Największy światowy miesięcznik społeczno-polityczny
NUMER BIEŻĄCY  ARCHIWUM   PRENUMERATA    BIBLIOTEKA   REDAKCJA    WYDAWNICTWO   KONTAKT
Spis treści numeru 06/148

czerwiec 2018

  LMD na portalu Facebook

Wybrane artykuły
Tylko na stronie www

DOKUMENTY

Europejska Konferencja w Obronie
Publicznej Służby Zdrowia
Deklaracja

Damien Millet i Eric Toussaint
Dekada globalizacji i oporu
(1999-2009)

Raport ONZ
Wpływ blokady ekonomicznej
na sytuację humanitarną Gazy

ARTYKUŁY

Antoni Wiesztort
Największa grabież w powojennej historii stolicy

Agnès Sinaï
Zmiany klimatyczne podsycają konflikty

Gilbert Achcar
Religia między wyzwoleniem a fundamentalizmem

KOMENTARZE I POLEMIKI

Tomasz Nowicki
Jak nie pomagać uchodźcom

Tadeusz Klementewicz
Kompradorzy znad Wisły

Dariusz Zalega
Polityka horroru

Warto przeczytać

Jakub Sypiański
Nowa lewicowa postlewica?
Maj 2017

Stefan Zgliczyński
„Miasta śmierci”
pod butem Persaka

LMD - grudzień 2016

Martine Bulard
Pekin na zakręcie
LMD - kwiecień 2011

Janet Biel
Kobiety i natura, czyli
recydywa mistycyzmu

LMD - maj 2011

Loïc Wacquant
Anatomia nowej miejskiej biedy
LMD - czerwiec 2008

Michael T. Klare
Ku trzeciej wojnie w Zatoce

Po tym, jak Donald Trump zdecydował się podrzeć porozumienie nuklearne z Iranem, pora zacząć się zastanawiać, co oznaczałaby trzecia wojna w Zatoce. Na podstawie doświadczeń z ostatnich 16 lat amerykańskich poczynań na szeroko rozumianym Bliskim Wschodzie można stwierdzić: nie byłaby piękna.

The New York Times doniósł niedawno, że siły specjalne U.S. Army udzielają potajemnej pomocy wojskom Arabii Saudyjskiej w walce ze wspieranymi przez Iran rebeliantami Husich w Jemenie. Był to tylko najnowszy z serii poprzedzających deklarację prezydenta Trumpa znaków wskazujących, że Waszyngton przymierza się do kolejnej wojny w regionie Zatoki Perskiej. Pierwsze dwie wojny w Zatoce – Operacja „Pustynna Burza" (kampania z roku 1990 w celu wyparcia sił irackich z Kuwejtu) oraz inwazja USA na Irak w roku 2003 – kończyły się amerykańskimi „zwycięstwami", które rozpętywały szerzące się jak zaraza erupcje działalności terrorystów takich jak Organizacja Państwo Islamskie, miliony ludzi zmieniały w uchodźców, i katastrofalnie destabilizowały szeroko pojęty rejon Bliskiego Wschodu. Trzecia wojna w Zatoce – nie przeciwko Irakowi, lecz Iranowi i jego sojusznikom – niewątpliwie zakończyłaby się kolejnym amerykańskim „zwycięstwem", po którym zapewne nastąpiłby jeszcze straszniejszy chaos i rozlew krwi.

Tak jak pierwsze dwie wojny w Zatoce, ta trzecia mogłaby polegać na zmasowanych starciach różnych rodzajów sił amerykańskich i irańskich, nie tylko dobrze uzbrojonych armii państwowych. Co prawda, Stany Zjednoczone toczyły w ostatnich latach walki z Daesz i innymi ugrupowaniami terrorystycznymi na Bliskim Wschodzie i gdzie indziej, tego typu działania jednak nie bardzo przypominają wojnę z nowoczesnym państwem, zdeterminowanym do obrony swej suwerenności terytorialnej za pomocą profesjonalnych sił zbrojnych i posiadającym wolę, jeśli nie możliwości, by przeciwstawić się potężnym systemom militarnym USA.

