![]() |
|
||||
|
Nr 3 MAJ 2006 |
|||
|
Edytorial: Iran: plotki o wojnie (wyświetl); Zygmunt Bauman: Okrakiem na barykadzie; Anne-Cécile Robert: Zachód przeciw Zachodowi (wyświetl); Martine Bulard: Drugie oblicze współczesnych Chin; Alain Gresh: Czy można mówić o Arabii Saudyjskiej obiektywnie?; Jacques Bouveresse, Zdrada intelektualistów; Alain Garrigoui: Odradzający się duch kontrrewolucji zagraża kulturze demokratycznej (wyświetl); Michel Onfray: Nędza i wielkość współczesnej filozofii (Pierre Bourdieu, Gilles Deleuze, Michel Foucault, Jean-Paul Sartre); Immanuel Wallerstein: Czy system kapitalistyczny przeżyje swoje 500-lecie?; Leonard Weinglass: Osobliwa historia pięciu kubańczyków; Wolfgang Kaleck: Tortury w Abu Ghraib to nie wyjątek; Steven Hahn: Amerykańskie niewolnictwo i powstanie nowoczesnego świata; Ewa Jasiewicz: Biała sprawiedliwość; Henri Madelin: O pewnej encyklice, która przepadła w szufladzie; Harvey B. Feingenbaum: Hollywood w epoce globalizacji (wyświetl); Milan Kundera: Śmiech i tragedia w teatrze pamięci; Pierre Bourdieu: Rasizm inteligencji; Jean Baudrillard: Złudzenie estetyczne i jego kres. Iran: plotki o wojnie
Amerykański atak na Iran jest już przesądzony. Bombardowanie nastąpi, ale nie wcześniej niż w grudniu. Takie, ponoć sprawdzone, informacje krążą po waszyngtońskich urzędach. Planowany atak i towarzysząca mu propaganda pod wieloma względami przypominają to, co działo się przed inwazją na Irak. Nawet jeśli najgorsze przewidywania się nie sprawdzą, a plotka pozostanie plotką, wrzawa wokół Iranu jest bardzo symptomatyczna. Dobrze pokazuje kierunki i intencje a także stan umysłów strategów Białego Domu. Prezydent Bush i jego wojownicze otoczenie nie interesują się ponoć rzeczywistym charakterem irańskiego programu atomowego (eksperci przewidują, że za sześć, osiem lat będzie on miał broń A), którego rozwój stanowi pretekst dla usprawiedliwienia dążeń do nowej wojny. Jest to wielce prawdopodobne zważywszy ile warte były oskarżenia formułowane przez ekipę Busha cztery lata temu pod adresem Iraku. Co więcej, gdyby problem rozprzestrzeniania broni atomowej naprawdę leżał jej na sercu winna w pierwszym rzędzie zrewidować swą politykę wobec Izraela, który nie dość, że jest jedynym państwem bliskowschodnim posiadającym broń nuklearną (ponad 200 głowic atomowych) i środki do jej przenoszenia, to jeszcze w przeszłości wielokrotnie dawał przekonujące dowody swej agresywnej postawy wobec sąsiadów. Być może, zatem prawdziwa jest teza wielu obserwatorów, że do decyzji o ataku na Iran przyczynił się wyraźny spadek społecznego poparcia dla administracji Busha po jej klęskach w Iraku i Nowym Orleanie. Urzędnicy Białego Domu uznali, że nadszedł ostatni moment na urzeczywistnienie wielkiego planu przebudowy Bliskiego Wschodu. Cóż z tego, że amerykańskie supermocarstwo nie jest w stanie wyjść poza pierwszy, niszczycielski etap jego realizacji. Cóż z tego, że mający być modelem demokratyzacji regionu Irak przekształcił się w piekło? Cóż, że metoda ucieczki do przodu zastosowana już kiedyś w Wietnamie (wobec klęski w walce z partyzantką Vietcongu, USA zaatakowały wtedy Laos i Kambodżę) może przynieść Ameryce więcej szkody niż pożytku? Wobec Iranu argument zmiany reżimu na demokratyczny jest wyjątkowo słaby. USA