|
WYBRANE
ARTYKUŁY
W numerze kwietniowym
Serge Halimi
Protekcjonizm wiecznie żywy
Przemysław Wielgosz
Kto zapłaci za kryzys?
Pierre Conesa
USA zagrożeniem dla Europy?
Ewa Jasiewicz
Nowy etap walki o iracką ropę
Frédéric Lordon
Kryzysy niczego ich nie uczą
KOMENTARZE
I POLEMIKI
Dawid Okularczyk
Dlaczego USA nie chcą zmiany?
Zbigniew M. Kowalewski
Zyski w górę, płace w dół
Patrycja Sokołowska
Kosowo nadzorowane
Maciej Wiśniewski
Ekwador: taniec z prezydentami
Rafał Kownacki
Osaczony Abbas
Joanna Kubiakowska
Afryka i dziennikarstwo newsowe
WARTO
PRZECZYTAĆ
Jean Bricmont
Lewicy
rok 01
LMD - wrzesień 2007
Naomi Klein
Laboratorium
oszańcowanego świata
LMD - czerwiec 2007
José Saramago
Co
zostało z demokracji?
LMD - mai 2007
Roman Kuźniar
Tarcza
zimnowojennej iluzji
LMD - marzec 2007
Karol Modzelewski
Jaruzelski
utorował
drogę Balcerowiczowi
LMD - grudzień 2006
Richard Sennett
Miasto obcych sobie osób
LMD - październik 2006
Immanuel Wallerstein
Czy kapitalizm przetrwa 500 lat?
LMD - maj 2006
Pierre Bourdieu
O europejski ruch społeczny
LMD - kwiecień 2006
BIBLIOTEKA
LMD
Neoliberalizm Historia katastrofy Davi- da Harveya
jest jedną z ważniejszych prac na temat globalnego kapitalizmu.
Jednocześnie jest to pierwsza na pol- skim rynku monografia
neoliberalizmu, koncepcji oraz modelu polityki ekonomicz-
nej, który w ciągu ostatnich trzech dekad stał się wyznaniem
wiary elit politycz- nych i ekonomicznych prawie na całym
świecie..
Nienawiść do demokracji Jacquesa Ran- cière’a
to bezlitosna krytyka elit politycz- nych, ekonomicznych i
intelektualnych, które przekształcają demokracje w pańs- twa
prawa oligarchicznego.
Wirus liberalizmu Samira Amina to waż- ny głos w
sprawach globalizacji, wojny i amerykanizacji świata.
Filozofia Marksa Etienne’a Balibara jest jedną z najważniejszych
książek poś- więconych myśli autora Kapitału.
LMD
POLECA
„Antysemityzm, podobnie jak katolicyzm, zrośnięty jest od
wieków z naszą tra- dycją, obrzędowością i wychowaniem. Bez
nich mielibyśmy jako naród inną świadomość, inną kulturę polityczną,
a nawet inną moralność...”
Do nabycia w księgarniach
i Empikach lub do zamówienia bezpośrednio w re- dakcji
LMD (za zaliczeniem pocztowym w cenie 20 zł za
egz. plus 10 zł za przesyłkę) pod adresem elektronicznym:
redakcja@monde-diplomatique.pl
|
|
 |
A może to właśnie Stany Zjednoczone
są największym zagrożeniem dla Europy...
Szczyt NATO w Bukareszcie 2-4 kwietnia zakończył
się spektakularną porażką planów rozszerzenia Paktu na wschód (Ukraina, Gruzja)
lansowanych przez prezydenta Busha. Nie oznacza to jednak osłabienia pozycji
USA i większej samo- dzielności europejskich członków sojuszu. Mnożą się teksty
i raporty dotyczące więzi transatlantyckich i związków ze Stanami Zjednoczonymi.
Edouard Balladur [1] w swojej książce wychwala nową równowagę czy wręcz unię
Europy i USA w zarządzaniu światowym bezpieczeństwem. No proszę, jakie to łatwe,
były premier Francji utożsamia Zachód z demokracją!!
