MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-POLITYCZNY


Nr 2    KWIECIEŃ 2006 

 EDYCJA FRANCUSKA

Redaktor naczelny:

Maurice Lemoine

Z-cy red. naczelnego:

Martine Bulard, Serge Halimi

Zespół redakcyjny:

Bernard Cassen, Alain Gresh,
Philippe Rivière, Anne-Cécile Robert, Dominique Vidal

www.monde-diplomatique.fr


 EDYCJA POLSKA

Redaktor naczelny:

Przemysław Wielgosz

Z-ca red. naczelnego:

Jerzy Szygiel

Sekretarz redakcji:

Zbigniew Marcin Kowalewski

Zespół redakcyjny:

Katarzyna Chmielewska,
Michał Kozłowski, Grażyna Skibicka, Tomasz Wiśniewski


 KONTAKT

Wydawca i adres redakcji polskiej:

Fundacja Instytut Wydawniczy
Książka i Prasa

Twarda 60, 00-818 Warszawa

telefon: 022 624 17 27
telefax: 022 625 36 26

redakcja@monde-diplomatique.pl

Ogłoszenia:

reklama@monde-diplomatique.pl


 PRENUMERATA

Internetowa strona pisma zawiera
tylko niektóre artykuły, często wybrane fragmenty.

Wersję drukowaną ze wszystkimi artykułami, zdjęciami, grafikami etc. można zaprenumerować w cenie
82 zł za 12 numerów.

Cena prenumerata zagranicznej
(Europa pocztą lotniczą): 180 zł.

Kwotę tę należy przesłać przekazem pocztowym pod adresem wydawnictwa lub wpłacić na konto:

44 1500 1777 1219 1033 3847 0000
KREDYT BANK  IV Oddz. w Warszawie

Prosimy o podanie dokładnego adresu, tytułu oraz ilości zamawianych egzemplarzy. Potwierdzenie danych pocztą elektroniczną pod adresem

redakcja@monde-diplomatique.pl

przyśpieszy rejestrację prenumeraty.


 ARCHIWUM

Nr 1

Powrót do numeru bieżącego

 W NUMERZE

Edytorial: Demokracje szyte na miarę  (wyświetl); Krzysztof Teodor Toeplitz: Czy koniec epoki Michnika? (wyświetl); Corinne Gobin: Fałszerze Europy socjalnej; Pierre Bourdieu: O europejski ruch społeczny; Nuri Albala i Evelyne Sire-Marin: Nieposłuszeństwo obywatelskie; Thierry Paquot: Być nieposłusznym; Jan Malewski: Walki klasowe we Francji (wyświetl); Georges Corm: Ewolucja islamskiego nacjonalizmu; Alain Gresh: „Źle się dzieje w państwie duńskim” (wyświetl); Ewa Jasiewicz: Irak:ruchy społeczne przeciw fałszywym podziałom; Wendy Kristiansen: Egipski feminizm wywodzi się z tradycji... religijnej; William Dalrymple: Pakistańskie „koraniczne szkoły terrorystów”; Piotr Szumlewicz: Polska solidarna i sprawiedliwość rynku; Pierre Musso: Przygnębiający bilans berlusconizmu; Jean-Christophe Servant: Nigeryjska ropa gniewu; Goetz Aly: Żydowskie pieniądze na wojnę Hitlera; Dorothée Benoit-Browaeys: Atak nanotechnologii czyli szaleństwo lilipuciego przemysłu; Slavoj Žižek: Chrześcijaństwo i odkrycie rewolucji; Tomasz Rafał Wiśniewski: Niedokończony lot anioła historii; José Saramago: Czterysta lat zmagań.



Demokracje szyte na miarę 

Demokracja, często przedstawiana jako najlepszy z politycznych systemów, do niedawna była rzadko spotykaną formą rządów. Po pierwsze dlatego, że żaden ustrój nie odpowiada ideałowi demokracji, który zakłada absolutną uczciwość rządzących wobec słabych oraz bezwzględne potępienie każdego nadużycia władzy. Po drugie dlatego, że demokracja wymaga spełnienia pięciu kryteriów, a są to: wolne wybory, istnienie wolnej i zorganizowanej opozycji politycznej, rzeczywiste prawo do politycznego pluralizmu oraz niezależna władza sądownicza i wolne media. A i to nie wystarczy, skoro niektóre państwa, spełniające wymagane kryteria, jak Francja czy Zjednoczone Królestwo długo odmawiały prawa głosu kobietom, a jako kolonialne potęgi po prostu kpiły z praw w swoich posiadłościach.