Tym, co odróżniałoby trzecią wojnę w Zatoce od bliskowschodnich konfliktów z ostatnich lat, byłby geograficzny zasięg działań wojennych i liczba potencjalnie zaangażowanych liczących się graczy. Z wszelkim prawdopodobieństwem, teren działań wojennych rozciągałby się od wybrzeży Morza Śródziemnego, gdzie Liban sąsiaduje z Izraelem, po Cieśninę Ormuz, gdzie Zatoka Perska otwiera się na Ocean Indyjski. Udział w wojnie brałyby, z jednej strony: Iran, syryjski reżim Baszara al-Asada, Hezbollah z Libanu, i rozmaite szyickie grupy paramilitarne w Iraku i w Jemenie; z drugiej strony – Izrael, Arabia Saudyjska, Stany Zjednoczone i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA). Gdyby walki w Syrii wymknęły się spod kontroli, mogłoby nawet dojść do zaangażowania sił rosyjskich.

Wszystkie te strony w ostatnich latach zbroiły się na potęgę, gromadząc arsenały nowoczesnych broni, co gwarantuje, że ewentualne walki będą ciężkie, krwawe i straszliwe w skutkach. Iran nabywa różne rodzaje nowoczesnego uzbrojenia od Rosji, a także posiada własny, liczący się przemysł zbrojeniowy. Sam z kolei zaopatruje reżim Asada w nowoczesną broń, a podejrzewa się, że także wysyła rakiety i amunicję dla Hezbollahu. Izrael, Arabia Saudyjska i ZEA należą do głównych odbiorców zaawansowanego amerykańskiego uzbrojenia wartego dziesiątki miliardów dolarów, a prezydent Trump obiecał im jeszcze o wiele więcej.

Wszystko to oznacza, że gdyby tylko padła zapalna iskra, trzecia wojna w Zatoce mogłaby szybko osiągnąć ogromne rozmiary i niewątpliwie przyniosłaby mnóstwo ofiar wśród żołnierzy i ludności cywilnej, a także wygenerowała nowe strumienie uchodźców. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy staraliby się szybko pozbawić Iran zdolności do prowadzenia wojny za pomocą wielu fal uderzeń lotniczych i rakietowych, po części na pewno skierowanych na obiekty umiejscowione na terenach gęsto zaludnionych. Iran i jego sojusznicy staraliby się odpowiadać atakami na cenne strategicznie cele w Izraelu i Arabii Saudyjskiej, w tym na wielkie miasta i rafinerie. Można się spodziewać, że osobne ataki na koalicję na czele z USA zaczęliby przypuszczać szyiccy sojusznicy Iranu w Iraku, Jemenie i innych krajach. Do czego by doprowadził taki konflikt zbrojny, tego oczywiście nie sposób przewidzieć, jednak dotychczasowa historia XXI w. pozwala sądzić, że – cokolwiek się wydarzy – nie wszystko potoczy się zgodnie ze starannie opracowanymi planami generałów (bądź ich cywilnych zwierzchników), a koniec nie będzie ani zgodny z oczekiwaniami, ani pomyślny.

Podobnie trudno przewidzieć, jaki konkretnie incydent czy seria wypadków stanie się ową iskrą wywołującą wojnę. Oczywiste natomiast wydaje się to, że po odrzuceniu przez prezydenta Trumpa układu w sprawie programu nuklearnego świat jest coraz bliższy momentu, gdy zainicjowany taką iskrą łańcuch wydarzeń roznieci bliskowschodni konflikt z maksymalną siłą. Można, przykładowo, wyobrazić sobie, że wydarzeniem zapalnym będzie jakieś starcie między izraelskimi a irańskimi kontyngentami wojskowymi na terenie Syrii. Podobno Irańczycy pozakładali tam swoje bazy, aby z jednej strony wspierać reżim Asada, a z drugiej, pompować do Libanu broń dla Hezbollahu. 10 maja izraelskie odrzutowce dokonały nalotów na kilka takich miejsc po tym, jak na okupowane przez Izrael Wzgórza Golan zostały ostrzelane ogniem zaporowym, rzekomo przez irańskich żołnierzy znajdujących się w Syrii. Z pewnością czekają nas kolejne izraelskie uderzenia w miarę jak Iran będzie dążył do ustanowienia i kontrolowania tzw. mostu lądowego między Irakiem i Syrią a Libanem. Inną potencjalną iskrę zapalną mogą stanowić kolizje lub inne incydenty pomiędzy amerykańskimi i irańskimi okrętami w Zatoce Perskiej, gdzie często dochodzi do wzajemnie agresywnych gestów ze strony marynarek wojennych obu państw. Bez względu na charakter owego pierwszego starcia, błyskawiczna eskalacja konfliktu może nastąpić niemal bez ostrzeżenia.