Pięciu emerytowanych generałów, którzy zajmowali
wysokie funkcje w Pakcie Północnoatlantyckim, proponuje odnowienie przymierza
poprzez stworzenie wspólnego „dyrektoriatu” USA – NATO – Unia Europejska. Ich
raport [2] powraca, zresztą nie bez wątpliwości, do takich amerykańskich pomysłów,
jak nuklearny atak prewencyjny [3]… Ważny think tank z Brukseli, Security and
Defense Agenda (SDA), także próbuje „na nowo przemyśleć” układ między Europą
a Stanami [4].
Wszystkie te teksty mają trzy wspólne punkty:
świat zewnętrzny stanowi w nich zagrożenie dla NATO (przynajmniej wtedy, gdy
o nim wspominają) [5], podczas gdy ideę Zachodu zjednoczonego przez wspólne
wartości uznają za oczywistą (w opozycji do globalizacji rozumianej jako chaos);
domagają się także rozszerzenia prerogatyw NATO, stwierdzając niemoc zachodnich
armii w świetle interwencji w Afganistanie i w Iraku. Jedynie były francuski
minister spraw zagranicznych Hubert Védrine dystansuje się od wszechobecnego
dobrego samopoczucia [6].
Unilateralizm – lek czy choroba?
Istnieje jednak pewna kwestia, której nie poddaje
się dyskusji. To, jak się zdaje, temat tabu – ale czy w ciągu następnych dwudziestu
lat Stany Zjednoczone nie mogłyby stworzyć poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa
międzynarodowe- go? Pytanie, choć bynajmniej nie bezzasadne, przerasta ekipę
urzędującą obecnie w Waszyngtonie, odpowiedzialną za jedną z największych geopolitycznych
katastrof ostatnich piętnastu lat – inwazję na Irak. Może zatem powinno się
przynajmniej sprowokować debatę w Europie? Islamski terroryzm i rozpow- szechnienie
broni masowego rażenia to źródła wielkiego ryzyka. Natomiast godząc się w milczeniu
z twierdzeniem, że Stany Zjednoczone są jednym z leków na to zło, z góry wykluczamy,
że same mogą stanowić zagrożenie. W ten sposób okaleczamy refleksję na temat
europejskiej polityki zagranicznej. Być może amerykański unilateralizm nie zagraża
bezpośrednio Francji, ale czy to znaczy, że możemy go lekceważyć?
Znaleźliśmy się w okresie przejściowym. System
zmilitaryzowanego unilateralizmu, zdominowanego przez jedyne supermocarstwo,
jest sukcesywnie zastępowany przez multilateralizm, który stanowi konsekwencję
wyłaniania się nowych potęg (Chiny i Indie, Unia Europejska), rozszerzania listy
państw posiadających broń jądrową (Izrael, Pakistan, Korea Północna, wkrótce
Iran) oraz niedoboru ropy i surowców. Poza najbardziej oczywistymi zagrożeniami
(broń jądrowa i terroryzm), pewne możliwe scenariusze rysują się też w związku
z jednostronnymi akcjami wojskowymi (jak akcja USA w Iraku) oraz z konfliktami
wokół sprawowania kontroli nad rzadkimi zasobami. A w obu tych przypadkach Waszyngton,
podejmując decyzje samodzielnie, może grać rolę destabilizującą.
Specyficzne cechy amerykańskiego unilateralizmu,
z którym mamy do czynienia od 1991 r., zintensyfikował szok spowodowany przez
zamachy z 11 września. Władza Waszyngtonu przekracza granice klasycznie rozumianej
suwerenności i rozciąga się na cały świat. Obserwujemy unilateralizm o nieznanej
do tej pory mocy, szukający swojego uzasadnienia w „uświęconym partykularyzmie”
lub „radykalnym mesjanizmie demokracji”.
Oznacza to przede wszystkim odrzucenie wspólnych
zasad bezpieczeństwa. Od czasów Billa Clintona amerykańskie władze posunęły
się dość daleko – zerwały traktat przeciwko pociskom balistycznym, by wprowadzić
program ochrony antyrakietowej; bardzo „elastycznie” stosują konwencję zabraniającą
wszelkiej broni biologicznej (pamiętamy historię z września 2001 r. z wąglikiem
produkowanym przez laboratorium związane z Pentagonem, prowadzące prace nad
zastosowaniem tej bakterii w celach wojskowych); odmówiły przewidzianych przez
konwencję kontroli, uzasadniając to ochroną tajemnic przemysłowych (lekceważąc
ten międzynarodowy traktat, Waszyngton stanął w jednym szeregu z Chinami i Iranem).
