Największy światowy miesięcznik społeczno-polityczny
NUMER BIEŻĄCY  ARCHIWUM   PRENUMERATA    BIBLIOTEKA   REDAKCJA    WYDAWNICTWO   KONTAKT
Spis treści numeru 01/131

styczeń 2017

  LMD na portalu Facebook

Wybrane artykuły

Serge Halimi
Matrioszki

Przemysław Wielgosz
Rasizm ponadpartyjny

Michael T. Klare
Polityka zagraniczna wg Trumpa

Mohammad R. Djalili, Thierry Kellner
Iran i Turcja:
sojusznicy czy rywale?

Stefan Zgliczyński
Zygmunt Bauman

Tylko na stronie www

DOKUMENTY

Europejska Konferencja w Obronie
Publicznej Służby Zdrowia
Deklaracja

Damien Millet i Eric Toussaint
Dekada globalizacji i oporu
(1999-2009)

Raport ONZ
Wpływ blokady ekonomicznej
na sytuację humanitarną Gazy

ARTYKUŁY

Antoni Wiesztort
Największa grabież w powojennej historii stolicy

Agnès Sinaï
Zmiany klimatyczne podsycają konflikty

Gilbert Achcar
Religia między wyzwoleniem a fundamentalizmem

KOMENTARZE I POLEMIKI

Ala Qandil
U bram Europy

Przemysław Wielgosz
Prorocy na puszczy

Tadeusz Klementewicz
Uwagi o „Dekadzie przełomu”
Michała Siermińskiego

Warto przeczytać

Stefan Zgliczyński
„Miasta śmierci”
pod butem Persaka

LMD - grudzień 2016

Martine Bulard
Pekin na zakręcie
LMD - kwiecień 2011

Janet Biel
Kobiety i natura, czyli
recydywa mistycyzmu

LMD - maj 2011

Loïc Wacquant
Anatomia nowej miejskiej biedy
LMD - czerwiec 2008

Michel Löwy
Krytyka postępu technologicznego
LMD - maj 2008

Ala Qandil
U bram Europy

Bułgarskie władze polują na uchodźców usiłujących przedostać się przez terytorium tego kraju w głąb Unii Europejskiej. Działania te budzą oburzenie obrońców praw człowieka lecz wpisują się w unijną politykę graniczną, która doprowadziła do zeszłorocznego „kryzysu uchodźczego.” Tymczasem, mimo zimy, strumień uciekinierów z obszarów ogarniętych wojnami nie wysycha.

W chłodny grudniowy wieczór, na ponurej belgradzkiej stacji kolejowej, tłum podróżnych zbiera się pod drzwiami pociągu do Lublany. Tłoczno jest jednak tylko przy krańcowych wagonach jadących do Szidu, małego miasteczka przy granicy Serbii z Chorwacją. Na pasażerów, nerwowo przestępujących z nogi na nogę, przeciskających się w stronę wejścia z niewielkimi tobołkami, krzyczą policjanci, wydając bezsensowne, czasem sprzeczne polecenia. Konduktorzy uparli się, żeby sprawdzać bilety przed wejściem do pociągu, zamiast już w środku. Powstaje zamęt, atmosfera staje się napięta. Wielu spośród tych podróżnych od długich miesięcy przeprawia się przez kolejne kraje i kolejne granice. Po drodze trafiali na różne osoby – raz w granatowych, a raz w zielonych mundurach, innym razem w szarych, żółtych czy niebieskich kamizelkach zarezerwowanych dla organizacji pomocowych. Często te osoby, nie oferując zbyt wielu wyjaśnień, instruowały ich, wydawały rozkazy, dawały dobre i złe rady. Pasażerowie pewnie są tym już zmęczeni – wskazówki, nakazy, raz uprzejmie, raz wykrzykiwane w obcym dla nich języku, wszystko jedno, muszą być coraz bardziej irytujące.