Wszystko to nasuwa pytanie: dlaczego Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w regionie zbliżają się coraz bardziej do kolejnej wielkiej wojny w Zatoce Perskiej? Dlaczego właśnie teraz?

Impuls geopolityczny 

Pierwsze dwie wojny w Zatoce były w dużym stopniu motywowane geopolityką ropy. Od czasu II wojny światowej, w miarę rosnącego uzależnienia Stanów Zjednoczonych od ropy naftowej z importu, miało miejsce ich stopniowe zbliżanie się do Arabii Saudyjskiej, będącej czołowym producentem ropy na świecie. W ramach tzw. doktryny Cartera, ogłoszonej w styczniu 1980 r., USA po raz pierwszy przyrzekły sobie nie dopuszczać, jeśli trzeba, przy użyciu siły, by cokolwiek zakłóciło dopływ ropy dla nich i ich sojuszników z Arabii Saudyjskiej i innych krajów w rejonie Zatoki Perskiej. Ronald Reagan, pierwszy prezydent, który wprowadzał tę doktrynę w życie, podpisał zgodę na „przeflagowanie" saudyjskich i kuwejckich tankowców, aby pływając pod banderą USA korzystały one z ochrony amerykańskiej marynarki wojennej w czasie 8-letniej wojny irańsko-irackiej, rozpoczętej w roku 1980. Gdy irańskie niszczyciele zagrażały takim tankowcom, były odganiane przez amerykańskie okręty – były to pierwsze przypadki starć militarnych między USA a Iranem. Prezydent Reagan stawiał sprawę jednoznacznie: „Irańczycy nie będą dyktować, kto może korzystać ze szlaków morskich Zatoki Perskiej".

Geopolityka ropy miała też pierwszorzędny wpływ na decyzję USA o interwencji w trakcie pierwszej wojny w Zatoce. Gdy siły irackie w sierpniu 1990 zajęły Kuwejt i wydawało się, że szykują się do inwazji na Arabię Saudyjską, prezydent George H.W. Bush oznajmił, że USA wyślą wojska w obronie królestwa, tym samym realizując na bieżąco Doktrynę Cartera. „Nasz kraj obecnie importuje niemal połowę zużywanej ropy i jego niezależność gospodarcza mogłaby się znaleźć w poważnym niebezpieczeństwie", oświadczył, po czym dodał: „Niezawisłość Arabii Saudyjskiej leży w żywotnym interesie Stanów Zjednoczonych".

W przypadku decyzji prezydenta George’a W. Busha o inwazji na Irak w marcu 2003 r. naftowy wymiar strategii USA był mniej oczywisty, ale nadal obecny. Ludzie z jego najbliższego otoczenia, szczególnie wiceprezydent Dick Cheney, twierdzili, że władający Irakiem Saddam Husajn stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa szlaków naftowych w Zatoce Perskiej i dlatego trzeba go wyeliminować. Inni członkowie rządu zacierali ręce na myśl o perspektywie prywatyzacji państwowych pól naftowych w Iraku i oddania ich w ręce amerykańskich firm petrochemicznych (myśl ta najwyraźniej zadomowiła się na stałe w umyśle Donalda Trumpa, który w czasie kampanii wyborczej roku 2016 wielokrotnie powtarzał: „powinniśmy byli utrzymać ropę").

Dziś ropa zeszła na dalszy plan, o ile w ogóle nie przestała się liczyć w geopolityce Zatoki Perskiej, a na czoło wysunęły się inne kwestie. Największe znaczenie w aktualnej militarnej rozgrywce mają nasilające się zmagania o regionalną dominację między Iranem a Arabią Saudyjską (z uzbrojonym w broń jądrową Izraelem w tle). Każde z tych państw uważa się za środek sieci bliskich im duchowo krajów i społeczeństw — Iran czuje się liderem dla okolicznych populacji szyickich, Arabia Saudyjska – dla sunnickich. Każde z nich niechętnym okiem patrzy na jakiekolwiek zdobycze drugiego. Sytuację komplikuje fakt, że prezydent Trump, wyraźnie żywiący głęboką antypatię do Irańczyków, zdecydował się „zagrać w lidze" Saudyjczyków (jak on sam mógłby się wyrazić), podobnie jak Izrael Benjamina Netanjahu, obawiający się rosnącego znaczenia Iranu w regionie. W rezultacie, jak sugeruje historyk wojskowości Andrew Bacevich, nastąpiła „inauguracja osi Arabia Saudyjska-USA-Izrael" oraz „spore przegrupowanie strategicznych związków Stanów Zjednoczonych".