Do tego dochodzi odmowa ratyfikacji konwencji
zabraniającej stosowania min przeciwpiechotnych, uzasadniana „ochroną amerykańskich
oddziałów w Korei” i odrzucenie negocjacji na temat ograniczenia handlu bronią
palną pod pretekstem, że czwarta poprawka do konstytucji zapewnia obywatelom
prawo do jej posiadania. USA nie przystało też na rozpatrywanie pozwów zbiorowych przez
Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK), co zaproponował prezydent Clinton. Kongres
posunął się aż do groźby obcięcia subwencji krajom Południa, korzystającym z pomocy
amerykańskiego państwa, jeśli nie podpiszą dwustronnego traktatu zakazującego
ekstradycji obywateli amerykańskich ściganych przez MTK.
Unilateralizm to także moc decydowania kto, w danej
chwili, jest „wrogiem”: Iran, Al-Kaida, itd. W ten sposób narzuca się społeczności
międzynarodowej kalendarz „globalnej wojny z terroryzmem” i walki z rozpowszechnianiem
broni jądrowej. Przemowa George’a Busha ze stycznia 2002 r. odkrywająca „oś
zła” jest tego przykładem. Amerykański prezydent przeszedł bez wahania – i bez
związku – od wojny z islamskim terroryzmem odpowiedzialnym za tragedię z 11
września do walki z rozpowszechnianiem broni jądrowej (trzeba zaznaczyć, że
ani Korea Północna, ani Iran nie są podejrzewane o żadne konszachty z Osamą
Ben Ladenem). Bush rozwodził się nad listą niebezpiecznych krajów, zaś Izraelowi,
Indiom i Pakistanowi przyznał status państw, gdzie broń jądrowa jest „do zaakceptowania”,
przyznając w ten sposób, że nie zawsze stanowi ona czynnik destabilizujący.
Unilateralizm oznacza również możliwość samodzielnych
działań wojskowych – amerykański budżet obronny stanowi połowę światowych wydatków
na zbrojenia. Rozważanie użycia bomb nuklearnych o małym zasięgu (mini-nukes)
i przyjęcie zasady wyprzedzającego ataku świadczy o kierunku strategicznego
myślenia kraju, który nigdy nie doświadczył niszczycielskiej, totalnej wojny
na swojej ziemi [7] – lecz spokojnie zastanawia się, jak ją rozpętać u innych.
W Iraku zrozumieliśmy, że unilateralizm to także prawo do samowolnego przekształcania
mapy świata. Świadczy o tym projekt Wielkiego Bliskiego Wschodu.
W drugiej połowie XX w., Stany Zjednoczone prowadziły
wojnę chemiczną najdłużej ze wszystkich krajów demokratycznych. Między 1961
a 1971 r. zrzuciły na Wietnam czterdzieści milionów litrów „Agent Orange” (czynnika
pomarańczowego) czyli trzysta trzydzieści sześć kilogramów dioksyny, bardzo
toksycznej substancji, z którą Europa „zetknęła się” przy okazji katastrofy
w Seveso [8]. Amerykańskie sądy zgodziły się niedawno na wypłatę odszkodowań
amerykańskim żołnierzom, którzy ucierpieli od tej strasznej broni, lecz odmawiają
tego prawa wietnamskim ofiarom.
Mesjanizm, militaryzm i podwójne standardy
Czy wybory prezydenckie mogą zmienić tę sytuację?
Hillary Clinton, Baracka Obamę i Johna McCaina, kandydatów, którzy wciąż pozostali
w grze, łączą trzy rzeczy.