wyjątkowo mało nadają się do uczenia Irańczyków demokracji. W minionym stuleciu Ameryka kilkakrotnie pokazała, że interesuje ją nie wolność obywateli tego kraju, ale uległość rządu w Teheranie wobec geopolitycznych planów Białego Domu. Tak było w roku 1953, gdy CIA zorganizowała obalenie demokratycznie wybranego premiera Mossadeka, ponieważ odważył się on znacjonalizować tamtejszy przemysł naftowy. Tak było, gdy USA wspierały okrutną dyktaturę szacha Rezy Pahlaviego. Tak było, gdy po jego obaleniu przez ludową rewolucję w roku 1979 Waszyngton uznał Iran za swego wroga i różnymi metodami działał na jego szkodę (m.in. wspierając finansowo reżim Saddama Husajna podczas rozpętanej przezeń wojny przeciw Iranowi). Skoro jednak nie chodzi ani o broń nuklearną, ani o demokrację, to czy w grę wchodzi jedynie kontrola nad irańskimi zasobami ropy naftowej? Wydaje się, że nie tylko. Celem ewentualnego ataku na Iran jest także Europa i wszystkie te państwa, które chciałyby odgrywać rolę alternatywnych wobec USA ośrodków władzy na świecie. Planując atak i mówiąc o nim, USA chcą po raz kolejny potwierdzić swą mocno nadszarpniętą pozycję globalnego hegemona. Kampania przeciw Iranowi to cios w porozumienie energetyczne, którego zawarcie już od jakiegoś czasu planują państwa azjatyckie aspirujące do odgrywania większej roli na arenie światowej (Rosja, Chiny, Indie oraz właśnie Iran). Po raz kolejny działania USA rozbijają też jedność europejską. Różnice w stosunku do kwestii irańskiej już podzieliły Europejczyków, a ewentualny atak zbrojny może być większym ciosem dla projektu europejskiego niż była nim inwazja na Irak. Jest jeszcze jeden, najbardziej ulotny, ale przez
to może najbardziej przerażający aspekt kryzysu irańskiego. Mimo dementi prezydenta
Busha, coraz częściej i coraz łatwiej mówi się o użyciu broni atomowej przeciw
irańskim instalacjom nuklearnym w Isfahanie i Natanz. Już samo pojawienie się
tej retoryki świadczy o dramatycznym regresie kulturowym i etycznym, którego
obecnie doświadczamy. Mamy do czynienia z naruszeniem nuklearnego tabu, które
przez dziesięciolecia stanowiło trwały element świadomości ludzi na całym świecie.
To, co do niedawna wydawało się niedopuszczalne, stało się rozważaną na poważnie
możliwością. Jest to jednak tylko konsekwencja długiego procesu obalania tabu,
które pojawiły się w naszej kulturze w konsekwencji tragicznych doświadczeń
Auschwitz i Hiroszimy. Po zakończeniu zimnej wojny na scenę polityczną zaczęły
powracać siły i idee, które jak się zdawało zginęły wraz z upadkiem faszyzmu.
Powrotowi skrajnej prawicy na salony władzy towarzyszyła retoryka uszczelniania
granic, do której sięgają wszystkie wielkie siły polityczne od konserwatystów
do socjalistów. Do tego dochodzi rasistowska retoryka części mediów, które tradycyjny
europejski antysemityzm zamieniły na wrogość do Arabów i religii muzułmańskiej.
Od wydarzeń z 11 września 2001 r. proces ten jedynie nabrał rozpędu. Łatwość
z jaką urzędnicy Białego Domu mogą dziś mówić o rzekomym zagrożeniu ze strony
Iranu i o konieczności akcji wojskowej przeciw niemu ma swoje korzenie w długiej
historii diabolizowania muzułmańskich mieszkańców Bliskiego Wschodu. Problem
w tym, że owa łatwość mówi przede wszystkim o tych, którzy jej ulegają. Przemysław Wielgosz |
||