Przejście od strategii ropocentrycznej, kładącej nacisk na siłę militarną, do bardziej konwencjonalnej rywalizacji między regionalnymi konkurentami, w którą od dłuższego czasu jest uwikłane ostatnie supermocarstwo, tłumaczy się kilkoma kluczowymi czynnikami. Po pierwsze, zależność Ameryki od importowanej ropy w ostatnich latach gwałtownie zmalała wskutek rewolucji w technologii wierceń, umożliwiającej masową eksploatację krajowych złóż łupków metodą szczelinowania hydraulicznego. W rezultacie ciągłość dostaw z Zatoki Perskiej ma teraz dla Waszyngtonu znaczenie dużo mniejsze niż w poprzednich dekadach. W roku 2001, według danych naftowego giganta BP, Stany Zjednoczone opierały swoje zużycie ropy netto w 61% na imporcie; do roku 2016 udział ten spadł do 37% i dalej spada — a tymczasem USA w dalszym ciągu utrzymują swoje głębokie zaangażowanie na Bliskim Wschodzie, czego smutnym świadectwem jest półtorej dekady nieustającej wojny, walk z podziemiem, nalotów dronów i innych akcji militarnych.

Dokonując inwazji na Irak w 2003 r. i okupując ten kraj, Waszyngton przy okazji wyeliminował znaczącą ostoję siły sunnitów, jaką był ów kraj pod rządami Saddama Husajna, zaledwie dwie dekady wcześniej trzymającego z USA przeciwko Iranowi. Paradoksalnym skutkiem inwazji była więc ekspansja wpływów szyitów i to, że największym – a może nawet jedynym – wygranym zapoczątkowanej wtedy wojny okazał się Iran. Część zachodnich analityków uważa, że największą z geopolitycznego punktu widzenia tragedią owej inwazji było dojście do głosu w posthusajnowskim Iraku polityków szyickich, ściśle powiązanych z Teheranem. Choć obecni przywódcy kraju wydają się być zdecydowani z chwilą ustąpienia Daesz wybrać własną drogę, wiele z silnych milicji szyickich w Iraku — w tym część tych, które istotnie przyczyniły się do wyparcia bojowników Organizacji Państwa Islamskiego z Mosulu i innych głównych miast — utrzymuje bliskie związki z irańskimi Strażnikami Rewolucji.

Wojny w Syrii i Jemenie, same przez się katastrofalne w skutkach, dodatkowo skomplikowały sytuację na geopolitycznej szachownicy, z jaką ma do czynienia Waszyngton od czasu inwazji na Irak – sytuację, z której nigdy się nie wyplątał. W Syrii Iran zdecydował się sprzymierzyć z putinowską Rosją w podtrzymywaniu brutalnego reżimu Asada, dostarczając mu broni, funduszy oraz nieznanej liczby doradców z grona Strażników Rewolucji. Dużą liczbę bojowników wysłał do Syrii na pomoc siłom Asada Hezbollah, szyickie ugrupowanie polityczne z Libanu, posiadające znaczące ramię zbrojne. W Jemenie Irańczycy przypuszczalnie zaopatrują w broń i technikę rakietową Husich, lokalną szyicką grupę rebeliancką, która obecnie sprawuje kontrolę nad północną połową kraju, włącznie ze stolicą, Sana’a.

Saudyjczycy z kolei coraz aktywniej wzmacniają własną siłę militarną i zapewniają ochronę schwytanym w ogień walk społecznościom sunnickim w całym regionie. Starając się stawić opór i dać odpór temu, co odbierają jako rosnące wpływy Iranu, dozbrajają skrajne bojówki, a nawet grupy ewidentnie powiązane z Al-Kaidą, atakowane przez popierane przez Iran siły szyickie w Iraku i Syrii. Jeśli chodzi o Jemen, w roku 2015 zorganizowali oni koalicję sunnickich państw arabskich w celu zmiażdżenia rebelii Husich. Elementem rozpętanej przez koalicję brutalnej wojny jest blokada kraju, która się przyczyniła do wybuchu plagi głodu, a także nieustająca, wspierana przez Amerykanów, kampania nalotów, często skierowanych na cele cywilne – targowiska, szkoły czy wesela. Wszystko to przyczyniło się do śmierci szacunkowo 10 tys. cywilów i wybuchu wyjątkowo ostrego kryzysu humanitarnego w tym i tak zubożałym kraju.