Po pierwsze – wciąż aktualna jest mesjanistyczna
wizja Ameryki (przy uwzględnieniu – w mniejszym lub większym stopniu – pewnych
konsultacji ze sprzymierzeńcami). Nawet Obama, kandydat najbardziej wrażliwy
na międzynarodowe reakcje, jako przewodniczący podkomisji do spraw europejskich
w senackiej komisji spraw zagranicznych, nie prowadził żadnego przesłuchania.
Indywidualizm, moralizm i poczucie własnej wyjątkowości, przepajające zarówno
elity, jak opinię publiczną w USA, tłumaczą to wspólne przekonanie, że nikt
nie ma prawa podważać czystości ich intencji. Ani słuszności ich definicji Dobra
i Zła [9].
Źródłem strategicznego przejścia Waszyngtonu
od doktryny odstraszania – czyli próby zachowania pokoju (obowiązującej przez
cały okres zimnej wojny) – do doktryny wywoływania wojen, tzw. wojny prewencyjnej,
jest właśnie opisane powyżej amerykańskie poczucie wyjątkowości. Stąd bierze
się przekonanie, że bezpieczeństwo kraju nie może zależeć od nikogo i samo w sobie
usprawiedliwia atak prewencyjny. Bezpośredni i morderczy atak na amerykańskie
terytorium 11 września umocnił te postulaty. Jedynym psychologicznym hamulcem
jest śmierć czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy (która w wyborczej debacie
znaczy więcej niż śmierć setek tysięcy Irakijczyków).
Drugi stały punkt programu kandydatów do Białego
Domu to bezwarunkowa solidarność z Izraelem, która jeszcze bardziej osłabia
możliwość trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie. Sprzyjający „Wielkiemu Izraelowi”
neoewangelikanie zapewniają poparcie 30% Amerykanów, a ich wpływ podwaja jeszcze
tradycyjna rola społeczności żydowskiej [10]. W większości politycznych przemówień
dotyczących świata muzułmańskiego pojawia się pojęcie islamofaszyzmu, jak gdyby
islam miał wyłączność na przemoc i radykalizm [11]. Zresztą w amerykańskiej
polityce bliskowschodniej stosuje się podwójne standardy. „Najważniejszym problemem
Palestyny nie jest demokracja, lecz pokój z Izraelem... W tym wypadku, wybierając
między pokojem a demokracją, bez wahania wybieram pokój.” [12] – mówił doradca
pani Clinton, Richard Holbrooke.
Jak się zdaje, tę uwagę można zastosować również
do Iranu. Czyli jedynego kraju w regionie, którego prezydent został wybrany
pięćdziesięcioma pięcioma procentami głosów, kraju bardziej demokratycznego
i mniej muzułmańskiego niż Arabia Saudyjska i mniej „nuklearnego” niż Pakistan
czy Izrael. Prowokujące deklaracje Mahmuda Ahmadineżada nie mogą ukryć faktycznego
powodu, dla którego Iran pragnie broni jądrowej. Wystarczy odwołać się tu do
wojny z Irakiem (1980-1988), krajem-agresorem, ze wszystkich sił popieranym
przez Zachód. W wyniku konfliktu poniosło śmierć od ośmiuset tysięcy do miliona
Irańczyków, dlatego tak wielką rolę jeszcze dziś odgrywają byli żołnierze (czy
to będą Pasdarowie – Strażnicy Rewolucji Islamu, czy Bonyad e Szahid – organizacja
męczenników); użycie przeciw nim broni chemicznej nigdy nie zostało potępione
przez kraje Zachodu. Iran jest otoczony przez siły supermocarstwa, które za
punkt honoru postawiło sobie obalić jego ustrój (oddziały amerykańskie stacjonują
w Iraku, w Afganistanie i w Zatoce Perskiej) i przez Pakistan, nowy kraj posiadający
broń jądrową, tolerowaną przez Waszyngton. Czy w tych okolicznościach jakikolwiek
odpowiedzialny polityk z Teheranu może wierzyć w gwarancje bezpieczeństwa dane
przez Zachód?
Ostatnia wspólna cecha wszystkich kandydatów
to skłonność do przeceniania środków militarnych i użycia siły. Budżet wojskowy
USA na rok 2009 przekracza sześćset miliardów dolarów. Także poparcie amerykańskiej
opinii publicznej dla użycia siły nie zna równego sobie, w USA wynosi ono 82%,
w Europie 44% [13].