Gdy serbscy policjanci pokrzykują na rosnący tłum, D, G i M, trzech Afgańczyków, którzy nie chcą byśmy używali ich prawdziwych imion, pyta czy odtąd będzie łatwiej. Nikt nie wie. Na trasie tej wielkiej wędrówki wszystko się zmienia, co tydzień, co dzień, co godzinę. Nikt już nie nadąża. D był piłkarzem, zaczął studiować. G, trochę starszy, grał profesjonalnie w krykieta. M milczy i tylko uśmiecha się z ulgą. Podróżują od blisko dwóch miesięcy. Liczą, że najgorsze już mają za sobą. Najgorsze, czyli Iran, Turcję i Bułgarię. „Turcy to mili ludzie. Gościnni, pomocni. Zupełnie co innego niż w Bułgarii”, mówi wiele osób, które przeprawiały się przez granicę turecko-bułgarską. G próbował ją pokonać sześć razy. Pięć razy złapała go bułgarska policja albo straż graniczna, trudno ustalić. Kilka razy go pobili, dwa razy ukradli mu telefon, z 32 osób, z którymi był na granicy w lesie, przynajmniej 10 aresztowali, reszcie udało się uciec. Zdecydowali się na lądową przeprawę przez Bułgarię zamiast przez morze do Grecji, bo nie umieją pływać i bali się wody, a przemytnicy podobno liczą sobie mniej za tę trasę. Gdy opowiada, do ich grupy dołącza kolejny chłopak, z podbitym okiem. D i G zachęcają go, żeby wyjawił co się z nim stało w Bułgarii. Nie chce. Mówi tylko, że też trafił na policję. Wiele osób twierdzi, że gdyby wiedziało, co czeka ich w Bułgarii, nie uciekaliby  do Europy. Że gdyby wiedzieli, wybraliby życie pod rządami Państwa Islamskiego lub talibów.

Policja w Bułgarii bije i rabuje

O systematycznej przemocy wobec przeprawiających się przez Bułgarię uchodźców wciągu ostatnich dwóch lat pisały różne organizacje praw człowieka1. Z ich raportów wynika, że pobicia, kradzieże i nielegalne deportacje to typowe metody powstrzymywania migrantów przed przekraczaniem granicy stosowane przez bułgarskie służby. Autorzy zwracali również wielokrotnie uwagę na fatalne warunki w ośrodkach detencyjnych.  Zdarzały się też przypadki postrzeleń, a nawet tortur. Dziennikarskie śledztwo przeprowadzone przez bułgarską telewizję publiczną w 2013 r. wykazało, że dowódcy jednostek straży granicznej nieoficjalnie nakazują swoim podwładnym stosowanie przemocy. Chociaż opowieści osób, które przebyły tę trasę w grudniu,  wskazują na to, że sytuacja nie poprawiła się znacząco, do dzisiaj ten temat nie przebił się na dobre do międzynarodowych mediów. Na wschodniej granicy Bułgarii stacjonują funkcjonariusze Fronteksu, a David Cameron podczas swojej grudniowej wizyty w Bułgarii chwalił jej premiera za skuteczne metody powstrzymywania migracji2. Nie jest możliwe by tak szeroko rozpowszechnione nadużycia ze strony bułgarskich służb mundurowych umknęły uwadze unijnych urzędników. Ich milczące przyzwolenie wskazuje na to, że metody stosowane w Bułgarii wpisują się w przyjętą przez UE strategię ochrony granic,  której dramatyczne konsekwencje widać już od lat na Morzu Śródziemnym czy w Ceucie i Melilli.

D, G i M, których spotkaliśmy na dworcu w Belgradzie, przyjechali tam z Dimitrowgradu – miasteczka malowniczo położonego na łagodnych zboczach u podnóży Bałkanów, po serbskiej stronie granicy z Bułgarią. Podobnie jak inni uchodźcy nie mieli jednak szansy zobaczyć brukowanych uliczek Dimitrowgradu czy świątecznej choinki na placu przed ratuszem. Wiedzeni przez przemytników lub GPS-y, zeszli z gór prosto w ręce lokalnych taksówkarzy, którzy za 100 euro od osoby przewieźli ich do obozu rejestracji uchodźców oddalonego o kilka kilometrów. Obóz to otoczony niskim płotkiem plac przed starym posterunkiem straży granicznej, na którym rozstawiono kilka baraków. Na miejscu wszyscy szepczą o mafii taksówkarsko-autobusowej, operującej pod okiem policji. Uchodźcy nie dowiadują się o tym, że mogą pojechać do Belgradu pociągiem, trzy razy tańszym niż autobus, na który bilet kosztuje 30 euro. A kolejne osoby obrabowane przez policję w Bułgarii, często docierają do Dimitrowgradu bez grosza przy duszy. W tym obozie przebywają ledwie kilka godzin – rejestrują się, wymieniają ubrania i buty zniszczone wieloma dniami brnięcia przez las i spania pod gołym niebem.