W reakcji na taki tok wypadków administracja Obamy starała się uspokoić sytuację, negocjując z Iranem układ w sprawie tamtejszego programu badań jądrowych i obiecując wzmocnienie powiązań gospodarczych tego kraju z Zachodem w zamian za mniej aktywne zaznaczanie obecności irańskiej poza jego granicami. Strategia ta nigdy jednak nie doczekała się poparcia Izraela ani Arabii Saudyjskiej. Tymczasem zaś Waszyngton w latach Obamy w dalszym ciągu znacząco wspierał oba te kraje, m.in. poprzez olbrzymie dostawy sprzętu wojskowego, uzupełnianie w powietrzu zapasów paliwa saudyjskich samolotów bojowych, ażeby mogły one zapuszczać się bardziej w głąb Jemenu, czy też dostarczanie danych wywiadowczych, które umożliwiały namierzanie celów w prowadzonej przez Arabię Saudyjską wyniszczającej wojnie.

Antyirański triumwirat   

Opisany bieg wydarzeń przed elekcją Trumpa, nabrał od tego czasu przyspieszenia, w niemałym stopniu ze względu na osobowość kluczowych postaci.

Pierwszą z nich jest, ma się rozumieć, prezydent Trump. Przez cały czas trwania kampanii wyborczej regularnie krytykował on układ nuklearny, podpisany przez Iran, Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Rosję, Chiny i Unię Europejską w lipcu 2015 r. Porozumienie to, oficjalnie znane pod nazwą Wspólnego Kompleksowego Planu Działania (Joint Comprehensive Plan of Action – JCPOA), zmusiło Iran do zawieszenia swojego programu wzbogacania uranu w zamian za uchylenie wszystkich sankcji związanych z irańskim programem nuklearnym. Do tego planu Iran skrupulatnie się stosował. Prezydent Obama, wielu znaczących architektów polityki amerykańskiej, a także większość przywódców europejskich twierdzili, że JCPOA — przy wszystkich swoich wadach — stanowi cenny hamulec dla atomowych (a w konsekwencji także innych) ambicji Iranu, natomiast Trump z uporem głosił, że to „fatalny układ", ponieważ nie eliminuje on do ostatka irańskiej infrastruktury jądrowej ani nie zakazuje temu krajowi rozwijania programu pocisków balistycznych. „Ten układ to katastrofa", powiedział w wywiadzie udzielonym Davidowi Sangerowi z The New York Times w marcu 2016 r.

Trump, który zapełnił swój gabinet iranofobami takimi jak nowy sekretarz stanu i jego nowy doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, wydaje się żywić odwieczną wrogość do Irańczyków – być może dlatego, że nie okazują mu należnego w jego odczuciu uwielbienia, za to ma słabość do królewskiego dworu saudyjskiego, który je okazuje. W maju 2017 r., w pierwszą swoją podróż zagraniczną wybrał się on do Rijadu, gdzie tańczył z saudyjskimi książętami taniec mieczy i pławił się w ostentacyjnych popisach bogactwa, na jakie mogą sobie pozwolić tylko naftowi potentaci.

Przebywając w Rijadzie, Trump długo konferował z ówczesnym wicenastępcą tronu Muhammadem ibn Salmanem, 31-letnim synem króla Salmana i jednym z głównych architektów saudyjsko-arabskiej rywalizacji geopolitycznej z Iranem. Książę Muhammad, pełniący funkcję saudyjskiego ministra obrony, a w czerwcu 2017 r. mianowany następcą tronu, gra pierwsze skrzypce w staraniach królestwa (jak dotąd bezskutecznych) o stłumienie rebelii Husich w Jemenie i słynie z zaciekle antyirańskich poglądów.