Dla strategów z Waszyngtonu, bez względu na ich
polityczną orientację, inne niż amerykańskie przywództwo obrony światowego bezpieczeństwa
jest nie do pomyślenia. To prawo moralne opiera się na wyższości militarnej
– przewaga technologiczna i siła ognia prowadzą przeciwnika do klęski. Ograniczenia
tej drogi widzimy dziś i w Iraku, i w Afganistanie.
Można zadać sobie pytanie, czy amerykańska przewaga
militarna w dziedzinie broni konwencjonalnej nie przyczynia się do rozpowszechniania
broni nuklearnej. Po zwycięstwie NATO w Kosowie, indyjski szef sztabu stwierdził:
„Nie można walczyć ze Stanami Zjednoczonymi bez broni jądrowej”. Jednocześnie
wojna w Iraku, rosyjskie trudności w Czeczenii i izraelska inwazja w Libanie
w 2006 r. pokazały ograniczoną skuteczność tradycyjnych typów broni i klasycznych
strategii niszczenia. Tyle, że impas w Iraku, zamiast wzbudzić krytyczną refleksję,
doprowadził do przyjęcia strategii prompt global strike, pozwalającej na uderzenie
pociskami konwencjonalnymi w dowolny punkt na ziemi.
Stwarzanie sobie wrogów przez strategów i przez
think tanki staje się metodą bardzo skuteczną. Lista potencjalnych wrogów w Strategii
bezpieczeństwa narodowego, zredagowanej dla pani Clinton przez Center for American
Progress [14], pokrywa się z analogiczną listą stworzoną przez neokonserwatystów.
Najpierw znajdujemy na niej rywali w walce o przywództwo – Peer competitors
– Chiny i Rosję. Interesujące, jak debata o spadku wartości dolara w stosunku
do euro przekształciła się, dzięki wdziękowi amerykańskiej dialektyki, w debatę
o spadku wartości chińskiego juana.
Wobec tych mocarstw przyjęto doktrynę containment
(powstrzymywania) czy nawet wyparcia, na co wskazuje poparcie amerykańskich
organizacji pozarządowych dla niektórych państw postradzieckich (Ukraina, Gruzja...).
Lecz ryzyko wojny z mocarstwami posiadającymi broń nuklearną pozostaje niewielkie
– strategia powstrzymywania długo jeszcze pozostanie tutaj w mocy. Następnie
na liście znajdują się kraje „osi zła” (wśród których Iran zajmuje szczególne
miejsce), a w końcu państwa szkodliwe, takie jak Syria, Wenezuela czy Kuba.
W ich wypadku jednostronna interwencja amerykańska nie jest wykluczona, zwłaszcza
w celu zrekompensowania sobie ewentualnej klęski w Iraku. Łatwa do wygrania
wojna z drugorzędnym wrogiem stanowi zawsze jakieś rozwiązanie dla upokorzonej
armii, przykładem niech będzie inwazja Ronalda Reagana na Grenadę w 1983 r.,
po rewolucji irańskiej z 1979 r.
W przypadku Iranu, sprawa wygląda całkiem inaczej.
Ryzyko ataku jądrowego istnieje, bo Waszyngton nie znosi trwałego oporu. Gdy
Obama wykluczył możliwość użycia broni jądrowej wobec celów związanych z Al
Kaidą i talibami w Afganistanie i Pakistanie, został natychmiast skrytykowany
przez Hillary Clinton, która podkreślała że amerykański prezydent nie może odciąć
się od opcji nuklearnej. Inny możliwy scenariusz konfliktu: wojna o kontrolę
nad zasobami. Stany Zjednoczone importują więcej niż kiedykolwiek produktów
bazowych i zasobów energetycznych, i ich niesamowystarczalność będzie się pogłębiać.
W 2003 r., 66% zużycia ropy i 20% zużycia gazu pochodziło z produkcji krajowej.
