaje scenariuszy: albo przeprowadzali reformę konstytucyjną lub zapewniali decyzję sądową zezwalającą na ponowny wybór ustępującego prezydenta (tak było w Wenezueli, Nikaragui, Boliwii…), albo wyznaczali delfina, jak w Chile w 2006 r. uczynił to Ricardo Lagos wyznaczając na następczynię Michelle Bachelet i jak w Brazylii w 2010 r. uczynił to Luiz Inácio Lula da Silva wyznaczając Dilmę Rousseff. Casa Rosada nie może zrobić ani jednego, ani drugiego, gdyż aby tak postąpić, przywódca musi cieszyć się wielką popularnością i być w stanie zdyscyplinować swoją partię. Tak już nie jest w przypadku Cristiny Fernández de Kirchner.

Oczywiście, francuski prezydent François Hollande mógłby pozazdrościć jej 40% pozytywnych opinii. Jej popularność jest jednak znacznie mniejsza niż popularność Lagosa czy Luli. Ponadto ruch peronistowski nigdy nie wyposażył się w instytucjonalne organy podejmowania decyzji i brak mu jasnej orientacji ideologicznej. Opiera się na niepewnych, zasadniczo pragmatycznych i obejmujących niezwykle szeroki wachlarz ideologiczny powiązaniach prowincjonalnych i gminnych baronii partyjnych. Podobnie jak meksykańska Partia Instytucjonalno-Rewolucyjna (PRI), ruch ten stanowi zagadkę dla badaczy europejskich: może on jednocześnie ucieleśniać rządzącą większość i opozycję…

Peronistowski kandydat na prezydenta powinien zatem wyłonić się z wyborów wewnętrznych w sierpniu 2014 r. We wszystkich sondażach zwycięsko wychodzi gubernator prowincji Buenos Aires, Daniel Scioli. Wyróżnia się on umiarkowaniem w dziedzinie gospodarczej i prawicowością w sprawach bezpieczeństwa: odrzucając podwyżkę podatków, żąda zaostrzenia kar za zamachy na własność prywatną. Jeśli chodzi o opozycję, to najlepiej plasują się burmistrz stolicy Mauricio Macri, który przewodzi bardzo konserwatywnemu Zaangażowaniu w Zmianę, oraz były biurokrata kirchnerowski Sergio Massa, który odszedł z rządu, gdyż uznał, że jest on zbyt lewicowy. Reasumując, trzej najlepiej uplasowani kandydaci na następcę Cristiny Fernández de Kirchner sytuują się ideologicznie i politycznie na prawo od niej.

Kirchneryzm przetrwa?

Delikatna sytuacja gospodarcza i niepewność polityczna wywołują niezadowolenie, podobnie jak gafy rządu, który grzeszył szczególną powolnością w modernizacji niesprawnej sieci infrastruktur. W grudniu 2013 r. strajk policjantów doprowadził w wielu miastach do aktów grabieży. W marcu 2014 r. drzwi szkół w wielu prowincjach były zamknięte przez 20 dni z powodu strajku nauczycieli. W kwietniu część związków zawodowych ogłosiła 24-godzinny strajk powszechny, żądając podwyżek płac. Zdarzyło się to po raz pierwszy odkąd do władzy doszli Kirchnerowie.

Nie należy jednak spieszyć się z ogłaszaniem końca kirchneryzmu. Rząd nadal cieszy się poważnym poparciem w społeczeństwie i dysponuje względną większością w obu izbach Kongresu. Po styczniowych zimnych potach udało mu się utrzymać kurs dolara, a dzięki likwidacji zapasów soi po dewaluacji zaczął nawet odbudowywać rezerwy walutowe. Jednocześnie Casa Rosada nadal prowadzi szeroką politykę społeczną: z pomocy dla dzieci z ubogich gospodarstw domowych korzysta 3,5 mln osób, programami kredytów na mieszkania socjalne objęto około 400 tys. osób, zaś planem zapewniającym młodzieży środki na ukończenie szkół średnich – 300 tys. osób. System emerytalny, obejmuje około 90% osób w starszym wieku – więcej niż w jakimkolwiek innym kraju Ameryki Łacińskiej. Bezrobocie udało się utrzymać na historycznie niskim poziomie (7%), a podwyżki płac, o których decyduje się w komisjach parytetowych, realnie pozwalają rekompensować inflację.