Jak przetrwać na pograniczu?

Przed płotem obozu, przy wejściu do autobusu zabierającego uchodźców do Belgradu, J, rudy brodacz, Afgańczyk, przymierza ciężkie zimowe buty rozdawane przez jedną z organizacji pomocowych. Połowa jego towarzyszy podróży ma już takie same na nogach. J także bierze nową parę, jego stare buty już do niczego się nie nadają. Uśmiecha się z ulgą, odpala papierosa i częstuje kolegę. Obydwaj mówią, że to już ich ostatnie papierosy w życiu, w Europie rzucają. Nie dopalają ich do końca, bo sprzedawca biletów w autobusie zaczyna na nich machać, żeby się pakowali do środka – trwa właśnie jedno z wielu liczeń pasażerów. Pośpiesznie wbiegają do autobusu, który jednak nigdzie nie jedzie. Ruszy dopiero, gdy się wypełni, czyli za kilka godzin.

W ostatniej chwili do autobusu dociera nowa grupa Afgańczyków. Jeden z nich, N, od wolontariuszy stojących przed wejściem dostaje czapkę. Przyda się. W zimne noce, spędzane na oczekiwaniu na kolejny transport, cenny jest każdy element garderoby. Naciąga zatem czapkę nisko na czoło i zaczyna opowiadać. Ma 16 lat, jest z Afganistanu. W podróż wyruszył sam. Jak inni chłopcy i mężczyźni, wziął na siebie ryzyko i trudy tej trasy, żeby potem bezpiecznie  ściągnąć resztę rodziny. Z Afganistanu do Iranu, z Iranu do Turcji. Z Turcji do Bułgarii. Z Bułgarii policja zawróciła go dwa razy do Turcji. Udało się dopiero za trzecim. „Bułgarscy policjanci złapali nas, wrzucili do samochodu, pobili i wywieźli do Turcji. Spytali skąd jesteśmy, powiedziałem, że z Afganistanu. Zaczęli nas okładać jeszcze mocniej”, mówi. Wrócili do przygranicznego miasta, Edirne. N spędził tam z grupą jedną noc i na drugi dzień ruszyli z powrotem, pieszo przez góry na turecko-bułgarskiej granicy. Szli z przemytnikiem. O przemytnikach ludzie mówią różne rzeczy – część z nich to mafia, inni po prostu reagują na potrzeby stworzone przez unijną politykę zamykania granic. Na tej granicy dominują Afgańczycy, ale w przeprowadzanie ludzi zaangażowanych jest też przynajmniej kilka osób z przygranicznych tureckich miejscowości.

Ludzie dzielą się obiadem

Mieszkańcy wiosek położonych przy samym płocie lub niewidzialnej linii rozdzielającej Turcję i Bułgarię często karmią, opatrują, odziewają, a jak trzeba, to nawet przyjmują do siebie, poturbowanych Syryjczyków, Afgańczyków czy Irakijczyków, wypchniętych przez bułgarską policję. Szukrupasza to jedna z takich wsi, zamieszkana głównie przez Pomaków, muzułmańskich Słowian. Gdy przyjeżdżamy, wieś zalewa popołudniowe słońce. We wsi nie ma ani jednej młodej osoby. Same ogorzałe, pomarszczone twarze – kobiet, które rozsiadły się rozpościerając swoje kwieciste spódnice na zimowej trawie nieopodal meczetu, czy mężczyzn popijających słodką herbatę w wiejskiej kawiarni. Jej właściciel nie chce, żebyśmy go nagrywali i przestrzega innych. Małe grupy poturbowanych, obdartych, czasem rannych osób przychodzą od strony granicy, mijają po drodze meczet i dochodzą do małego skwerku w środku wsi. Jednak mało kto chce o tym opowiadać. Mieszkańcy Szukrupaszy rzucają tylko zdawkowe odpowiedzi. Zwodzą nas, gdy dopytujemy o szczegóły. Jakby  się dogadali. Może ktoś ich ostrzegł i boją się zarzutów o udział w przemycaniu ludzi? A może straż graniczna nie chce by było wiadomo co dzieje się na granicy. Muhtar, czyli sołtys, także nie jest zbyt wylewny. Gdy pytamy, kiedy ostatnio byli u nich uchodźcy, mówią: wczoraj, tydzień temu, raz w tygodniu bywają, od miesiąca ich nie widzieliśmy. Czy wchodzą do wsi? Wchodzą, idą główną drogą, aż ktoś po nich przyjedzie, biwakują obok wsi, spod granicy od razu zabiera ich straż graniczna, widujemy ich tylko z daleka. Czym ich karmicie? „Kobiety im gotują”, mówią mężczyźni. Ja im nic nie gotowałam – odpowiada jedna z kobiet siedzących na trawie. A Wy? – wszystkie jej koleżanki milczą. To co oni jedzą? „Ludzie dzielą się obiadem, dają im chleb, jogurt. Jeśli są dzieci, to mamy problem, bo u nas nie ma dzieci, nie ma niemowlaków i nie wiemy czym te najmniejsze karmić. A kiedyś przyszła do nas kobieta z trzydniowym noworodkiem.” A czy nocują tu czasem? „Nie, nigdy.” Gdy już odjeżdżamy, starszy mężczyzna w przydużym granitowym garniturze, mówi, że kiedyś zatrzymała się na kilka dni u nich w domu młoda kobieta, z dzieckiem, ranna. Z 20-osobowej grupy, z którą podróżował spotkany w Dimtrowgradzie N – nikt poza nim jeszcze nie dotarł do Serbii. Czekają ich kolejne próby przekroczenia granicy z Bułgarią. Możliwe, że zawitają jeszcze do Szukrupaszy.