Dziś jest to już 47% i 18% [15]. Z drugiej strony, energetyczne potrzeby Indii
(90% ich zużycia) i Chin (80%), zaopatrujących się głównie na Bliskim Wschodzie,
są ogromne. Jak Waszyngton zareagowałby na embargo czy przejęcie części swoich
zasobów przez jakąś potęgę regionalną (nową Organizację Krajów Eksporterów Ropy
Naftowej) czy światową (Chiny w Afryce, Rosja na rynku ropy i gazu...)? Wejściem
do rynkowej gry czy akcją zbrojną?
Czy jeśli (w przyszłości) pojawią się w Zatoce
Perskiej chińskie czy indyjskie okręty wojenne, przybyłe, wedle przyjętej terminologii,
„chronić swoje drogi zaopatrzenia”, zostanie to odebrane jako ingerencja czy
jako wkład w światową stabilizację?
Żaden ze scenariuszy nie jest pewny. Lecz przemiana
globalnego układu sił w system wielostronny otwiera, jak każdy etap przejściowy,
okres destabilizacji. Fazy trwałego pokoju związane są z równowagą sił a nie
z tym, czy demokracja w świecie rozwija się, czy wręcz przeciwnie. Podczas zimnej
wojny, dla ustabilizowania sytuacji, kraje zachodnie podtrzymywały lub stwarzały
dyktatury, takie jak rządy pułkowników w Grecji czy junty wojskowe w Ameryce
Łacińskiej w latach siedemdziesiątych. Z kolei okres światowego chaosu zaczyna
się, gdy nowe potęgi realizują swoją wolę zmiany istniejącego porządku – jak
w wypadku Niemiec kontestujących dyktat wersalski narzucony po 1918 r.; ludów
skolonizowanych sprzeciwiających się kolonializmowi; czy wreszcie Pakistanu
i Indii próbujących na drodze wojennej zmieniać kolonialne mapy.
Klasyczna strategia mocarstwa, amerykańskie dążenie
do uprzedzenia ewentualnego pojawienia się konkurenta, nie jest jeszcze żadnym
projektem międzynarodowego bezpieczeństwa. Kiedyś podwójne standardy stosowała
potęga brytyjska – gdy ograniczała prawo rywala do posiadania floty sięgającej
połowy tonażu eskadry Jej Wysokości. Dziś podobnie zachowują się Stany Zjednoczone.
Fascynująca była przemowa sekretarza obrony Donalda Rumsfelda, gdy tłumaczył
lokalnym władzom w Chinach, w listopadzie 2005 r., jak niepokojący jest fakt,
że się zbroją. Tymczasem wydatki Chin na ten cel wynosiły najwyżej jedną szóstą
budżetu Pentagonu.
Nie mniej zadziwiające jest ciągłe oskarżanie
irańskich agentów o destabilizację sytuacji w Iraku – jak gdyby kilkaset tysięcy
obecnych tam amerykańskich żołnierzy i sto pięćdziesiąt tysięcy najemników przyczyniało
się do pokoju w regionie!
Miejsce i rola Europy
Mimo że Stany Zjednoczone nie są zagrożeniem,
to jednak ich polityka stwarza pewne ryzyko. Francja i Europa powinny zastanowić
się, jaki projekt polityki zagranicznej kryje się za wezwaniem do wzmocnienia
roli NATO. Po Afganistanie, a zwłaszcza po Iraku, jaki kraj niezachodni (w sensie,
w jakim Edouard Balladur i pięciu generałów definiują „zachodnią” solidarność)
uważa, że działania NATO mają na celu stabilizację znajdującego się w kryzysie
regionu?
A co leży w interesie Europy? Przede wszystkim
budowa wielostronnego systemu międzynarodowego bezpieczeństwa, uwzględniającego
dobro wszystkich stron, a nie tylko prawo „zachodnich mocarstw” do zarządzania
bezpieczeństwem całego świata. Przemoc i bezprawie, państwowe czy niepaństwowe,
powinny zostać tak samo potępione. Izraelskie bombardowania, w których ponoszą
śmierć Palestyńczycy, są tak samo nie do przyjęcia, jak zamachy terrorystyczne.
Jeśli antyterroryzm przynosi więcej ofiar niż terroryzm, o czym to świadczy?