Wcześniej, podczas obiadu w Białym Domu w marcu 2017 r., ibn Salman, zwany czasem potocznie MbS, oraz prezydent Trump osiągnęli, jak się wydaje, niewypowiedziane wprost porozumienie co do wspólnej strategii: napiętnować Iran jako zagrożenie dla regionu, przekreślić porozumienie nuklearne, i tym samym przygotować grunt pod wojnę, która doprowadzi do rozgromienia Iranu, a przynajmniej do obalenia rządzącego nim reżimu. W Rijadzie, na konferencji z sunnickimi przywódcami arabskimi, prezydent Trump mówił: „Od Libanu przez Irak aż po Jemen, Iran finansuje, uzbraja i szkoli terrorystów, bojówki paramilitarne i inne grupy ekstremistów, które sieją po całym regionie zniszczenie i chaos. Tamtejszy rząd otwarcie mówi o masowym morderstwie, poprzysięga zagładę Izraelowi, śmierć Ameryce, a wielu przywódcom i narodom, nawet obecnym w tej sali – ruinę".

Słowa te, choć niewątpliwie miłe dla uszu słuchaczy – sunnickich władców Arabii Saudyjskiej, Emiratów Arabskich, Kuwejtu i innych, pokrywały się z poglądami trzeciego kluczowego gracza w strategicznym triumwiracie, jaki może niebawem wpędzić region w wojnę na całego, a mianowicie izraelskiego premiera, Benjamina Netanjahu. Netanjahu od lat pomstuje na regionalne ambicje Iranu i grozi akcją militarną w razie jakiegokolwiek irańskiego ruchu naruszającego w jego mniemaniu bezpieczeństwo Izraela. Teraz znalazł wymarzonych sprzymierzeńców w osobach Trumpa i saudyjskiego następcy tronu. W latach Obamy Netanjahu należał do zaciekłych przeciwników porozumienia nuklearnego z Iranem, czemu dał niedwuznaczny wyraz w czasie jednego ze swoich nielicznych wystąpień przed amerykańskim Kongresem na wspólnej sesji obu jego izb w marcu 2015 r. Aż do ostatnich dni przed decyzją Trumpa o wycofaniu się z porozumienia, nie przestawał on przekonywać prezydenta, że układ należy wyrzucić do śmieci, a Iran wziąć na cel.

W owym przemówieniu przed Kongresem w roku 2015, Netanjahu wyłożył wizję, którą Trump i jego sojusznicy zgromadzeni w Rijadzie uznali za swoją, a w której Iran jawi się jako systemowe zagrożenie: „Reżim irański poważnie zagraża nie tylko Izraelowi, lecz również pokojowi na całym świecie", oświadczył Netanjahu z charakterystyczną przesadą. „Przy poparciu Iranu, Asad wyrzyna Syryjczyków. Przy poparciu Iranu, w Iraku szaleją szyickie milicje. Przy poparciu Iranu, Husi przejmują kontrolę nad Jemenem, stwarzając zagrożenie dla strategicznej cieśniny u ujścia Morza Czerwonego. W ten sposób Iran może zyskać drugi, obok Cieśniny Ormuz, punkt możliwej blokady dostaw ropy dla całego świata".

Netanjahu gra jedną z głównych ról w popychaniu i tak już mocno pokaleczonego regionu w stronę wojny, która mogłaby mu przynieść dalsze zniszczenia, zrodzić jeszcze więcej grup terrorystycznych (i jeszcze bardziej sterroryzować cywilów), i potencjalnie wywołać spustoszenia w skali całego świata, zważywszy, że i Rosja, i Chiny opowiadają się po stronie Irańczyków.

Przygotować się na wojnę 

Warto zwrócić uwagę na słowa wypowiedziane przez Netanjahu w Waszyngtonie i przez Donalda Trumpa w Rijadzie. Możliwe, że nie były to tylko popisy retoryki politycznej, lecz ponure proroctwa. Takich proroctw usłyszymy zapewne o wiele więcej w kolejnych miesiącach, w miarę jak Stany Zjednoczone, Izrael i Arabia Saudyjska będą coraz bliższe wojny z Iranem i jego sojusznikami. Choć pewną rolę w tym następstwie zdarzeń odegrają ideologia i religia, ich impet będzie się brać z geopolitycznych zmagań dwóch zdeterminowanych bloków państw o kontrolę nad rejonem Zatoki Perskiej i okolic, z wszystkimi jego bogactwami.