Mimo tych niedociągnięć demokracja jako metoda rządzenia stawała się coraz bardziej powszechna. Dużą roę odegrał w tym prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson (1856-1924), lecz najistotniejszym bodźcem stał się koniec zimnej wojny i rozpad Związku Radzieckiego. Ogłoszono wtedy „koniec historii”, zakładając, że wszystkie państwa świata pewnego dnia osiągną te dwa cele wiodące do najwyższej szczęśliwości: gospodarkę rynkową i demokrację przedstawicielską. Stało się to nietykalnym dogmatem.

W imię tego dogmatu George W. Bush uznał, że legalnie może w Iraku użyć siły. Co więcej, upoważnił swoje wojsko do stosowania tortur w tajnych więzieniach, ulokowanych poza granicami Stanów Zjednoczonych i do nieludzkiego traktowania więźniów obozu w Guantánamo, zamkniętych zupełnie bezprawnie, o czym dowiedzieliśmy się z raportu Komisji Praw Człowieka ONZ, a także z rezolucji przyjętej przez Parlament Europejski.

Mimo tych jawnych gwałtów na prawie, Stany Zjednoczone mają się za niepodważalną, wszechświatową instancję w kwestii demokracji. Waszyngton ma zwyczaj poniżać swoich przeciwników przyklejając im nalepki: „niedemokratyczne” czy nawet „państwa pariasy” lub „bastiony tyranii”. Jest jeden sposób, by uniknąć tego hańbiącego piętna: zorganizować „wolne wybory”.

Nawet wtedy jednak wszystko zależy od ich wyników. Pokazuje to przykład Wenezueli, gdzie od 1998 roku Hugo Chávez był wybierany kilkakrotnie na prezydenta w wyborach, których wiarygodność była gwarantowana przez międzynarodowych obserwatorów. Niczego to nie zmieniło. Waszyngton nie tylko wciąż powtarza, że Chávez stanowi „zagrożenie dla demokracji”, ale w 2002 roku posunął się do wzniecenia zamachu stanu przeciw wenezuelskiemu prezydentowi, który w grudniu ma zostać kandydatem w kolejnych wyborach...

Trzy inne przykłady: Iranu, Palestyny i Haiti też pokazują, że już nie wystarczy być wybranym w demokratycznym głosowaniu. Wybory w Iranie z czerwca 2005 roku wszyscy uznali za modelowe: wyborcy masowo ruszyli do urn, kandydatów było wielu i reprezentowali różne programy (w ramach dopuszczonych przez panujący islam), a, co najważniejsze, wyznaczonemu na zwycięzcę faworytowi Zachodu Ali-Akbar Haszemiemu Rafsandżaniemu zorganizowano znakomitą kampanię. W tych okolicznościach nikt nie przywoływał widma „groźby nuklearnej”. Lecz gdy tylko okazało się, że zwyciężył Mahmud Ahmadineżad (którego wypowiedzi na temat Izraela są nie do przyjęcia) wszystko uległo radykalnej zmianie. I w związku z tym jesteśmy dziś świadkami demonizacji Iranu.

Chociaż Teheran podpisał układ o nierozpowszechnianiu broni jądrowej i zaprzecza, jakoby dążył do posiadania bomby atomowej, francuski minister spraw zagranicznych niedawno oskarżył Iran o tajny wojskowy program nuklearny. Zaś amerykański sekretarz stanu Condoleezza Rice, zapomniawszy już o niedawnych wyborach, żąda od Kongresu 75 milionów dolarów na promocję demokracji w Iranie.

Z niemal taką samą sytuacją mamy do czynienia w Palestynie. Zarówno Stany Zjednoczone, jak Unia Europejska, najpierw domagały się „prawdziwie demokratycznych” wyborów, nadzorowanych przez chmary zagranicznych obserwatorów, a dziś nie chcą przyjąć do wiadomości ich wyników, gdyż nie podoba im się nacjonalistyczny, muzułmański ruch Hamas (który ma na swym koncie odrażające zamachy na izraelskich cywilów).

W końcu sprawa Haiti. Przy okazji wyborów prezydenckich (które odbyły się 7 lutego tego roku) mogliśmy podziwiać, jak się robi wszystko, by przeszkodzić w zwycięstwie René Prévala – który w końcu i tak wygrał – gdyż „wspólnota międzynarodowa” odrzucała go z powodu jego związków z poprzednim prezydentem Jean-Bertrandem Aristidem (swoją drogą też wybranym w demokratycznych wyborach, a potem obalonym w 2004 r.).

Jak powiadał Winston Churchill: demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich pozostałych. Dziś najbardziej wadzi to, że nie można z góry określić wyników wyborów. A tak pięknie byłoby móc szyć demokracje na miarę... Z gwarantowanym rezultatem.

Ignacio Ramonet

Powrót do początku tekstu