To samo dotyczy porwań i nielegalnego przetrzymywania osób – tymczasem w wypadku
FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii) nazywa się to wzięciem zakładników,
zaś jeśli chodzi o obóz w Guantanamó – „arbitralnym zatrzymaniem”. 23 lutego
2002 r., zostaje porwana Ingrid Betancourt. 27 lutego 2002 r. powstał Delta
Camp w Guantanamó. Uwięzieni w owym czasie pierwsi afgańscy więźniowie do dziś
nie zostali osądzeni...
Jeśli Europa chce być samodzielna, musi przestać
przeglądać się w zwierciadle Ameryki. Przynajmniej w trzech zasadniczych sprawach
powinna mieć odrębne stanowisko. Po pierwsze – jej polityka zewnętrzna nie może
przekraczać granic „potęgi militarnej bez ambicji imperialnych”. To oznaczałoby
pewną modyfikację jej stosunków z NATO, które pozostaje dziś jedynym na świecie
systemem sojuszu wojskowego. Europejczycy zjednoczyli się w obliczu wojny w Iraku.
Groźba wojny z Iranem niesie to samo ryzyko.
Po drugie – europejskie strategie ewentualnego
użycia siły powinny różnić się od amerykańskiej, destrukcyjnej koncepcji i dążyć
do neutralizacji. Po ostatnich konfliktach (Jugosławia, Kosowo, Timor, Afganistan...)
Zachód zapłacił koszty rekonstrukcji infrastruktury, którą sam zniszczył. Może
lepiej niszczyć jak najmniej i unikać przemiany „oswobodzonej” ludności we wrogów?
Ostatnia rzecz – Europa powinna mieć swój własny
system oceniania kryzysów, nie powinna ciągle zdawać się w tej kwestii na amerykańskie
opinie. Kłamstwa Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii opowiadane dla usprawiedliwienia
wojny w Iraku powinny uświadomić nam, jak pilny jest to problem.
Wszystkie te kwestie rzadko pojawiają się w publicznej
debacie, a przecież są dziś tak aktualne.
Pierre Conesa
tłum. Anastazja Dwulit
[1] Pour une Union occidentale entre l’Europe
et les USA, Fayard, Paryż 2007.
[2] Generał John Shalikashvili (USA), generał Klaus Naumann (Niemcy), admirał
Jacques Lanxade (Francja), Lord Inge, (Wielka Brytania), generał Henk Van der
Breemen (Holandia), „Towards a grand strategy for an uncertain world: renewing
transatlantic partnership”;
http://www.csis.org/media/csis/events/080110_grand_strategy.pdf
[3] Patrz str. 96-97, analiza prewencji związana z opcją nuklearną.
[4] Revisiting NATO-ESDP relations. ESDP: European Disaster Relief Force.
http://www.securitydefenceagenda.org/
[5] Balladur mówiąc o demokracji nie wspomina o Indiach, Japonii ani Korei Południowej.
[6] Hubert Vedrine, Rapport pour le président de la République sur la France
et la mondialisation, Paryż 2007. http://www.hubertvedrine.net/publication/rapport.pdf
[7] Wojny secesyjnej 1861-1865 nie można porównać z II wojną światową.
[8] Francis Gendreau, „Au Vietnam, l’agent orange tue encore”, Le Monde diplomatique,
styczeń 2006.
[9] Patrz Pierre Hassner, „Etats-Unis: l’empire de la force ou la force de l’empire”,
Cahiers de Chaillot, Paryż n° 54, wrzesień 2002 str. 26-27.
[10] Patrz Emmanuel Todd, Après l’Empire, Folio, 2007 s. 145.
Wydanie polskie Schyłek Imperium, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2003.
[11] Patrz: „La violence au nom de Dieu”, Revue internationale et stratégique,
Paryż, wiosna 2005.
[12] Le Monde, 26 stycznia 2008.
[13] Bruno Tertrais, Où va l’Amérique?, Fondation pour l’innovation
politique, Paryż, październik 2007.
[14] www.americanprogress.org
[15] Patrz Emmanuel Todd , Après l’Empire, Folio, 2007 s. 145
i następne.
Powrót do początku tekstu |