Dotychczas kirchneryzmowi udało się przetrwać chwile krytyczne dzięki zwrotom na lewo. W obliczu początkowych trudności, które były dziedzictwem kryzysu 2001 r., wynegocjował on obniżkę sald zadłużenia zagranicznego i wprowadził nowe podatki od soi. W 2008 r., u szczytu kryzysu światowego, znacjonalizował system emerytalny. W konflikcie z agrobiznesem przystąpił do realizacji powszechnej polityki społecznej i zapewnił uchwalenie przez parlament ustawy o małżeństwach homoseksualnych. Gdy w 2010 r. wpadł w pułapkę kryzysu energetycznego, znacjonalizował kompanię naftową YPF. [8] Teraz stoi wobec nowych wyzwań. Zobaczymy, czy uda mu się ponownie wykonać skręt, który go uratuje, wykorzystując swoje osadzenie w terenie, w prowincjach i w wielkich miastach, i aktywizując szeregi swojego ruchu.

tłum. Zbigniew M. Kowalewski


José Natanson – dyrektor edycji Le Monde diplomatique w  Argentynie

[1] A. Denis, „Le retour de la crise argentine et le début de la fin du kirchnérisme", Slate.fr, 29 stycznia 2014 r.

[2] Zob. M. Lemoine, „Czy Grecja powinna naśladować Argentynę?", Le Monde diplomatique – Edycja polska, kwiecień 2012 r.

[3] Stopa wzrostu wg danych oficjalnych. Z powodu kiepskiej wiarygodności oficjalnych wskaźników, podana tu stopa inflacji to średnia stóp podawanych przez różne źródła prowincjonalne, prywatne i związkowe.

[4] ADM, Bunge, CHS Argentina, Dreyfus, Cargill, Nidera i Toepfer.

[5] A. Ferrer, „El pecado original de la economía argentina", Le Monde diplomatique – Edición Cono Sur, marzec 2014 r.

[6] Zob. A. Bednik, „Pour tout l’or du Pérou", Le Monde diplomatique, marzec 2014 r.

[7] Dane Komisji Komisja Gospodarczej Narodów Zjednoczonych ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CEPAL/UNECLAC).

[8] Zob. J. Natanson, „Argentyna odnajduje ropę naftową", Le Monde diplomatique – Edycja polska, czerwiec 2012 r.

Archiwum na płycie DVD 

Płytę DVD ze stu numerami
Le Monde-diplomatique
(pliki PDF o wysokiej rozdzielczości)
można zamawiać pod adresem:
redakcja@monde-diplomatique.pl
w cenie 39 zł. Wysyłka gratis.

Biblioteka LMD 
Jarosław Urbański. Prekariat i nowa walka klas

Jarosław Urbański analizuje prekaryzację w kontekście historycznym, socjologicznym i ekonomicznym. Skupia się na formach oporu wypracowywanych przez prekariat, podkreślając, że wprawdzie nie jest on żadną nową klasą, ale niepewni pracownicy nie są bezbronni wobec nowych postaci wyzysku ukrytych pod fasadą elastyczności.

Galeria książek

LMD  poleca
John Bellamy Foster, Robert W. McChesney. Kryzys bez końca

Rzecz o współczesnych, światowych gospodarkach realnego kapitalizmu, w których monopolizacja i finansjeryzacja doprowadziła do permanentnego stanu stagnacji – kryzysu bez końca. Przejmujący opis i analiza wyzysku megakorporacji, których realna konkurencja ogranicza się do znajdowania coraz to nowych miejsc i sposobów eksploatacji siły roboczej – od Stanów Zjednoczonych po Chiny i Azję Południową.

Galeria książek

Bestseller  LMD
Leokadia Oręziak. OFE: katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce

Dzięki tej gigantycznej, imponująco zakrojonej pracy zyskujemy zupełnie inną perspektywę w ocenie OFE niż ta, która dominuje w obiegu publicznym w Polsce. Autorka daje kapitalny przegląd dyskusji nad przyczynami wprowadzenia filara kapitałowego i przedstawia wpływ OFE zarówno na przyszłe emerytury, jak i finanse publiczne. Wpływ, dodajmy, katastrofalny.

Galeria książek

Książki i czasopisma naszego wy- dawnictwa są do nabycia w księgar- niach i Empikach lub do zamówienia bezpośrednio w redakcji za zalicze- niem pocztowym.