Ala Qandil – Korespondentka Le Monde diplomatique – edycja polska
na Bałkanach. Tekst powstał dzięki wsparciu Funduszu Mediów.

[1] Patrz: raport Human Rights Watch z kwietnia 2014 r. oraz raport Belgrade Human Rights Centerz listopada 2015 roku

[2] http://www.theguardian.com/politics/2015/dec/04/david-cameron-warned-avoid-condoning-abuse-refugees-bulgarian-border.

Współpraca wydawnicza
LMD  poleca
Czystki etniczne w Palestynie

W Czystkach etnicznych w Palestynie Ilan Pappé sięga do wydarzenia, bez którego nie można zrozumieć genezy izraelskiej okupacji Palestyny, a także charakteru najdłuższego konfliktu na Bliskim Wschodzie. Izraelski historyk pisze o Nakbie, brutalnej czystce etnicznej na 800 tys. ludzi, która stała się fundamentem państwa Izrael.

Galeria książek

LMD  poleca
Jean Ziegler

W Szwajcarii, złocie i ofiarach Jean Ziegler w bezpardonowy sposób rozprawia się z rzekomą „neutralnością” Szwajcarii podczas II wojny światowej. Opisuje też antysemityzm władz szwajcarskich (wydawanie na pewną śmierć uchodźców żydowskich), a także hipokryzję i zakłamanie szwajcarskich bankierów „piorących” przez całą wojnę hitlerowskie złoto zrabowane w podbitych krajach oraz podczas Holocaustu.

Galeria książek

Biblioteka  LMD
Dekada przełomu

Michał Siermiński podjął się pionierskiej pracy, aby wyjaśnić, kiedy faktycznie tacy wybitni weterani opozycji demokratycznej – lecz pierwotnie socjalistycznej – jak Jacek Kuroń i Adam Michnik zmienili poglądy. Okazuje się, że nastąpiło to w ciągu dziesięciolecia poprzedzającego wybuch rewolucji „Solidarności” z lat 1980-1981, a nie po jej stłumieniu – i że była to bardzo radykalna zmiana całego paradygmatu.

Galeria książek

Broszura o TTIP 

Pobierz broszurę autorstwa Johna Hilary'ego pt. "Transatlantyckie Partnerstwo w Dziedzinie Handlu i Inwestycji. Fundament deregulacji, atak na miejsca pracy, kres demokracji".

Archiwum na płycie DVD 

Płytę DVD ze stu numerami
Le Monde-diplomatique
(pliki PDF o wysokiej rozdzielczości)
można zamawiać pod adresem:
redakcja@monde-diplomatique.pl
w cenie 39 zł. Wysyłka gratis.

Książki i czasopisma naszego wy- dawnictwa są do nabycia w księgar- niach i Empikach lub do zamówienia bezpośrednio w redakcji.