Nikt nie może powiedzieć na pewno, kiedy, i czy na pewno, ścieranie się tych potężnych sił doprowadzi do wybuchu nowej wyniszczającej wojny lub serii wojen na Bliskim Wschodzie. Może się zdarzyć, że jakieś inne względy — niespodziewane zaognienie sytuacji na Półwyspie Koreańskim, jeśli rozmowy Trumpa z przywódcą Korei Północnej, Kim Dzong-unem zakończą się fiaskiem, jakiś nowy kryzys z udziałem Rosji, czy globalne załamanie gospodarcze — skierują uwagę gdzie indziej i osłabią znaczenie rywalizacji geopolitycznej w rejonie Zatoki Perskiej. Bieg wydarzeń mogłaby zmienić także zmiana przywództwa w którymkolwiek z kluczowych państw. Benjaminowi Netanjahu, na przykład, grozi utrata władzy w związku z prowadzonym obecnie przez izraelską policję śledztwem w sprawie wysuwanych wobec niego zarzutów korupcji, a Trump... kto wie? Jeśli jednak nie dojdzie do żadnego z takich nadzwyczajnych zdarzeń, droga do wojny – która z pewnością okaże się drogą do piekła – zdaje się stać otworem, a nad ludzkością wisi widmo trzeciej wojny w Zatoce.

tłum. Jerzy Paweł Listwan

Współpraca wydawnicza
Biblioteka alternatyw
Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz

Rozwijana od lat 40. XX wieku teoria kapitału monopolistycznego oferuje analizę kapitalizmu realnego – fundamentalnie odbiegającą od wolnorynkowych wizji kreślonych w tekstach ekonomistów głównego nurtu. Koncepcje Paula M. Sweezy’ego, Paula M. Barana, Leo Hubermana, Harry’ego Magdoffa, Samira Amina czy Johna Bellamy’ego Fostera nigdy nie straciły na znaczeniu, ale dziś są aktualne jak nigdy dotąd. Na książkę składają się artykuły omawiające różne aspekty teorii kapitału monopolistycznego, jej historię, wpływ, a także prezentujące jej współczesne nurty. Redaktorzy tomu wybrali teksty Paula M. Sweezy’ego, Johna Bellamy’ego Fostera, Samira Amina, Jana Toporowskiego, Jerzego Osiatyńskiego i Mary V. Wrenn, a jeden z nich przeprowadził obszerne wywiady z J. B. Fosterem i Henrykiem Szlajferem.

Galeria książek

Biblioteka  LMD
Ewa Majewska

Teza autorki Kontrpubliczności ludowych i feministycznych jest w zasadzie prosta: w obliczu coraz wyraźniej obserwowanego kryzysu klasycznych strategii emancypacyjnych walk społecznych, warto zwrócić uwagę na pewną specyficzną formę tzw. słabego oporu, jakim jest tworzenie „kontrpubliczności” przez, jak to Majewska określa, podporządkowanych innych. Propozycja wydawnicza Ewy Majewskiej należy do bardzo wąskiej grupy książek, które po prostu ukazać się powinny. (z recenzji dr hab. Tomasza R. Wiśniewskiego)

Galeria książek

Bestseller  LMD
O rewolucji: 1905, 1917

O rewolucji: 1905, 1917 to zbiór tekstów Róży Luksemburg zainspirowanych i poświęconych wybuchom społecznym w Imperium rosyjskim na początku XX w. – rewolucjami 1905 i 1917 r. W pisanych na gorąco tekstach Luksemburg wykracza daleko poza doraźną publicystykę, umieszczając wydarzenia rewolucyjne w szerokim kontekście teoretycznym jaki tworzą jej oryginalne analizy historycznych tendencji kapitalizmu, wojny imperialistycznej, specyfiki Rosji oraz kryzysu i wyzwań stojących przed lewicą. Dzięki temu O rewolucji: 1905, 1917 jest nie tylko świadectwem wydarzeń kluczowych dla historii XX w., ale zachowuje aktualność także dziś.

Galeria książek

Broszura o TTIP 

Pobierz broszurę autorstwa Johna Hilary'ego pt. "Transatlantyckie Partnerstwo w Dziedzinie Handlu i Inwestycji. Fundament deregulacji, atak na miejsca pracy, kres demokracji".

Archiwum na płycie DVD 

Płytę DVD ze stu numerami
Le Monde-diplomatique
(pliki PDF o wysokiej rozdzielczości)
można zamawiać pod adresem:
redakcja@monde-diplomatique.pl
w cenie 39 zł. Wysyłka gratis.

Książki i czasopisma naszego wy- dawnictwa są do nabycia w księgar- niach i Empikach lub do zamówienia bezpośrednio w redakcji.